BYDGOSZCZ W WARSZTACIE, cz. 4: Turbo Workshop

Dominik Syska (TURBO WORKSHOP) Dominik Syska (TURBO WORKSHOP) Fot. Zuzanna Strzaszewska

Czym dziś zajmuje się stolarz? Żeby się tego dowiedzieć, odwiedzam Turbo Workshop – warsztat, w którym z drewna może powstać niemal wszystko: od zabawek, przez dekoracje, aż po elementy pociągów metra.


Ulica Podolska, samo serce bydgoskiego Śródmieścia. Warsztat na parterze budynku z czerwonej cegły. Przeszklone drzwi i witryna, przysłonięte szarym papierem. W środku najbardziej rzucają się w oczy litery z precyzją wycięte z drewnianych płyt. – To dla mnie akt buntu wobec szyldów nadrukowanych na tworzywach sztucznych. Drewnianymi literami chcę udowodnić, że reklama może być naturalna i bliższa człowiekowi – mówi Dominik Syska, właściciel Turbo Workshop, czyli nowoczesnego warsztatu stolarskiego.

– Ludzie pytają mnie, czy mogę wyciąć coś w pleksi lub innym plastiku. Odpowiadam im, że mogę, ale nie wytnę. Proponuję za to drewno i gwarantuję, że będą zadowoleni. Bo jest ekologiczne, piękne, przyjemne w dotyku – dodaje. Drewniane litery Dominika używane są jednak nie tylko w reklamie. Równie dobrze sprawdzają się bowiem jako dekoracja wnętrza lub prezent. A na tym jego pomysły się nie kończą.

*

Skąd u Dominika taka miłość do drewna i przedmiotów, które można z niego wykonać? – Mój dziadek był stolarzem. Zawsze imponowało mi, że własnymi rękami można zrobić na przykład stół lub ławkę – mówi. – Kiedy byłem dzieckiem, zrobił nawet gokarta. To była kompletna konstrukcja, wystarczyło tylko dokręcić koła. Chyba dlatego z tyłu głowy wciąż miałem myśl o tym, żeby spróbować sił w stolarstwie.

Myśl dojrzała około trzech lat temu, kiedy pierwszy raz stanął przed frezarką CNC. – Uświadomiłem sobie, że dzięki niej można zrealizować właściwie dowolny projekt – mówi Dominik i wspomina pierwszą lekcję pod okiem doświadczonego operatora takich maszyn: – Przyszedłem z notesem i długopisem. Pan mnie wyśmiał. Powiedział, że jeśli chcę koncentrować się na teorii, w ogóle mogę nie zaczynać. Faktycznie. To trzeba poczuć, zrozumieć.

W tym samym czasie Dominik poczuł, że jest wypalony zawodowo. Do tej pory pracował między innymi w sklepie z drogim sprzętem audio-wideo i w firmie montującej systemy inteligentnych domów. – W pewnym momencie stwierdziłem jednak, że takie życie nie jest dla mnie. Że nie chcę pracować w czyjejś firmie.

Mieszkał wtedy w Gorzowie Wielkopolskim. To w tym mieście powstała idea Turbo Workshop. Tutaj ukończył kurs, a za pieniądze z unijnej dotacji i własne oszczędności kupił maszynę. – Założenie było takie, żeby pomóc ludziom w realizacji „turbopomysłów”. Tych najbardziej oryginalnych i bezkompromisowych – mówi. W międzyczasie powstały też dwie marki-dzieci warsztatu, dzięki którym, poza realizowaniem cudzych wizji, Dominik mógł skupić się także na własnych.

*

W marcu tego roku wykupił domenę drewnianelitery.pl. To ta marka sprawiła, że Turbo Workshop stanął na nogi. – Pierwsze zlecenie dostałem kilkanaście minut po tym, jak założyłem stronę na Facebooku – opowiada. Pod tym szyldem powstają nie tylko litery, ale też całe napisy, logotypy, girlandy i inne dekoracje. Klienci Dominika zamawiają je na śluby, do pokojów, sklepów albo kawiarni.

Kolejna wymyślona przez niego marka to WOW Mamo! Zaczęło się od wielkich baniek mydlanych. – Na początku puszczałem je podczas wakacyjnych wyjazdów nad morze.

Dominik oczywiście sam robi kolorowe kijki niezbędne do puszczania takich baniek i specjalny płyn.

– Później zrozumiałem, że część ludzi bardziej od samej zabawy interesuje sam sprzęt. Postanowiłem więc, że rozpocznę produkcję. To był strzał w dziesiątkę, bo od tego czasu moje bańki uszczęśliwiły już kilka tysięcy dzieciaków – mówi. – Klienci, którzy kupują ode mnie zestaw, otrzymują też karteczkę z przepisem na własny płyn. Bardziej opłacałoby mi się, gdybym im tego nie zdradzał. Wtedy po każdą nową porcję musieliby wrócić do mnie. Moim priorytetem nie jest jednak zwiększanie zysków. Przede wszystkim zależy mi na tym, by uświadomić innym, jaką moc mają bańki.

WOW Mamo! to od niedawna także drewniane zabawki. W pracowni niedługo pojawi się kolejna osoba, która zajmie się między innymi ich ręcznym malowaniem.

Jakie plany na przyszłość ma Dominik? – Marzy mi się stacjonarny sklep z drewnianymi literami. Taki, w którym litery stałyby na półkach jak książki w księgarni. Do którego można byłoby wejść i skompletować dokładnie taki napis, jaki byłby potrzebny. Złożony z różnych liter lub w całości w tym samym kroju.

*

– Nie lubię czysto technicznych projektów i staram się ich unikać – odpowiada Dominik, kiedy pytam o to, jakich zleceń jest najwięcej. – Ale to nie znaczy, że w ogóle nad nimi nie pracuję. To na przykład element silnika do warszawskiego metra. – Dominik pokazuje drewniany klocek, którego przeznaczenia nie potrafiłbym się domyślić. – Dużo przyjemniej pracuje mi się jednak nad projektami, w których muszę wykazać się kreatywnością. W których trzeba wyjść poza schemat.

Dominik często współpracuje z bohaterami pozostałych odcinków serii Bydgoszcz w Warsztacie. Tworzył między innymi dla kawiarni PO CO i pracowni sitodruku Ładne Rzeczy, a teraz pracuje nad skrzynią do roweru cargo Grzegorza Klucznika. – Czuję, że dużo mnie z nimi łączy, bo wszyscy patrzymy na swój fach z perspektywy innej niż większość rzemieślników. Chłopaki z PO CO nie parzą przecież kawy takiej jak w innych kawiarniach. Dziewczyny z Ładnych Rzeczy mogłyby działać jak zwykła agencja reklamowa i drukować banery czy inne gadżety, a tego nie robią. Wszyscy szukamy nowych ścieżek.

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy Muzyka Listopad 2017 BYDGOSZCZ W WARSZTACIE, cz. 4: Turbo Workshop