Muszla Fest 2017

Ignite na Muszla Fest 2017 Ignite na Muszla Fest 2017 Fot. Dariusz Gackowski

W tym roku Muszla Fest świętowała swój mały jubileusz. W dniach 18–19 sierpnia na Boiskach Piłkarskich w Myślęcinku odbyła się 15. edycja tego festiwalu. Zdaniem wielu – najlepsza.

Z racji, że mam przyjemność współorganizować ten festiwal, ciężko jest mi obiektywnie odnieść się do tego ostatniego zdania. Subiektywnie powiem, że też tak uważam: w końcu udało nam się tak zaaranżować przestrzeń festiwalową, żeby nie „przestrzelić” z rozmiarem, dzięki czemu wreszcie nie było tak, że między ludźmi przewalały się te krzaczaste „critersy” z westernów; gastronomia oferowała szeroki (ale bez przesady) wybór dań, z których zadowoleni byli i weganie, i wegetarianie, i radykalni mięsożercy; stoiska z merchem zaspokoiły chyba każdego fana muzycznych ciuszków i muzyki jako takiej (wszak płyt najróżniejszych też nie brakowało); stoiska tematyczne zaś pozwoliły poczuć się nieco lepszym człowiekiem, dzięki zapisaniu się jako potencjalny dawca szpiku do Fundacji DKMS, podpisaniu petycji przeciw nienawiści u Amnesty International Polska, czy wsparciu np. walczących o Puszczę Białowieską, dzięki kupieniu domowego żarełka u dziewczyn z Food Not Bombs. Idealnie w festiwalową przestrzeń wpisał się też benefis Darka Paczkowskiego (XXX lat na Fali), który podobnie jak dwa lata temu malował zaangażowany mural na mobilnej ścianie ustawionej przy wejściu na teren festiwalu. Oczywiście najważniejsza w ten weekend była muzyka i to na niej skupię się w tym tekście, bo o niej – jak mi się wydaje – mogę pisać obiektywnie. No to lecimy. Po kolei…

The Shitstorms (Bydgoszcz)

Bydgoszczanie otworzyli tegoroczną Muszlę i zrobili to znakomicie, bez kompleksów, tym bardziej że było to wczesne piątkowe popołudnie. Panowie są zwycięzcami zeszłorocznego muszlowego konkursu i poza tym, że zgarnęli w nim możliwość zagrania na dużej scenie w tym roku, to jeszcze wygrali nagranie płyty w emcekowym A\V Studio, której premiera odbyła się właśnie 18 sierpnia na Muszla Fest 2017. Świetny koncert, kawał solidnego, brudnego rock’n’rolla. Wieszczę, że namieszają jeszcze na lokalnej scenie muzycznej, bo mają pomysł na siebie i na to namieszanie właśnie.


Prawda (Wrocław)

Jedyna roszada w tym roku. Zamiast nich o tej godzinie miała grać Harusha, ale że mieli dalej do Bydgoszczy, to się spóźnili. Wrocławiacy wskoczyli więc z marszu (a dokładnie, to prosto z busa) i zagrali kawał solidnego, punkrockowego koncertu. Nie było fajerwerków, nie było jakiejś specjalnej świeżości, zaskoczeń, niespodzianek, ale nie było też nudy, więc jak na drugi band w tym roku, to całkiem nieźle.


Harusha (Szczecin)

No, tu nuda była. Potworna. I banał. I wtórność, przerażająca wtórność. I odcinanie kuponów (niestety). Harusha to nowa kapela Harry’ego z Analogsów i to niestety czuć. Muzycy nie są tak sprawni, tak prawdziwi w swym graniu, jak ci z Analogsów, a Harry jest wciąż taki sam. W efekcie dostaliśmy marną podróbkę oryginału, okraszoną banalnymi tekstami i brakiem polotu. Najsłabszy koncert na Muszla Fest 2017. Cóż, któryś musiał zasłużyć na to miano…


NoNe (Bydgoszcz)

Ci goście grali na muszlowej scenie tyle razy, że wydawać by się mogło, że nie są już w stanie zaskoczyć. A jednak! Okazało się, że nowy wokalista – Pachu – naprawdę „robi robotę”, dodając muzyce bydgoskich metalowców pazura, którego wcześniej im brakowało. Ponadto chłopaki zagrali sporo nowego materiału, co z pewnością ucieszyło fanów. Dobry, solidny koncert – już drugi taki w tym roku w wykonaniu bydgoszczan, a to przecież dopiero czwarta kapela.


