Bydgoska jesień fonograficzna (CZĘŚĆ 2)

Helatone – "Concrete Cave", październik 2017, wyd. Electric Eye Helatone – "Concrete Cave", październik 2017, wyd. Electric Eye

Dzień dobry. Zapraszam do prześledzenia drugiej odsłony przeglądu nowości fonograficznych znad Brdy i Wisły. Stylistycznie jest bardzo szeroko i bogato. Od jazzu improwizowanego do punkrocka. I wszystko przepyszne oraz na najwyższym poziomie. Zapraszam do czytania, ale przede wszystkim do słuchania.

HelatoneConcrete Cave

Bartosz Kapsa zaprosił kiedyś Tomasza Gadeckiego do współpracy przy projekcie muzycznym zwanym Contemporary Noise Sextet. Nie ma ani jednej nuty, która zostałaby przez tego drugiego nagrana na nośnik jakikolwiek, ale słuchacze koncertowi mogli obydwu panów podziwiać niejednokrotnie. Muzyczne dokonania Gadeckiego i Bożka (Marcina) w duecie Olbrzym i Kurdupel są dla mnie absolutnie niezrozumiałe. Może kiedyś. Może nigdy. Teraz natomiast zanurzyłem się w „betonowej jaskini”. I zniknąłem.
„Chciałem nagrać melodyczną płytę do słuchania. Powstaje mnóstwo muzyki, która brzmi tak, jakby jej autorzy nie zakładali spotkania z publicznością” – to słowa Bartka Kapsy, o którym inny bydgoski improwizator muzyczny, Adam Kempa, powiedział: „No tak, Kapsa umie”. No, umie bardzo. I jeszcze przy okazji potrafi.

Perkusja i saksofon tenorowy przeprowadzają na Concrete Cave duetu Helatone zabieg wypełnienia. Gdy słucham tego krążka (a słucham bardzo, bardzo często), to mam wrażenie, że dwaj panowie weszli do pustej kuli i powoli zaczęli zabudowywać jej wnętrze dźwiękami – tworząc jakby boazerię z muzyki, swego rodzaju dodatkową powierzchnię pokrywającą ściany tej intymnej bardzo sfery. Ta płyta to dialog „na tematy abstrakcyjne” (Kapsa) pomiędzy dwoma świetnie znającymi się, a co za tym idzie, doskonale rozumiejącymi się artystami. Dialog polegający na wymianie emocji, ale też wsłuchaniu się w to, co ma do powiedzenia interlokutor. Niezwykły dialog. Rytmiczny, pozbawiony chaosu, wyważony. To rozmowa dwóch prawdziwych muzycznych dżentelmenów i łobuzów jednocześnie, bo i Kapsa potrafi w bębny przyłożyć, i Gadecki potrafi swój instrument rozwrzeszczeć. Jednak przez większość czasu posługują się frazami trafionymi w punkt. Odkryli tę najważniejszą podobno w muzyce tajemnicę – wiedzą kiedy.

Concrete Cave – sześć pasjonujących tematów do rozmowy na najwyższym poziomie zaangażowania i elokwencji.


 

TransMemories – "The Sound History Of The Earth", październik 2017, wyd. Antidepressant RecordsTransMemoriesThe Sound History Of The Earth

Kolejne wydawnictwo, do którego podchodziłem z wielką rezerwą. Grzegorz Pleszyński to jednak postać, która głównie kojarzy mi się z dmuchaniem w różnego rodzaju rurki i rury i jak sam mi kiedyś powiedział – „muzyk uciekający od melodii”. A ja melodię lubię. Odwróciłem płytę, przeczytałem, że muzyczną elektroniką zajął się Krzysztof Ostrowski (Freeze), a masteringiem Kuba Kapsa, i zdecydowałem, że zaryzykuję. Było warto.

