Fonomo na dwa głosy (męskie): Usłyszałem film

Punto u Raya - spotkanie z twórcami festiwalu Punto u Raya - spotkanie z twórcami festiwalu Fot. Dariusz Gackowski

Za nami kolejna edycja FONOMO, festiwalu na tyle oryginalnego, że na potrzeby tego tekstu wprowadzę do słownika języka polskiego nowe słowo – przymiotnik „fonomowy”. Jego znaczenie jest raczej intuicyjne i tak jak festiwal i punkty jego repertuaru wymyka się klasyfikacjom. Kto odwiedził kiedyś FONOMO, być może wie, o czym mówię (piszę). Resztę postaram się nakierunkować poniższym podsumowaniem filmowego oblicza tegorocznej edycji.

Wewnętrzne życie

Pierwszy film i od razu duża dawka emocji. Opowieść o pobudzaniu osób chorych na alzheimera poprzez puszczanie przywołującej wspomnienia muzyki wycisnęła do sucha kanaliki łzowe niejednego widza. Nie dziwi zatem Nagroda Publiczności na Sundance 2014. Dziwi natomiast brak tej świetnie zrealizowanej, uniwersalnej, ważnej historii w szerszym lub nawet nieco węższym obiegu w Polsce. Wielka szkoda. Wracając do filmu – duży plus za brak narcyzmu twórców i muzykoterapeutów, którzy odsuwają się w cień, oddając główne role osobom chorym. Oczywiście pojawiają się tu kwestie luk systemowych amerykańskiej służby zdrowia i promocja przedstawionego w filmie terapeutycznego pomysłu, nie przekracza się w tym jednak granicy, za którą pacjenci traktowani byliby przedmiotowo. Widzowie zyskali tym samym bohatera dla dokumentu idealnego – takiego, który nie potrafi być nieszczery.
PS Zachęcam do wspomagania inicjatywy: www.aliveinside.org.

Serce psa

W tegorocznym repertuarze najbardziej ograny tytuł, choć to rzecz bardzo względna, bo przecież Serce psa w Bydgoszczy mogliśmy wcześniej zobaczyć zaledwie na kilku pokazach. Nie mogło go jednak zabraknąć na FONOMO. Eksperymentalny, częściowo animowany, fabularyzowany dokument Laurie Anderson zdaje się szyty na miarę festiwalu. Anderson formalnie nie wyznacza sobie granic, bierze różne filmowe przekaźniki, których jedynym wspólnym mianownikiem staje się treść. Reżyserka rozdmuchuje dzieło, odpływa w głęboko filozoficzne obszary, wprowadza kolejne eksperymentalne elementy, co czyni film nie najłatwiejszym w odbiorze. Warto jednak było podjąć wyzwanie, by w finale przekonać się, że to przede wszystkim piękna opowieść o tęsknocie i przemijaniu. Za kim tak tęskni Anderson? O kim i dla kogo jest to film? Kto widział, już wie. Kto zna choć trochę biografię reżyserki, z pewnością się domyśla. Kto nadal nie wie, zachęcam do nadrobienia Serca psa. Dla mnie to w duchu najbardziej fonomowy z tegorocznych filmów.

Manifesto

Pierwszy dzień zwieńczyła filmowa wersja instalacji Juliana Rosefeldta, przedstawiająca w 13 epizodach blisko 60 fragmentów najważniejszych manifestów ostatnich kilkunastu dekad – od Karla Marxa po Jima Jarmuscha. Wszystkie te ważkie hasła wygłaszają postacie grane przez Cate Blanchett, podobno zaangażowanej do filmu w wyniku zachwytu twórcy nad jej kreacją Boba Dylana w I’m Not There. Australijka po raz kolejny udowodniła, że w jej DNA drzemie gen kameleona, sprawdzając się zarówno w roli kloszarda, zjadacza chleba powszedniego, yuppie czy pretensjonalnej artystki. Do jej wszechstronności dołóżmy fakt, że w tym samym miesiącu mogliśmy ją oglądać w jeszcze jednej premierze – marvelowskim blockbusterze Thor: Ragnarok. W Manifesto Rosefeldt umieścił manifesty w nowych kontekstach, dzięki czemu nabrały nowych wartości, czasem stały się śmieszne. Film był hitem tegorocznych Nowych Horyzontów, premierę miał w tym roku na Sundance.

Punto y Raya

Drugiego dnia festiwal zyskał nowe oblicze. W MCK zwinięto widownię i rozstawiono nową, w kierunku przeciwnym. Konstrukcyjna rewolucja na sali sprawiła, że zrobiło się intymniej, oryginalniej, bardziej klubowo, bardziej fonomowo.
Tego dnia odbyło się najoryginalniejsze filmowe wydarzenie festiwalu – zestaw prezentujący laureatów nagród i wyróżnień festiwalu Punto y Raya. Z hiszpańska „Kropka i kreska” to wydarzenie skupiające krótkometrażowe animacje, które cechuje prostota formy, abstrakcyjność i niezwykła zmysłowość. Wobec tego, co hulało na ekranie, zmysły widza były bezbronne, co etiudy bezlitośnie wykorzystywały. Pewnie okażę się naiwnym widzem, jeśli przyznam, że najbardziej przypadły mi do gustu geometryczne zabawy zaburzające percepcję (SusY, Interference Oscilations) i te fragmenty, w które wdawała się jednak nutka fabularności czy postaciowości (Line, The Dancing Line). Wtrącę tu ukłon w stronę Animocji, których widzowie już w kwietniu mogli zobaczyć kilka z tych propozycji. Udana prowokacja, intrygująca ciekawostka, ale i coś więcej. Pokaz uzupełniło spotkanie z kuratorkami Punto y Raya, które rzuciło jeszcze jedno światło na to, co chwilę wcześniej obejrzeliśmy czy precyzyjniej – przeżyliśmy. O ile odbiór zestawu filmów był z pewnością nieraz wyzwaniem, o tyle spotkanie po miało przyjacielski, kawiarniany wręcz klimat. Niby odległe festiwale, a jak się zrobiło blisko!

