Falstaff – filozofem?

Sławomir Kowalewski jako Ford i Łukasz Goliński jako Falstaff Sławomir Kowalewski jako Ford i Łukasz Goliński jako Falstaff Fot. Andrzej Makowski

Ostatnia opera Verdiego po raz pierwszy na bydgoskiej scenie operowej.


Przypatrując się twórczości Giuseppe Verdiego, szczególnie tworzonym przez ponad pół wieku dziełom scenicznym (z roku 1839 pochodzi dramat Oberto, z 1893 zaś komedia Falstaff), zastanawia fakt, że w ostatnich swych utworach nie dokonuje kompozytor wolty, nie próbuje w otwarty sposób rozliczyć się z przeszłością i nie pozostawia swoistego memento, jak poczynił choćby Franciszek Liszt tworząc ostatni poemat symfoniczny Od kołyski do grobu (1881–1882). Verdi pozostaje wierny swej koncepcji dramatu muzycznego przełamując tradycję włoskiego pięknego śpiewu, podporządkowując warstwę muzyczną dzieł wydarzeniom scenicznym (nadając im rysu autentyczności) oraz zwiastując muzyczny odpowiednik naturalizmu (weryzm). Estetyczna spójność tej koncepcji prowadzi wprost do ostatniego jego dzieła scenicznego Falstaff, które z trudem wpisuje się w konwencję XIX-wiecznego teatru operowego.

Librecista dzieła, Arrigo Boito (bydgoskiej publiczności znany doskonale jako kompozytor opery Mefistofeles), sięgnął do ulubionego dramaturga Verdiego – Williama Szekspira (Wesołe kumoszki z Windsoru, Henryk IV), główny wątek tematyczny opierając na charakterystycznym chwycie qui pro quo. Choć konwencja ta, zakorzeniona w operowej licencji La finta… (z włoskiego: rzekoma, fałszywa; i tu, Drogi Czytelniku, możesz dopisać dowolny rzeczownik), sprzyjała powstawaniu niezliczonych oper komicznych o banalnej akcji i słabo zarysowanej muzycznej charakterystyce postaci (wyłączam z tego zakresu opery Mozarta!), w przypadku dzieła 80-letniego Verdiego, zaowocowała na wskroś intymną, wieloznaczną operą pozbawioną powierzchowności i bezbarwności.

Choć powyżej wskazywałam, że Verdi, żegnając się z teatrem, nie próbował w Falstaffie rozliczać się z utraconą młodością, nie można odmówić mu filozoficznego spojrzenia na tytułowego bohatera tej opery. Tradycja teatralna przyzwyczaiła nas do postrzegania Falstaffa jako rubasznego, jowialnego pijaczynę, doświadczonego grubasa czy zwiedzionego kochanka, zaś Maciej Prus, reżyser przedstawienia operowego, którego premiera odbyła się 21 X 2017 roku w Operze Nova, przekonuje nas do rewizji tych poglądów, reinterpretując utarty obraz tego bohatera: „Falstaff jest […] wspaniałym, mądrym, dojrzałym mężczyzną, […] ma własny sposób na życie. […] Jest w sile wieku. I chce żyć!”. Przekonuje, że Falstaff w jego przedstawieniu jest żądny życia jak Don Juan, rozmarzony jak Don Kichot, szelmowski i spragniony przygód niczym Dyl Sowizdrzał.

Jakże bogatą charakterologicznie postać wykreował śpiewający rolę Falstaffa Łukasz Goliński, można było przekonać się śledząc kolejne niefortunne zdarzenia, prowadzące od pełnych skrzącego humoru damsko-męskich perypetii do przejmującego, dramatycznego monologu w III akcie (ileż było w tym dostojeństwa!), w którym prowadzi rozważania trzymając w dłoni czarę z napojem Dionizosa… Łukasz Goliński, który dwa tygodnie temu w Rzymie wykonywał tytułową partię w operze Karola Szymanowskiego Król Roger, doskonale zbudował postać Falstaffa-awanturnika, Falstaffa-kochanka i Falstaffa-myśliciela, różnicując także wokalnie zmieniającą się pod wpływem kolejnych okoliczności postać. Swoboda wokalna, z jaką podjął tego wyzwania, i zbudowanie wielowymiarowej, a jednocześnie wiarygodnej – także z perspektywy muzycznej – postaci, zasługują na najwyższe uznanie!