Poprzedni album Grzegorza, czyli Antidepressant Music In The Car, to była taka opowieść – po części faktycznie mówiona, po części grana i dmuchana, a po części innej samplowana. Na The Sound History Of The Earth dostajemy produkt zgoła odmienny. To absolutnie kompletny album ambientowy, faktycznie obrazujący dźwiękami coś, co mogłoby być procesem tworzenia się naszej planety. Otwierający płytę iCloud wypełniony jest swego rodzaju bulgotem przywodzącym na myśl płynną lawę przewalającą się w czasie formowania tego, co w przyszłości zastygnie w pasma i szczyty. Devonian Forest to wspaniałe elektroniczne drzewa Freeze’a goszczące w swych koronach ptaki (tu już nie elektroniczne, tylko chyba ostromeckie). Nic, tylko zamknąć oczy i słuchać tych prehistorycznych zięb i srok. Immigrant Boats to być może faktycznie statki uchodźców, ale tylko jeśli uchodźcy ci poruszaliby się łodziami podwodnymi, bo tu z kolei wszystko jest jakieś takie zgłuszone i przepuszczone przez filtry wodne, odgradzające słuchacza od dynamiki bezpośredniości obcowania z dźwiękiem. Pan Kapsa zrobił rewelacyjną robotę, bo zróżnicowanie dynamiczne tego albumu jest pierwszorzędne, ale nie daje poczucia niespójności brzmieniowej. Czasami całość przypomina mi dokonania innego duetu dmąco-elektronicznego, czyli podróże muzyczne poznańskiej didżejki An On Bast oraz również poznańskiego trębacza Macieja Fortuny. Ale tylko czasami.

Ostrowski, Pleszyński, Kapsa. Zestaw do tworzenia planet. Ruchomymi obrazami opatrzył Tom Skof. W rozmowie z Pleszyńskim stwierdziłem, że Krzysiek go w końcu „ogarnął”, na co Grzegorz zareagował lakonicznym „niestety”. Stety.


 

Bisz – "Piękno i Bestia", listopad 2017, wyd. Pchamy Ten SyfBiszPiękno i Bestia

„Wszystko się zmienia tak szybko i chyba już nie pasuję tu tak, jak kiedyś. Ale tak ostatni raz na pożegnanie…” – tak zaczyna się otwierający tę epkę utwór Zdjęcie! „Zaczyna się” i „otwierający” to jednak stwierdzenia do Piękna i Bestii nie bardzo pasujące, gdyż ewidentnie pan Jarek coś tym wydawnictwem kończy. Sam się przyznał, więc teoria ma poparcie. Ale po kolei…

Pięć lat temu ukazał się album Wilk chodnikowy – największy (jak na razie) sukces wydawniczy Bisza. Sukces, który, jak Jarek wyznał w radiowym wywiadzie, jego samego trochę przerósł. Popularność Wilka… spowodowana była wieloma pewnie czynnikami, ale głównie chyba wzięła się z tego, co Biszowi najczęściej się zarzuca – czyli charakterystycznej dla jego tekstów wzniosłości i patetyczności, która trafiła na podatny grunt odpowiednich roczników młodzieży zagubionej w mnogości bodźców dostarczanych przez internet. Na Pięknie… Bisz rozlicza się z tymi pięcioma latami i patrzy do przodu, zadając pytanie, co teraz. Konstatuje tu Bisz, że chciał tylko uwrażliwić ludzi na swój artyzm, ale piękno jakoś poszło B.O.Kiem, więc po raz ostatni uwalnia bestię, która już raz namieszała, i może w ten sposób trafi w końcu ze swoim przekazem. Jednocześnie stwierdza, że bestii tej brzuch rozetnie i uwolni z niego jakąś nową formę swojej twórczości – samego siebie. Po współpracy z Radexem przy okazji albumu Wilczy Humor można by przypuszczać, że pójdzie nasz pan Jarek może w lżejsze klimaty. Może. Na razie przy pomocy pięciu różnych beatmakerów udowadnia, że pomimo tego że coś na pewno kończy, to kończy to coś w wielkim stylu (chociaż nie wiem, co panowie jedli/pili w czasie tworzenia Czekając na barbarzyńców, bo Bisza w wersji dark Ibiza to się nie spodziewałem). W stylu, który jest dostępny tylko jemu.

Piękno i Bestia ukaże się w listopadzie w postaci 500 płyt winylowych. Drugiego tłoczenia nie będzie. Wersji na CD też nie. Coś się kończy.