Hello, Hello, Hello: Lee Ranaldo: Electric Trim

Osobiście uważam, że był to najsłabszy film w zestawie, nadal nie był to jednak film zły. Moje czepialstwo ograniczyłbym jedynie do formy. Uwierała mnie tu konstrukcja, od raptownego wprowadzenia postaci, przez monotonny schemat montażowy wywiadów, czasem niezgrabne kadrowanie, po obrazujące dźwięk animacyjne wstawki bez polotu. Trochę tych wiader wylałem na film, warto było jednak zajrzeć za kulisy pracy twórczej współzałożyciela Sonic Youth, zwłaszcza że twórcy mieli klucze do chyba wszystkich drzwi, za którymi działa się tam muzyka. Dla siedzących na widowni fanów Ranaldo było to z pewnością spełnieniem marzeń. Dla znających trudy pracy twórczej w studiu nagrań film musiał nabrać innych znaczeń. A i dla kogoś (stwierdzam na własnym przykładzie), kto muzykowaniem nie wykroczył daleko poza grę na flecie w podstawówce, podróż to do jakiegoś stopnia odkrywcza. Odniosłem też wrażenie, że charyzma i pasja tworzenia widocznie emanująca z głównego bohatera przyćmiewana jest przez jego pomocnika (i fana), multiinstrumentalistę Raüla „Refree” Fernandeza. Żeby nie zostawić tej pozycji tylko z negatywnym „naj”, zauważę, że był to bodajże najbardziej undergroundowy film festiwalu – kiedy piszę te słowa, a być może jeszcze kiedy to Państwo czytają – Hello, Hello, Hello nie ma nawet na Filmwebie (na IMDb jest - aktywny link powyżej). Za to chwała FONOMO!

Filharmonia na wysypisku

Kolejna dawka wzruszeń. Dla mnie chyba największe (zdecydowanie pozytywne) zaskoczenie festiwalu. Trochę bałem się tego filmu, bo mój organ odpowiedzialny za wydzielanie hormonu wzruszenia – jeśli edytor tego nie wytnie, przepraszam za antynaukowy bełkot – ostatnimi czasy nie zawsze już reaguje, jak chciałaby tego widoczna na ekranie intencja twórców. Przypomnę, że bohaterami są tu mieszkańcy paragwajskiej Cateury, członkowie orkiestry grającej na instrumentach złożonych z odpadków znalezionych na pobliskim ogromnym wysypisku śmieci. I chociaż prosta to opowieść, również w sensie dokumentalnej formy, nie razi to, bo i bohaterowie są w najlepszym tego słowa znaczeniu prostolinijni. No i właściwie sporo w tym patosu, ale jak mało gdzie usprawiedliwionego, bo opowieść iście niesamowita, by rzec: wręcz filmowa. Przyznam, że bliżej mi do skandynawskiej powściągliwości niż do południowoamerykańskiego temperamentu, jednak w tej opowieści oddałem się bijącym z ekranu twórczej pasji, silnej emocjonalności, ludzkim radościom i dramatom. Widać, wspomniany powyżej organ nie jest jeszcze w kompletnej atrofii.
PS 2 I tu warto wspomóc: www.landfillharmonicmovie.com.

Po tamtej stronie

O tym tytule pisaliśmy z Emilią Walczak w październikowym „BIK-u”. Dodam tylko, że spośród filmów na FONOMO był to największy sukces frekwencyjny. Nie ma się co dziwić – z dawna wyczekiwany kolejny film Kaurismäkiego, Srebrny Niedźwiedź w Berlinie, zdaniem FIPRESCI najlepszy film 2017. Kino to osobliwe, jednak widocznie w guście fonomowej publiczności, która spontanicznie reagowała w trakcie seansu. Kto jeszcze nie widział – zdecydowanie do nadrobienia. Ten, jak i wyżej wymienione przypadki pozwalają w definicję fonomowości wpisać sporą dozę humanistycznej wrażliwości.


 

Pamiętają jeszcze Państwo Never seen in Bydgoszcz? Odbywający się w latach 2007–2011 cykl łatał luki repertuarowe, które pozostawiały po sobie multipleksy. A były to czasy, że poza nimi kina w Bydgoszczy trudno było doświadczyć. Potem ruszyło studyjne kino Orzeł, przyjechał Camerimage, mocy nabrał DKF Niespodzianka, pojawiło się Cafe Kino, w WiMBP i Mózgu coraz częściej wyświetlane były filmy. Głód bydgoskich kinomanów został nasycony. Nadal są jednak smaki, których brakuje u nas w filmowym menu, bo przecież wszystkiego nie da się zagrać. Od kilku lat FONOMO dzielnie uzupełnia część tych braków, prezentując oryginalny repertuar, co w takim natłoku filmowych wydarzeń jest sztuką nie lada. Piszę już ostatnie zdania, wciąż nie wiem jednak do końca, co znaczy „fonomowy”. Jestem jednak przekonany, że to coś pozytywnego.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start