Teatr płonie, a w nim ludzie jacyś są

Prapremiery nie/chciane krótko recenzują dla Państwa Paweł Schreiber (ps) i Emilia Walczak (emi).


Herosi transformacji. Nacjopolis, reż. Michał Walczak, Teatr Syrena w Warszawie / Pożar w Burdelu

Kolejny odcinek niekończącego się serialu tworzonego przez kabaret Pożar w Burdelu, tym razem poświęcony Festiwalowi Piosenki Reżimowej w Hardkorowie – a wiadomo, że z Hardkorowa do Opola niedaleko. Chichotów, jak to w Burdelu, było dużo, ale były to chichoty, jak to w Burdelu, podszyte coraz głębszym niepokojem. Bo chociaż było w zasadzie o Opolu, to było też o Bydgoszczy, Wrocławiu, Poznaniu – o władzy, która tworzy własny, coraz ciaśniejszy, obieg kultury, w którego cieniu wyrasta powoli drugi obieg, wspierany przez publiczność i – pewnie do czasu – samorządy. Mocny początek festiwalu i dobitne pokazanie, gdzie dziś stoimy, chodząc na takie imprezy. (ps)

Elementarz, reż. Michał Zadara, Nowy Teatr w Warszawie

Adaptacja klasycznego elementarza Mariana Falskiego wpisuje się w cykl spektakli Michała Zadary opartych na kluczowych dla polskiej kultury tekstach, których prawie nikt nie czyta w skupieniu, w całości i ze zrozumieniem. Co prawda Elementarz to nie Dziady, ale kto wie, czy nie miał większego wpływu na kształtowanie mentalności i wrażliwości całych pokoleń Polaków, do dziś pamiętających, że Ala ma kota (choć dzisiaj to nie kot Ali trafia na pierwsze strony gazet). Elementarz Zadary wskrzesza nie tylko rytmiczny (a w świetnym aktorskim wykonaniu również zaskakująco poetycki) tekst Falskiego, ale również delikatnie siermiężną estetykę PRL-owskiej kultury przeznaczonej dla dzieci, z której wydobywa sporo autentycznego piękna. Efekt jest bardzo ciekawy dla najmłodszych widzów – i rozczulający dla ich rodziców. (ps)

Kopciuszek, reż. Anna Smolar, Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie

Początek jak zwykle w takich przypadkach – młodzi widzowie (późna podstawówka) przyszli do teatru i próbują sobie znaleźć jakieś zajęcie, które pozwoli im przetrzymać najbliższe dwie godziny. Ale kiedy przedstawienie się zaczyna, rozmowy i chichoty powoli cichną, a ekrany smartfonów kolejno gasną. Ku swojemu zaskoczeniu, widzowie orientują się, że przedstawienie nie chce ich ani zanudzać, ani pouczać, ani oszołamiać tanimi efektami, tylko z nimi rozmawia. Kopciuszek z tekstu Joëla Pommerata, wyreżyserowany przez Annę Smolar i przepięknie zagrany przez krakowskich aktorów (ze wskazaniem na doskonałą Jaśminę Polak), to nie bajka o tym, jak dobra wróżka odwraca życiową tragedię, tylko historia o tym, jak, z pomocą wróżki, czy bez niej, można się z życiową tragedią pogodzić. Wielu myśli, że to umiejętność zarezerwowana dla dorosłych – oni opowiadają dzieciom bajki. Smolar traktuje swoich odbiorców dużo poważniej. (ps)

Wściekłość, reż. Maja Kleczewska, Teatr Powszechny im. Zygmunta Hübnera w Warszawie

Mimo że od czasu przejęcia dyrektury w Teatrze Polskim w Bydgoszczy przez Łukasza Gajdzisa wraz z innymi recenzentami i recenzentkami gorszego sortu przestałam otrzymywać zaproszenia na spektakle, kilka z tych pokazywanych w trakcie tegorocznych Prapremier udało mi się zobaczyć. Wściekłość była pierwszym z nich. A tu tytuł, zdaje się, zobowiązywał: przez bite trzy godziny aktorzy i aktorki darli się ze sceny wniebogłosy, jeden przez drugiego, jakby licytując się, kto wykrzesze z siebie więcej „ognia”. Ogólny chaos, zniszczenie i degrengolada, ale, no cóż, taki jest właśnie współczesny świat, który autorka sztuki, Elfride Jelinek, od lat próbuje, bardziej lub mniej celnie, punktować. „Głośna muzyka, elementy pirotechniczne oraz drastyczne obrazy”, przed którymi przestrzegał towarzyszący festiwalowi folder, bawiły mnie, gdy byłam w liceum… Coś przełamało się co prawda, kiedy na scenie pojawił się Michał Czachor, bo grać to on akurat potrafi, lecz koniec końców – ta gra zazwyczaj wygląda u niego tak samo. Plus jedynie za zgrzebną scenografię autorstwa Zbigniewa Libery. (emi)

