Dziennik podróży w miejscu (8): Historia pewnego awansu

Thaw i Furia w Estradzie, 18 listopada 2017 Thaw i Furia w Estradzie, 18 listopada 2017 Fot. Michał Tabaczyński

Otóż – mimo że tytuł może na to wskazywać, a przynajmniej sugerować – to od razu zaznaczam, że nie. 
Nie, tematem tych zapisków tym razem nie będzie mój ulubiony bydgoski polityk i doradca wojewody, który wciąż upiera się, by łączyć swoje pisarskie zatrudnienia z funkcjami politycznymi – oba zresztą z osobliwym efektem (efekt jest taki, że ministerstwu przedobrej metamorfozy za pośrednictwem Instytutu Książki zawdzięcza promocję na targach książki i obecność na liście obok takich pisarzy jak Terlikowski, Lisicki, Wildstein – gratulujemy sukcesu!).
Nie, tematem nie będzie też bydgoski teatr, który ostatnio zyskał osobliwie impresaryjne oblicze, chociaż chyba utrzymać miał swój dotychczasowy charakter repertuarowy (przy okazji – zaczynam doceniać w dyrektorze Gajdzisie skrytą do tej pory buntowniczą naturę: zaprosić spektakl Żelazne waginy – to musiało go wiele kosztować; ufając, że stres nie odbije się zbytnio na urodzie, gratulujemy odwagi!).

Nie i jeszcze raz nie – o czymś zupełnie innym (pomimo tytułu, który – zgadzam się – do dwu powyższych tematów pasuje doskonale) chciałbym opowiedzieć. W ciągu ostatniego miesiąca dwa razy gościła w Bydgoszczy Furia – metalowe odkrycie ostatnich lat: jeden z najoryginalniejszych zespołów sceny alternatywnej (i to nie tylko w skali Polski). 

Ten pierwszy raz (bo trudno o tym napisać „koncert”) to występ Furii w spektaklu Wesele w reżyserii Jana Klaty z Narodowego Starego Teatru w Krakowie. Drugi to regularny koncert w ramach trasy Za ćmą w dym 2017 (w bydgoskiej Estradzie). Nie chciałbym się tu ograniczać wyłącznie do Furii i – ewentualnie – własnych wspomnień, chociaż trudno od nich uciec, ale pokusić się o refleksję ogólniejszą, kulturową. Zanim jednak do niej dojdę, kilka osobistych, najzupełniej prywatnych przypisków, których tak trudno uniknąć, od których – tak trudno uciec. 
Widząc Furię w teatrze (a tym z Państwa, którzy Wesela nie widzieli, spieszę donieść, że zespół jest obecny na scenie w czasie całego spektaklu: każdy z muzyków zajmuje miejsce na swoim – cokole? piedestale? postumencie? – w jednym z czterech – tu już nie mam wątpliwości, jakiego słowa użyć, to w końcu black metal – rogów sceny), najbardziej bawiły mnie reakcje publiczności, dla której w większości było to pewnie pierwsze spotkanie z taką muzyką. I mimo że była ona podana w nieco złagodzonej wersji (trochę ciszej, co sprawiało, że perkusja była w tle, gitary bardziej melodyjne, a akustyka miejsca spowodowała, że na pierwszym planie były gitary i wokal – no i podpisy, żeby było wiadomo, co śpiewają, bo śpiewają po polsku), to robiła na widzach ogromne wrażenie. A był to ich – żeby nie było wątpliwości – regularny repertuar. Wpasowywał się zresztą doskonale i histeryczne zawołanie „Wstawać, trupy, koniec spania, dalej trupy, będziem latać” jest jakby wyjęte z Wyspiańskiego (aż dziwne, że tego tam nie ma). 
Ja sam czułem się dość dziwnie z obywatelstwem w tych dwu światach (polskiej kultury narodowej i muzyki ekstremalnej), ale jednak w różnym czasie te obywatelstwa nabywałem. Sam nie wiem, czy obywatelstwo w świecie ekstremalnego metalu zyskałem wcześniej, czy może tylko w pewnym czasie (gdzieś około roku 1990) wystąpiłem o azyl w tej krainie. Z rzewnością wspominam swój pierwszy podziemny koncert: to Vader, późną wiosną roku 1991 w bydgoskim Kablu; liczę ze zdumieniem graniczącym z niedowierzaniem, że minęło od tego czasu ponad ćwierć wieku. Później było ich wiele – nie żebym nie pamiętał, proszę nie wyciągać przedwczesnych wniosków o moim prowadzeniu się, pamiętam doskonale, ale nie chcę zanudzać: była bowiem Bydgoszcz pod tym względem o wiele żywsza w latach 90., bo – taką mam pierwszą refleksję ogólną – lata tamte były jakoś żywsze, gdy idzie o uczestnictwo: odbiorców było więcej, istniały też zaangażowane subkultury.

