Się nam wydaje. W Bydgoszczy (21)

1. Na tyłach wiersza
czyli właściwie gdzie

Osobliwa jest konstrukcja tych wierszy. Zdarza się w literaturze bowiem tak, że wiersz budowany jest od puenty, od końca: czuć to i słychać w takich wierszach, bo rozpędzają się aż do wybuchu (konceptu? myśli? brzmienia?) w kulminacyjnym punkcie – wygłosie ostatniego wersu. Takim poetą, poetą puenty, był choćby Lechoń – budował wiersz od końca, od (by użyć poręcznego w tym kontekście wersu innego poety, który poetą puenty stał się na starość) „dymu z komina”. Ale są i tacy poeci, którzy liryczną materię rozkładają równo na całej przestrzeni wiersza: ci najlepsi tworzą wiersze złożone z samych eksplozji, ci najgorsi – z samych implozji, z pełznących przez wiersz nudy i banału.

Ale są też inni, a przynajmniej jeden taki jest, mam ten przykład pod ręką – Michał Siewkowski. On zaczyna zazwyczaj wiersz od mocnego otwarcia, od konceptu, który niesie za sobą myślowe wyrafinowanie i energię, poetycką moc, która im dalej w wiersz, tym bardziej się rozprasza, rzednie, słabnie (tak, mnie też ta analogia nie daje spokoju: tak, wiersze takie jak Michała Siewkowskiego powtarzają w jakimś sensie model powstania wszechświata – od wielkiego wybuchu do stygnięcia rozszerzającego się uniwersum). To stwierdzenie nie jest w żadnym razie wartościujące, a czysto opisowe. Często mnie zaskakiwała ta maniera (technika?), ale dawałem się jej prowadzić, może nawet: uwodzić, zawładnąć, przyzwyczaiłem się w końcu do tego wyciszenia wiersza – można się tym cieszyć, da się tym nawet rozkoszować.

Zastanawia mnie tytuł tego tomu: Na tyłach wiersza jest wyrażeniem niejednoznacznym, przynajmniej dwie lub trzy metafory uruchamia, a każda jakoś inaczej objaśnia i oświetla zgromadzone tu wiersze, inaczej je porządkuje.

Po pierwsze więc: „na tyłach wiersza” może znaczyć na jego zapleczu, tam, gdzie trwa jego niewidoczna praca, gdzie toczy się walka znaczeń, w miejscu zazwyczaj ukrytym przed wzrokiem i doświadczeniem czytelnika, tam, gdzie dostęp ma tylko autor, a i to nader rzadko i raczej niezależnie od swojej woli. W takim przypadku moglibyśmy się spodziewać, że wiersze z tego tomu odsłonią przed nami jakieś warsztatowe tajemnice. Czy to robią? W jakimś sensie – oczywiście, chociaż nie wprost, niewiele jest wierszy autotematycznych, niewiele metatekstualnych refleksji. Jeśli już gdzieś autor daje swoje obserwacje i spekulacje dotyczące sztuki (poetyckiej?), to raczej w wierszach o malarstwie (które – tak jak i plastyczna wrażliwość – jest autorowi bliskie, bo sztuki plastyczne są obok poezji drugim polem jego twórczej działalności), a także wierszach o muzyce.

Po drugie: „na tyłach wiersza” oznaczać może to, co idzie po wierszu, co przychodzi po nim, co ciągnie się jak smród za wierszem (pozwalam sobie na ten gruby żart, na taką mało wyszukaną trawestację znanego powiedzonka, bo i Michał Siewkowski często z niejaką lubością i sztubacką – jak domniemywam – radością wtyka takie elementy w materię wiersza). Co przychodzi po wierszu: jakiś postwiersz, wiersz czasów niepoetyckich, wiersz z odpadów cywilizacji i kultury, wiersz, którego materia jest przypadkowa i niepoetycka, a jednak trzeba się z nią jakoś uporać; alternatywą jest bowiem następująca: albo można jakoś oswoić tę materię, jakoś ją okiełznać, albo zrezygnować z poezji (a przynajmniej z poezji, która uczciwie mierzy się z widzialnym światem). Siewkowski zbiera te skrawki cywilizacji i stara się je przemienić w lirykę – gest to odważny, chociaż autor nie jest poetą heroicznym, raczej – jest poetą gorzkiej rezygnacji (na tyłach wiersza zawsze bowiem gościła rezygnacja), ale tym bardziej trzeba te wysiłki docenić. Czy to nie z tej rezygnacji bierze się to cichnięcie, stygnięcie tych wierszy?

Po trzecie: „na tyłach wiersza” oznaczać też mogłoby obszar, który odwiedzamy w chwili, gdy przenicujemy wiersz, to taka kraina, która znajduje się po drugiej stronie zadrukowanej kartki. Gdy się już tam znajdziemy, zobaczymy, że rozciąga się tam dziwny krajobraz naznaczony językiem wiersza, ale też powstały z jego odrzucenia, z jego przepracowania, przepracowania poetyckiego idiomu. W czym się to przejawia? U Michała Siewkowskiego widać to w całym procesie, który zaczyna się od języka poetyckiej wzniosłości, wiedzie przez ironię i drwinę (które podważają ten zastany poetycki czy nawet poetyzujący porządek), aż kończy się na języku najzupełniej własnym, prywatnym, potocznym, domowym idiomie. To w tym Michał Siewkowski zapewne najbardziej przypomina Stanisława Swena Czachorowskiego, któremu poświęcił pracę naukową i którego nieznanych utworów był edytorem i wydawcą; jeżeli ktoś pamięta – co mówię czysto rytualnie, bo nie sądzę, ale może… jeśli więc ktoś pamięta poemat Cynobrowy poeta, a szczególnie jego część trzecią, albo jakieś sonety, powiedzmy: Nokturn z wejściem oboju, żeby wymienić jakiś przykład skrajny, ale przez to wyraźny, ten będzie przeczuwał, w jaką stronę nicuje poetycki język autor Na tyłach wiersza).