Słowa podziwu należą się także Sławomirowi Kowalewskiemu, wcielającemu się w rolę Forda (vel Fontany), a jego duet z Falstaffem uważam za jeden z najlepszych fragmentów tego przedstawienia. Choć niekiedy traktuje się tę operę Verdiego jako dzieło dla bohatera tytułowego i kilku postaci drugoplanowych, swym talentem wokalnym i aktorskim Sławomir Kowalewski przeczy takim opiniom – kreowanemu przez niego bohaterowi nie zabrakło ani wyrafinowania, ani wyrazistości; był rywalem godnym sir Johna Falstaffa.

Oszukane przez tytułowego bohatera wesołe kumoszki: Alicja Ford (Magdalena Polkowska), Meg Page (Małgorzata Grela) i pani Quickly (Małgorzata Ratajczak), wymierzają sprawiedliwość, czyniąc to niezwykle przekonująco – zuchwałe poczynania tych pełnych temperamentu kobiet doprowadzają do ukarania rzekomego adoratora. Choć ekspresja bohaterek zdaje się momentami przerysowana (np. uporczywie powracająca formuła: Reverenza!), wydaje się, że właśnie takim zabiegiem reżyser podkreślił ich charakter.

Para młodych kochanków: Anusia (Aleksandra Wiwała) i Fenton (Łukasz Załęski), usilnie walczących o swoje prawo do szczęścia (niczym motto brzmi scalający operę ich duet Usta, całowane, nie tracą świeżości z Boccaccia), pojawia się wielokrotnie w przebiegu opery, urzekając swym liryzmem i niewinnością szczerego uczucia.

Pozostali bohaterowie: dr Cajus (Jakub Zarębski), Bardolf (Szymon Rona) i Pistol (Jacek Greszta), wcielili się w postaci charakterystyczne dla oper buffa. Choć niezwykle trudno w teatrze Verdiego wykreować tego typu role, wydaje się, że taki właśnie, zamierzony efekt buffo wywołały wszystkie sceny z ich udziałem (szczególny ukłon w stronę Szymona Rony).

Jak wiadomo, Falstaffa Verdiego dobarwiają wspaniałe, kunsztowne sceny zespołowe. To one są świadectwem doskonałego operowania warsztatem kompozytorskim, one dramatyzują przebieg opery i są dowodem maestrii śpiewaków. Cóż, by dostrzec ów kunszt, trzeba było przetrzymać finały aktu I i II, z drżeniem serca licząc, że „nie rozsypią się” rozbudowane sceny zbiorowe – brawa dla dyrygenta Piotra Wajraka, który je skutecznie poskładał. Wieńczący operę finał – potężna, kunsztowna fuga, stała się miejscem popisu solistów, chóru (jakże pięknie chóralne głosy żeńskie wtapiały się w scenę magiczną III aktu) i orkiestry.

Dyrygent, Piotr Wajrak (przygotowujący w Operze Nova Don Carlosa Verdiego, 2016), niezwykle trafnie odczytał koncepcję Verdiego. Poprowadził całość jako spójną, teatralną (filmową – jak sam to określił) opowieść, wydobywając z dość sprawnej orkiestry odcienie pozwalające uzyskać efekt komizmu, budować napięcie dramaturgiczne i wzmacniać ilustracyjność poszczególnych scen. Tę spójność podkreśliła także oszczędna w środkach, acz symboliczna w wymowie scenografia Jagny Janickiej, uwypuklona grą świateł (jak zwykle rewelacyjna realizacja Macieja Igielskiego, a akt III to absolutny majstersztyk – trzeba to zobaczyć!) i dopracowanych w szczegółach kostiumach autorstwa Hanny Wójcikowskiej-Szymczak.

Można oczywiście debatować nad umownością bydgoskiej realizacji Falstaffa… Skoro jednak wybieramy się do teatru operowego, akceptujemy umowny sposób porozumiewania się bohaterów godząc się na konwencję śpiewu. Dlaczego więc nie zaakceptować propozycji reżysera Macieja Prusa i jego nowego spojrzenia na Falstaffa-filozofa? Wczytując się w słowa Szekspira zaadaptowane przez Boito odkrywamy w tytułowym bohaterze nieśmiertelną postać, w każdej odsłonie z namysłem przypatrującą się mijającemu życiu…

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start