Literacki flâneur (15): Dziś sama jestem dziadkiem

Emilia Walczak Emilia Walczak

Sąsiada na starość dopadła demencja i po śmierci żony zaczął znosić do mieszkania śmieci. Nie tyle może odpadki dnia codziennego, jak obierki, papierki czy czerstwy chleb, lecz znalezione pod osiedlowym kontenerem śmieci wielkogabarytowe: meble, dywany, popsuty sprzęt RTV i AGD. Co wcale nietrudno było przewidzieć, już wkrótce w całym bloku pojawiła się nieproszona reprezentacja drobnej fauny: robactwo oraz gryzonie. I o ile widok przebiegających od czasu do czasu przez kuchnię szarych myszek nie był dla tego dziecka, jakim wówczas byłam, jakoś szczególnie odstręczający, a nawet, powiedziałabym, stanowił źródło pewnej uciechy, to już z buszującymi pośród zabawek karaczanami nie było mi wcale do śmiechu.

A było to wszystko dawno, dawno temu, w odległej od centrum Bydgoszczy, gdzie leży MCK, krainie podleśnych Wyżyn, zwanych też czasem przez ignorantów – Glinkami. Pamiętam to, jakby wydarzyło się wczoraj, choć dziś sama jestem już dziadkiem, to znaczy – zaraz, zaraz – właściwie, to babcią. No dobra, tak naprawdę tkwię obecnie w wieku chrystusowym, lecz czasem na serio zastanawiam się nad moją metryką mentalną. Zwłaszcza gdy zaczynam już powoli znosić do domu śmieci…

Okej – bez obaw! – w istocie nie są to śmieci sensu stricte, jak te wspomniane na wstępie obierki czy papierki, a i nawet powstrzymałam się ostatnio przed przytaszczeniem do mieszkania produkowanego w Bydgoskiej Fabryce Mebli, popularnego w latach 70. krzesła „z dziurką”, leżącego smętnie na Bocianowie. Oczywiście później tego żałowałam, bo wyglądało na całkiem nieśmigane, a Niemiec zapewne płakał, kiedy je wyrzucał. Chociaż, z drugiej strony, może po prostu było już ciemno, a ja mam -5 dioptrii, astygmatyzm i kurzą ślepotę. Za to naznosiłam niedawno do domu – co w obliczu prezentowanego tu cyklu z literackością w nazwie zaskoczeniem dla Państwa pewnie wcale nie będzie – całe sterty książek z tzw. wystawki. Przyrzekłam sobie i światu co prawda, że więcej już tego nie uczynię, ale jak to z każdym nałogiem bywa: obietnice takie po prostu nie mają pokrycia.

Jako że po ukończonych rok temu warsztatach introligatorskich z Oficyną Peryferie, jakie odbywały się w MCK-owej Galerii Wspólnej, zostało mi trochę sprzętu do naprawy woluminów, zawsze na początku w takich sytuacjach idą w ruch igła z nitką, klej i taśma do naprawy stronic, klipsy biurowe, kostka do bigowania, nożyk do tapet, a w trudniejszych przypadkach z pomocą przychodzi mi także kolega dysponujący gilotyną do cięcia papieru (Bogdanie, ukłony!). A później siadam wygodnie w fotelu i w drucianych binoklach na nosie, bezzębną szczęką tego dziadka, jakim się dziś stałam, ssąc karmelki Werther’s Original, wszystko to czytam…

No dobrze, o ile pierwszą część tego felietonu cechować mogła jakaś tam vis comica, o tyle teraz nadszedł już czas na łzy. Z lektury tej przychodzi mi bowiem do głowy taka oto refleksja: że kiedyś, tj. w okresie PRL-u – bo tego typu popularne serie „Klubu Srebrnego Klucza” (Iskry) czy też „Z jamnikiem” (Czytelnik) naznosiłam właśnie ostatnimi czasy do domu – nie było praktycznie złej literatury. Tzn. możemy oczywiście zapytywać o jej znaczenie propagandowe, a więc to, o czym to jest, i tę kwestię ewentualnie podawać w wątpliwość, lecz już w tę samą wątpliwość trudno w moim przekonaniu podać kwestię formalną, czyli to, jak to jest napisane. Nie o wszystkim oczywiście da się powiedzieć, że jest znakomite czy też bardzo dobre, ale na pewno każdorazowo jest to przynajmniej przyzwoite. Dziś tymczasem, kiedy (póki co) do czynienia mamy z bezgraniczną demokratyzacją i wynikającą zeń olbrzymią wydawniczą nadprodukcją (kiedyś to obliczałam i wyszło mi, że dziennie w Polsce ukazuje się ok. 100 tytułów!), kiedy powieść stała się po prostu kolejnym obok bułek produktem i za pomocą odpowiedniej reklamy da się ją wcisnąć każdemu, kiedy każdy może dziś być pisarzem i kiedy każdy może też zostać wydawcą, a więc kiedy i jakość książek leci na łeb na szyję, to gdy pojawia się w końcu rzecz zwyczajnie dobrze napisana – z miejsca okrzykuje się ją mianem arcydzieła! Nie sugeruję, rzecz jasna, że scentralizowanie sceny wydawniczej i reglamentacja papieru to byłyby dobre rozwiązania. A już na pewno nie opowiadam się za wprowadzeniem cenzury – tfuj! Ale nie wiem też za bardzo, co miałoby stanowić dziś owo sito oddzielające ziarno od plew. Bo powinien nim być gust czytelniczy, ale w nim dziury bardzo duże – i są nimi braki w edukacji. Jako mentalny dziadek mogę Wam jedynie doradzić, abyście w nowym, 2018 roku sięgając po książkę po prostu wybierali mądrze.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy Artykuły wstępne Styczeń 2018 Literacki flâneur (15): Dziś sama jestem dziadkiem