Będzie pani zadowolona, czyli rzecz o ostatnim weselu we wsi Kamyk, reż. Agata Duda-Gracz, Teatr Nowy im. Tadeusza Łomnickiego w Poznaniu

Sztuka mocno inspirowana reportażem Wiesława Łuki Nie oświadczam, która od lat porusza wyobraźnię wielu twórców – od Janusza Petelskiego, który w 1988 roku stworzył telewizyjną adaptację makabrycznych wydarzeń spod Połańca z ’76 aż do Zygmunta Miłoszewskiego, który w 2014 roku, w swym Ziarnie prawdy, do tej historii również nawiązał. Rzecz to o przerażającej zmowie milczenia świadków morderstwa i ich potomków, panującej – tutaj akurat – w tytułowej wsi Kamyk. A gdy dołożymy do tego suto podlewaną alkoholem weselną atmosferę, motyw stosunków polsko-żydowskich i nienachlane przypomnienie, że w trakcie II wojny światowej i tuż po niej Polacy jednak mordowali Żydów, no… to robi się naprawdę gorąco, niczym w Demonie Wrony czy wręcz w płonącej w Pokłosiu Pasikowskiego stodole. Na szczęście nowa narracja historyczna partii rządzącej, według której mamy w Polsce samych Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, nie weszła jeszcze do teatrów, dzięki czemu trzy i pół godziny siedzenia w fotelu wcale nie boli. (emi)

Harper, reż. Grzegorz Wiśniewski, Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach

Kieleckie przedstawienie może być świetnym argumentem w dyskusjach na temat aktorstwa psychologicznego we współczesnym teatrze. Dużo tu psychologizmu zbyt prostego i zbyt nachalnego, w którym odgrywane przez aktorów emocje postaci są doskonale przewidywalne. Widz, który się na takie zagrania już napatrzył, przypomina sobie, dlaczego od dawna uważa, że nadmiar psychologii w teatrze może wyłącznie szkodzić. Wtedy na scenę wchodzi Magda Grąziowska, grająca główną bohaterkę – kobietę próbującą uciec od trwającego mocą rutyny związku z niekochanym mężem. I nagle wszystkie argumenty przeciwko psychologii topnieją jak bałwan na wiosnę. Nie ma co się rozpisywać – tę rolę po prostu trzeba zobaczyć. (ps)

Disco Solski, reż. Łukasz Fijał, Teatr im. Ludwika Solskiego w Tarnowie

Naprawdę współczuję tym, którzy dokonali zakupu biletu na to „dzieło”… Mówię sobie: nie no, pójdę, w końcu to tylko osiemdziesiąt minut, jakoś wytrzymam, może o coś tam jednak chodzi, jakaś krytyka społeczeństwa, cokolwiek… Niestety, nie chodziło o nic; aktorzy Teatru im. Ludwika Solskiego w Tarnowie najwidoczniej chcieli sobie pośpiewać „kanoniczne” discopolowe tytułu w nowych aranżacjach. Wyszłam z „przedstawienia” mniej więcej w połowie – nie ja sama zresztą, i nie pierwsza ani też nie ostatnia. (emi)

Narodowe czytanie „Rejsu”, reż. Bartosz Szydłowski, Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

I kolejne wielkie rozczarowanie Prapremier nie/chcianych. Naprawdę nie wiem, jaki był klucz doboru tegorocznych spektakli – mam wrażenie, że Łukasz Gajdzis brał, co akurat było „do wzięcia”, zresztą – to nawet nie były premiery… W tym przypadku padło akurat na teatr na wpół amatorski i było to naprawdę, naprawdę złe. Tandetne wręcz. I zupełnie nie licowało z wypracowaną w zeszłym roku przez Pawła Wodzińskiego i Bartka Frąckowiaka – a w tym utraconą – międzynarodową formułą festiwalu. Co prawda słyszałam po spektaklu głosy: nie no, weź, nie bądź taka surowa, „jakiś” potencjał tam jednak był. Cóż, jeśli był, to ja go nie zauważyłam. (emi)

Wesele, reż. Jan Klata, Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie

Jeden z najlepszych spektakli w dorobku Jana Klaty. Bezkompromisowa teatralna diagnoza dzisiejszej Polski, która, jak słyszymy, ostatnio wstaje z kolan i gwałtownie się zmienia. W przedstawieniu Klaty miota się, jak zwykle, przy dźwiękach gwałtowniejszej niż kiedyś (wspaniałe metalowe brzmienia zespołu Furia!) melodii Chochoła. W telewizji mówią, że wspominana i czczona przeszłość ożywa. W przedstawieniu Klaty wychodzi z ciemnych zakamarków sceny tak samo martwa, jak przedtem, chociaż się porusza. Trupami stają się też uczestnicy weselnego obrzędu. Nadzieja życia tli się tylko w zaokrąglonym brzuchu Panny Młodej. I w potężnej energii zespołu krakowskiego Starego Teatru, niszczonego właśnie przez politykę, ale wciąż próbującego, słowami piosenki Furii, „Krępulcowi nie ulec”. (ps)

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start