Ga-Ga Zielone Żabki (Jawor)

No, ci to są niezniszczalni! I dobrze, bo Smalec i spółka zawsze mieli swój styl – wesoły, dość grzeczny, a jednak punkowy do cna. Ich koncerty to zawsze jest „profeska”, pełna świeżych numerów i tych starych, sprzed dziesięciu, dwudziestu, trzydziestu nawet lat, które w duszy grają wielu polskim miłośnikom gatunku, co skutkuje wspólnym śpiewaniem, tańcami i radością. Uwielbiam ich koncerty. I nawet nie przeszkadzała mi aż tak bardzo młodziutka wokalistka od czasu do czasu wspierająca Smalca, a wiem, że jednak przeszkadzała. Cóż, ja tam się w sprawy sercowe innych nie mieszam, więc nie marudzę – biorę, co dają.


Risk It! (Niemcy)

Czekałem na ich koncert. Bardzo! I nie zawiodłem się. Hardcore’owcy z Niemiec wiedzą, „co jest pięć”, i wiedzą, jak powinno się grać muzykę, która swoje korzenie ma w nowojorskiej scenie hc. Było ciężko, równo i głęboko. „Stopa” łamała kręgosłup, niezależnie od tego, czy stało się przy głośniku, akustyku, czy przy stoliku z browarem. Kawał solidnego hardcore’a! Aż koszulkę kupiłem od chłopaków…


CONFLICT (UK)

Pamiętacie, jak pisałem, że Harusha zagrała najgorszy koncert na MFBDG2017? To ci panowie byli zaraz po nich. CONFLICT – legenda anarcho-punka z Londynu, grają niemal tak długo, jak ja żyję (1981), tysiące zaangażowanych fanów na całym świecie, kultowe płyty… Mógłbym tak długo. Tylko co z tego, skoro panowie wyszli na scenę tak nawaleni, że pewnie nie widzieli publiki, że strach było stać obok z „technicznymi”, żeby przypadkiem nie oberwać statywem od mikrofonu słaniającego się na nogach wokalisty? Jak dla mnie totalny brak profesjonalizmu i szacunku dla słuchaczy i organizatorów. Ja wiem, że „punk rock to nie rurki z kremem”, ale bez przesady…


Chainsaw (Bydgoszcz)

Mieliśmy mocny bydgoski akcent na początek festiwalu, mocny na środek pierwszego dnia i równie mocny na jego koniec. Przyznaję, Chainsaw to nie jest „moja muzyka”, ale złego słowa o chłopakach nie dam powiedzieć. Grali na sam koniec piątku, w nocy, a co za tym idzie – dla garstki fanów. A mimo to zagrali seta jak dla tysięcy ludzi. Były ognie, były wiatraki, były fruwające włosy. I riffy, które z pewnością niejednemu metalowcowi jeżą włosy na głowie, rękach, nogach i sam nie wiem, gdzie jeszcze mogłyby jeżyć. Profesjonaliści do bólu. Szanuję to.