To ta zmiana, zmiana w zaangażowaniu jest kluczowa, tak to diagnozuję. W tym sensie istnieje silna odpowiedniość pomiędzy stanem czytelnictwa a aktywnością kulturalną – np. uczestnictwem w koncertach. I nie chcę przez to powiedzieć, że to uczestnicy koncertów blackmetalowych czytali wtedy książki i że zanik jednych jest ściśle skorelowany z zanikiem drugich, bo były to zbiory wspólne. Nic takiego, chociaż nie wykluczam. Sądzę raczej, że ogólna aktywność zmieniła się tak, że nie czytuje się powszechnie literatury, nie chodzi się powszechnie na koncerty trudnej, wybitnie nierozrywkowej muzyki, nie ogląda się spektakli wymagającego teatru i tak dalej (co może oznaczać: aż do zupełnej zagłady kultury – powiedziałbym, ćwicząc się w pesymizmie). Twierdzę, że zanik metalowej subkultury jest śladem tego samego procesu, który znaczy też zanik subkultury czytelników literatury (szczególnie: poezji).
Nie jest tak, rzecz oczywista, że już nikt nie czyta i nikt nie chodzi na koncerty – widzę Was przecież, widuję w księgarniach i klubach, uroczy ostatni Mohikanie, cieszy mnie Wasz widok, podtrzymuje przy życiu, sprawia, że jeszcze chcę żyć (a to znaczy: czytać, słuchać, oglądać itd.). Idzie o to, że jest Was, nas coraz mniej – to nie podlega dyskusji, statystyki wspierają mnie w tym pesymizmie.

Tym bardziej to wszystko dziwne, że – wracam tu do Furii – ta muzyka doznaje ostatnio rozmaitych uwzniośleń, kulturowych rehabilitacji i awansów ze strony kulturalnego mainstreamu: jedną z oznak tej akceptacji jest przecież Klatowe Wesele. Ale przecież nie tylko. Grywa bowiem ta Furia i na rockowych festiwalach i złośliwcy mówią, że to taki „hipster metal”. Kultura doceniła swoją ekstremalną gałąź i, nie powiem, cieszy mnie to – tym bardziej że ekstremalna gałąź wcale się przez to nie ugrzecznia, nie chce się ustatkować. Dzieje się akurat odwrotnie, czego znów Wesele jest przykładem.
Ma Bydgoszcz i w tym awansie pewien – znaczący nawet – udział, bo to przecież na tej – legendarnej już chyba – płycie Kuby Ziołka nagranej pod szyldem Stara Rzeka (idzie o Cień Chmury Nad Ukrytym Polem) black metal pojawił się na równych prawach z neofolkiem, psychodelicznym rockiem, ambientem i czym tam jeszcze. Kuba swoją płytę wydał w roku 2013 – mniej więcej wtedy, kiedy Furia wydawała swoje przełomowe albumy: Marzannie, Królowej Polski (2012) i Nocel (2014). Wtedy też, w tym roku (o, roku ów!) także zespół Thaw swoją pierwszą płytę – to ich występ poprzedził koncert Furii w Estradzie w ramach wspomnianej trasy z ćmą w nazwie. Thaw wydaje mi się rewelacją polskiej sceny alternatywnej. Połączenie black metalu z ambientem, drone metalem i nie wiadomo czym jeszcze (pełno składników, przepyszny to muzyczny bigos) sprawia, że zespół jest – albo zaraz będzie – polskim produktem eksportowym (co ciekawe, bębni tam Macio Moretti, którego w swoim czasie gościliśmy regularnie w Pianoli – z Baabą na przykład, a którego publiczność poznała z płyty, którą nagrał pod szyldem Mitch & Mitch ze Zbigniewem Wodeckim). Szkoda, że Kuba Ziołek zakończył projekt Stara Rzeka – moglibyśmy ich eksportować w pakiecie.

Działy:
Michał Tabaczyński

Michał Tabaczyński

Redaktor naczelny BIK.

Polonista, dziennikarz, slawista, autor kilku książek (Parada równości, Koniec zabawy w pokolenie) i współautor kilku innych (Tekstylia bis, Kultura niezależna w Polsce 1989-2009).

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Grudzień 2017 Dziennik podróży w miejscu (8): Historia pewnego awansu