Wiem, że wspominanie w kontekście Michała Siewkowskiego nazwiska poety, któremu poświęcił pracę doktorską, może być łatwizną. Ale po pierwsze, nie jest to powinowactwo w żadnej mierze wstydliwe (wręcz przeciwnie: komplementujące), a po drugie, dobrze daje się Siewkowskiego opisać Swenem Czachorowskim: ta sama cechuje ich poetycka wszystkożerność, podobna barokowość, humor podobny, podobna frywolność. Bo Na tyłach wiersza można sobie na wiele pozwolić – i Michał Siewkowski sobie pozwala. Bawi się na tyłach wiersza, bo tam trwa wieczna zabawa. Zabawa jak w krzakach Wyspy Młyńskiej opisana w wierszu Demony bydgoskie. Ale i taka poważniejsza – jak z wiersza W nieskończoność, gdzie „nudy barokowe” idą o lepsze z zachwytem oka, które lepiej słyszy „przemijania więcej”.

Michał Siewkowski, Na tyłach wiersza, Inowrocław 2017


2. „Splot Nieskończoności” (nr 5(8)), czyli się uroczo plecie

„Nawet jeśli trafiamy tylko do pojedynczych ludzi, to już jest dla nas sukces” – pisze w Raporcie nieskończoności Maksymilian Gwinciński, redaktor czasopisma. Do tego minimalistycznego, skromnego programu dostosowany jest charakter pisma, którego oblicze ma przynajmniej dwa charakterystyczne elementy: z zinów wziętą wiarę w wybuchowy i transgresyjny charakter kultury oraz nieposkromioną predylekcję do zabawy, zgrywy, niepowagi. Kultura, transgresja i wygłup – mieszanka może i wybuchowa, ale i o zerowym dzisiaj potencjale komercyjnym. Perspektywa tych kilku ludzi, ludzi pojedynczych (niezależnie od tego, czy jest prawdziwa, czy nie) jest dla twórców czasopisma wyzwalająca: nic nie muszą, nie muszą spełniać niczyich oczekiwań – poza swoimi, poza chęcią wyrażenia swoich (do wyboru) pragnień, przekonań, nastrojów. Jednak ta projektowana tu przeze mnie anarchiczna postać pisma wcale nie oznacza, że twórcy bełkocą coś bez ładu i składu, że tekst za tekstem dostajemy tu wierszowane wynurzenia z głębi małoletnich, gimnazjalno-licealnych wzruszeń i zachwytów. I to nie tylko dlatego, że autorzy czas gimnazjów i liceów mają już za sobą.

Mało tu zresztą wierszy i prozy beletrystycznej, a więcej tekstów krytycznych, publicystyki literackiej, felietonów, esejów. Adam Kempa pisze o zespołach, których kawałki wykorzystano w czołówkach znanych seriali (pamiętacie Państwo otwarcie Doktora House’a? no, to właśnie o tym). Mateusz Lubiewski pisze o psychologii internetu. Agnieszka Bykowska pisze o rymie we współczesnej poezji. Katarzyna Stępień pisze o eskapistycznych tendencjach we współczesnej kulturze. A Marcelina Gaworzewska pisze o człowieku (postczłowieku?) i jego człowieczeństwie (postczłowieczeństwie?) na marginesie książki Czerwona królowa Matta Ridleya.

Ale chyba najbardziej podoba mi się szalony tekst Magisterka dynksiary Marty Dobkowskiej. Rzecz jest autobiograficzna (quasi?) i wariacka, tekst wylewa się niepowstrzymaną rzeką, owszem – jak zapowiada autorka – ociera się o „schizofreniczny bełkot”, ale jest czymś o wiele istotniejszym. Jest – pomimo stylu na granicach szaleństwa, na granicach przejrzystości – rozważaniem o sztuce w naszych czasach, o artyście w czasach dla artystów marnych, o artystce – młodej, gniewnej, rozczarowanej. Obrazoburczy i wulgarny to hymn, który trzeba jednak czytać jako część artystycznego projektu Marty Dobkowskiej, która podpisuje się też ksywą „Schizo”: „Same problemy z tą dziewczyną”? No, nie wiem, może.

Ale wiem, że problemy to nieodłączny element zajmowania się sztuką. Twórcy „Splotu Nieskończoności” też już chyba to wiedzą. Ale to dobrze. To jest radosna wiedza.

Działy:
Michał Tabaczyński

Michał Tabaczyński

Redaktor naczelny BIK.

Polonista, dziennikarz, slawista, autor kilku książek (Parada równości, Koniec zabawy w pokolenie) i współautor kilku innych (Tekstylia bis, Kultura niezależna w Polsce 1989-2009).

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy Artykuły wstępne Styczeń 2018 Się nam wydaje. W Bydgoszczy (21)