Unbeaten (Bydgoszcz)

Drugi dzień już po samym line-upie zapowiadał się jeszcze ciekawiej i dokładnie taki był. O godzinie 16 otworzyli go bydgoszczanie z młodej hardcore’owej kapeli Unbeaten. Co ciekawe – hardcore’owcy z uroczą, filigranową wokalistką na wokalu, z której na scenie wychodzi prawdziwa bestia! Przyznam, że obawiałem się tego koncertu. Bałem się, że scena będzie dla nich za duża, że się nie odnajdą. Stało się wręcz przeciwnie. Eliz ogarniała całość, zadziwiając niejednego miłośnika ciężkiego grania swą energią, wokalem, charyzmą. Reszta składu dzielnie goniła ją na instrumentach, dzięki czemu całość miała naprawdę dobry poziom. I nawet bywało zabawnie, kiedy perkusista się „wysypywał”, ale mówił o tym otwarcie, zaczynał raz jeszcze i leciał dalej (Sałata ma styl :)). Bardzo dobry (znów bydgoski!) start drugiego dnia festiwalu.


Lowtide (Świecie)

Kolejna lokalna formacja parająca się szeroko pojętym hc. Nieco wolniejszym, z metalowymi naleciałościami, ale wciąż bardzo przyzwoitym, energetycznym, świetnie zagranym. Dość powiedzieć, że panowie w cuglach wygrali czerwcowe Eliminacje Muszla Fest 2017, a 19 sierpnia udowodnili, że nie był to przypadek. To nie jest jakaś bardzo młoda kapela, ale wierzę, że najlepsze jeszcze przed nimi. Znają się na swojej robocie.


El Banda (Warszawa)

Ten koncert zrobił na mnie chyba największe wrażenie. Ja wiem, że El Banda to żaden headliner, że siedzą w bardzo głębokim undergroundzie i że raczej grywają w piwnicach i ciasnych klubach niż na plenerowych festiwalach. I to było czuć – nie ogarniali przestrzeni, dużej sceny. I dobrze, że nie ogarniali, bo dzięki temu wokalistka wyszła do ludzi. Dosłownie. Odsunęła normalnie barierkę i poszła w tłum. A to tylko podbiło moc tego występu. Bo El Banda nie bierze jeńców. Wiecie, Ania nie śpiewa o piciu wina, paleniu jointów i je&a^#u systemu. Jej teksty mówią o gwałcie, o molestowaniu, o wykorzystywaniu, o mordowaniu (tu raczej w przenośni). To bardzo zaangażowana kapela, ponoć w środowisku crustowym nosząca status kultowej. Bardzo mocny, przejmujący występ, podczas którego „oberwało” się niemal każdemu: macho-punkom na widowni; organizatorom za eliminacje; rządowi za całokształt (długo by wymieniać, ale tu punktem zapalnym była nielegalna wycinka puszczy). Naprawdę niezwykle mocny występ. Długo o nim nie zapomnę (choć i mnie prywatnie „dostało się” za konferansjerkę – cóż, widać taka konwencja).


Uliczny Opryszek (Nowy Tomyśl)

Nuda. I sztampa. I w ogóle lata 90. No, ciężko się tego słucha dziś, kiedy człowiek wie, że nawet punk rocka można grać z polotem. Niby nie powinno być to jakimś wielkim zaskoczeniem, bo oni tak grają od zawsze – od przeszło ćwierć wieku. Sęk w tym, że właśnie to jest ich największym problemem. Zero rozwoju, zero kreatywności, zero inwencji. Jedyny plus to fakt, że wokalista jest politologiem z wykształcenia i ze sceny mówił całkiem do rzeczy o tym, co dzieje się dziś w naszym pięknym kraju. Tylko chyba nie o to chodzi na Muszli – gdybym chciał posłuchać wywodów politycznych, to bym sobie „Wiadomości” włączył czy inny tefałen, a nie szedł z irokezem (to nie o mnie!) na punkowy koncert. Nuda i kropka.