 

Ur Jorge – "Końcówki serii", wrzesień 2017, wydawnictwo własneUr JorgeKońcówki serii

Geograficzna rzeczywistość spowodowała, że choć to dopiero drugi album tego bydgoskiego tercetu, to przy okazji też ostatni zrealizowany w tym składzie. Magda Powalisz i Marcin Karnowski znają się dobrze z formacji George Dorn Screams – tutaj ona jednak na gitarze, a nie na basie. I nie na wokalu prowadzącym. Na tej pozycji Remigiusz Ławniczak. Końcówki serii to i przez rozkład personalny, przez tytuł i przez podejmowane tematy album traktujący o sytuacjach końcowych właśnie.

Muzycznie blisko tu dość do wspomnianego GDS. Mrok i jakaś taka nie wieczorna, ale zmęczeniowo-poranna melancholia z tego wszystkiego bije. Taka niedopita jeszcze wczoraj kawa w kubku i tlący się powoli papieros. Wszystko bardzo oszczędne i intymne. Dużo tu półkotłów Karnowskiego i bardzo miękkiego basu. Ascetyczny wręcz wokal i oszczędnie bardzo wtórujący mu z drugiego planu głos Magdy. Ur Jorge (nazwa nic nieznacząca i przez członków pozostawiona do dowolnej interpretacji) najpierw gadali długo w noc w nieistniejącym już (nomen omen) pubie Amsterdam o tym, co się musi skończyć, żeby zacząć się mogło coś nowego, bo „nie mamy czasu do stracenia (…) nie zabierzesz mnie do siebie”. Potem wyjechali do miejscowości Suchary (stąd tytuł dwuczęściowego utworu) i „wsłuchując się w siebie nawzajem i dając sobie wiele swobody” (Karnowski) – muzykowali. Nagrał to wszystko Jarek Hejman, a wydali sobie to państwo własnym sumptem. Jakby wszystkie „końcówki” chcieli trzymać sami i sami o wszystkim ostatecznie decydować. Kilka utworów nawet brzmi tak, jakby bali się je rozwinąć, bo to nieuchronnie doprowadzi je do końca – zaczęli je więc tylko, zajawili i urwali, żeby nie było, że to świadome ich zamknięcie. Marcin Karnowski powiedział mi, że to nie jest płyta o smutnych końcach, tylko raczej o końcach koniecznych. Koniecznie trzeba jej posłuchać. Tylko nie na ulicy. W spokoju trzeba. A najlepszy numer? No cóż… ostatni.


 

Valery Mess – "Granice absurdu", październik 2017, wyd. Lou & Rocked BoysValery MessGranice absurdu

Camel, Bolo, Perełka. Jak na punkową załogę, to ksywki trafione na sto procent. Weterani. Wszystkich znam i lubię, więc do Granic absurdu podchodziłem jak pies do czegoś, do czego bardzo mocno nie chce podejść. Natomiast jestem (czasami wkurzonym) posiadaczem samochodu rocznik ’98, a chłopaki na swojej stronie piszą, że to właśnie czyni mnie idealnym odbiorcą ich muzyki. Wcisnąłem więc CD w szczelinę w odtwarzaczu i wrzuciłem jedynkę…

Po trzech odsłuchaniach doszedłem do wniosku, że:
– przesłuchałem punkową płytę trzykrotnie,
– niektórzy ludzie nie powinni śpiewać,
– chyba że tworzy to jakiś taki nieuchwytny – zabawowo-chłopakersko-podwórkowy klimat – wtedy powinni,
5:30 to jeden z najlepszych punkrockowych kawałków, jakie słyszałem w życiu,
– trudno mi nie puszczać w kółko Planu i Piosenki turystycznej,
– nie ma na tym albumie kalifornijskiego brzmienia i pulsu – jest harmonia i zaśpiew raczej gitary przy ognisku – takie to wszystko nacechowane naszą (jak najlepiej pojętą) przaśnością i wk…m, że w numerze Żadnych map ewidentnie pobrzmiewa Obława Kaczmarskiego,
– kompozycyjnie jest świetnie, a moim ulubionym wyrazem zostało właśnie słowo „się”,
– NIE WOLNO słuchać początku Fototapety w czasie prowadzenia auta, bo nic nie widać, jak się płacze ze śmiechu.

Jest wiele albumów, które cenię, trochę takich, których mogę słuchać bez przerwy, i całe mnóstwo, których nie znam albo mi „przeleciały”. Ten zrobił najlepszą rzecz, jaką może zrobić płyta punkowa. Został moim kumplem.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy Muzyka Listopad 2017 Bydgoska jesień fonograficzna (CZĘŚĆ 2)