Schizma (Bydgoszcz)

Kolejny, bardzo mocny, bydgoski akcent na MFBDG2017. Co akurat w tym przypadku dziwić nie powinno. Schizma to zespół instytucja, który co roku w styczniu sprawia, że ściany bydgoskiego Mózgu się pocą. I gdyby Boiska Piłkarskie miały ściany (poza ścianą lasu, oczywiście), to też by je spocili. Pestka i spółka na hardcorze zjedli zęby i to widać. I słychać! Oni od wielu lat nie miewają słabych koncertów. Wychodzą na scenę i spuszczają słuchaczom solidny łomot. Czyli robią dokładnie to, czego rzeczeni słuchacze od nich oczekują. I tak jest za każdym razem. Co cieszy fanów, bo koncerty Schizmy są też świetnie zaplanowane – stare, kultowe już numery przeplatają się z najnowszym materiałem, który – w przeciwieństwie do Ulicznego Opryszka chociażby – nadąża za zmieniającymi się czasami, jest świeży nie tylko z nazwy i zawsze świetnie zagrany. Koncert bez zaskoczenia, ale profesjonalny do bólu. Tak, jak schizfani lubią.


KAT & Roman Kostrzewski (Katowice)

Kapela, która przyciągnęła na Muszlę ogromną rzeszę fanów trashu. I dobrze, bo zawsze jest miło (organizatorom i kapelom), kiedy pod sceną jest komplet. Sęk w tym (przypominam, że miałem być obiektywny), że taki KAT i R.K. są dla mnie totalnym przeciwieństwem tego, co kilka linijek wcześniej napisałem o Schizmie. Oni nawet nie udają, że grają muzykę na miarę XXI wieku. Oni konsekwentnie tkwią w muzycznych latach 90., wciąż wałkując to samo. Ale też chyba dokładnie tego oczekują od nich fani. Oni (ci fani) znają te numery od zawsze i śpiewają je razem z nimi. I moshują piórami. I rogi z palców pokazują. I w ogóle szatan, piekło i 666. I tak to się kręci. Niby w kółko Macieju (oj, sorry, Romanie, oczywiście), a jednak zgodnie z oczekiwaniami, co skutkuje frekwencyjnym sukcesem. W moim odczuciu trąci to myszką na kilometr, ale ja nie jestem ich targetem i już raczej nie będę. Szanuję natomiast konsekwencję, profesjonalizm (jako taki, choć miałbym kilka uwag) i… odwrócone krzyże z taśmy klejącej na scenie, którymi chłopaki zaznaczają miejsca, w których mają stać mikrofony. Większość kapel robi to po prostu za pomocą iksów, KAT woli krzyże. I super!


Ignite (Orange County, California, USA)

Headliner! Bez dwóch zdań. Zoli i spółka po prostu wiedzą, jak się gra melodica i zawsze robią to znakomicie. Trochę brakowało mi drugiej gitary (nie wiem, czemu z niej zrezygnowali), przez co „ściana dźwięku” nie była już tak potężna, brakowało mi też nieco „pałera” (to chyba wina akustyka – przyjechali z własnym), bo tu stopa nie łamała kręgosłupów. Ba! Nawet paznokci by nie złamała. No jakiś taki „na pół gwizdka” wydawał mi się ten dźwięk, ale wciąż to było grube, amerykańskie granie, które sprawia, że jeśli lubisz takie hardcore’y, to nie ustoisz w miejscu. I też niewielu ustało, a spora część to wręcz fruwała pod sceną. Zresztą sam Zoli (a chwilę wcześniej również Brett Rasmussen – basista) pokusili się o stage diving i dali solidnego nura w publiczność. Co ciekawe, tylko oni w tym roku (czyżby tylko Amerykanie potrafili się tak bawić?). Tak, wiem, ten mój opis nie brzmi jak laurka należna headlinerowi. Zapewne wynika to z faktu, że Ignite widziałem już chyba po raz czwarty i oni za każdym razem są znakomici, za każdym razem porywają mnie (i resztę publiczności) swoim graniem, więc po prostu tego się spodziewałem i się nie zawiodłem. Swoją drogą, ciekawe, czy ktokolwiek tak naprawdę zawiódł się występem Kalifornijczyków?


CF98 (Kraków)

Z kolei ten koncert totalnie mnie zaskoczył, by nie rzec: rozłożył na łopatki. Raz, że, wiecie, oni wskoczyli na scenę zaraz po Ignite! I grają w tym samym stylu (nawet mają cover Ignite na swej najnowszej, świetnej zresztą, płycie Story Makers; covererują Bleeding). Kto bywa na tego typu koncertach, ten wie, że granie zaraz po headlinerze (szczególnie tego formatu) to najtrudniejsze z możliwych grań. Wiele kapel nie wytrzymuje tego napięcia, stresu, oczekiwań. CF98 zdecydowanie do nich nie należy. Karolina Duszkiewicz i spółka wyskoczyli na scenę tak, jakby to oni mieli grać pierwsze skrzypce na Muszla Fest 2017. Zero kompleksów. Zero zająknięcia. Zero potknięć. Kawał solidnego melodic hc z punkowym zacięciem, porywającego tłumy, niepozwalającego ustać w miejscu, niepozwalającego oddalić się po piwo. Jak dla mnie to chyba najlepszy występ tegorocznej Muszli (tak, wiem, podobnie pisałem o El Bandzie, to jednak zupełnie inny kaliber – warszawiacy porwali mnie treścią, krakusy – stylem). Przyznam, że do niedawna nie znałem „CeeFów” zbyt dobrze, od sierpnia skrupulatnie nadrabiam tę zaległość.


Leniwiec (Jelenia Góra)

Last, but not least. I to dosłownie. Leniwiec gra ska. I reggae trochę. I punka też trochę gra. Generalnie grają od dawna i od zawsze grają wesoło. I sami się przy tym doskonale bawią, co udziela się publiczności. Powiem tak: Leniwiec zagrał na samym końcu Muszli, w sobotę, a właściwie to w niedzielę, w okolicach drugiej nad ranem. Na terenie festiwalu zostało może z 200 osób. Ja sam poszedłem pod scenę, ale taki trochę, wiecie, wyzuty z sił wszelakich, po kilku dniach ciężkiej, kilkunastogodzinnej pracy. I co? I po czterech nutkach (choć nogi bolały) skakałem pod sceną jak dzieciak, z uśmiechem od ucha do ucha, ochoczo wyśpiewując refreny. Znakomita energia, zero smutku, że zamykają festiwal, świetna konferansjerka Muchy, bogate instrumentarium i wesołe ska. Czy trzeba czegoś więcej?


BONUS:
Krzysztof Grabowski + Marszałek Pizdudski

Jednym z wydarzeń towarzyszących 15. edycji Muszla Fest było to, co działo się w sobotę 19 sierpnia w Wake Parku na chwilę przed rozpoczęciem drugiego dnia festiwalu. Najpierw odbyło się tam spotkanie z Krzysztofem Grabowskim (Dezerter), które poprowadził Jarosław „Jarry” Jaworski. Świetne spotkanie, dodajmy! Raz, że Jarry jest świetnym reasercherem, dzięki czemu jest zawsze perfekcyjnie przygotowany; dwa, że Krzysztof jest świetnym rozmówcą, który bacznie przygląda się otaczającemu go światu i temu, jak świat ten się zmienia; ponadto – umówmy się – to Dezerter kładł podwaliny pod punk rocka w Polsce, a on tę kapelę zakładał i gra w niej od zawsze. Domyślacie się więc chyba (jeśli na spotkaniu Was nie było), że ominął Was kawał „punk rocka w pigułce”, podanego z pierwszej ręki? A jeśli byliście, to wiecie, że tak właśnie było. A po spotkaniu na scenie zainstalował się Marszałek i walnął swym graniem prosto między oczy. Jeśli nie wiecie, o czym mówię, to sprawdźcie gościa na YouTube czy innym Facebooku – zrozumiecie, zapewniam.

I tyle. Dużo dobrego, muzycznego, festiwalowego działo się w tym roku na Muszla Fest. Jeszcze więcej (szczerze w to wierzę – rymcymcym) wydarzy się w przyszłym roku, na 16. edycji tego rdzennie bydgoskiego festiwalu, na którą już dziś serdecznie Was zapraszam.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Listopad 2017 Muszla Fest 2017