Się nam wydaje. W Bydgoszczy (19): "Ildefons Bańkowski. Fotografia", czyli odkrywanie zapomnianego (1)

"Ildefons Bańkowski. Fotografia", Galeria Miejska bwa w Bydgoszczy, Bydgoszcz 2017 "Ildefons Bańkowski. Fotografia", Galeria Miejska bwa w Bydgoszczy, Bydgoszcz 2017

Dziwna rzecz z tą fotografią, prawda? Nie wiem, czy kogokolwiek z Państwa to uderzyło (chociaż jestem pewien, że nie odkrywam tu Ameryki), że fotografia – jak na sztukę z pola tych, które określamy mianem wizualnych – ma jakiś fundamentalny kłopot ze stabilnością swojej formy fizycznej. Nie o to mi idzie, że jej wytwory, jej obiekty są dziełami sztuki, które wyjątkowo łatwo poddają się technologicznej reprodukcji, chociaż to też prawda, ale raczej o to, że to, co zwykle nazywamy „oryginałem” dzieła sztuki, trudno tu jakoś sensownie zlokalizować, trudno ów „oryginał” pochwycić. 

Trudno bowiem powiedzieć, że jest tym oryginałem klisza fotograficzna, naświetlona i wywołana, negatyw (o konsekwencjach fotografii cyfrowej dla tych rozważań nie zamierzam w ogóle myśleć – mam resztki instynktu samozachowawczego). Nie oglądamy bowiem zdjęć na negatywach – gdy używamy do tego rzutnika (albo innego urządzenia), to przecież gąszcz innych elementów wdziera się do tego oryginału i go zakłóca, przekształca, zmienia: od właściwości samego rzutnika (jasność, ostrość i tak dalej) aż po fizyczne właściwości powierzchni ekranu (cokolwiek tym ekranem by było); a i takie detale, jak kąt padania promieni na ścianę, nie są tu bez znaczenia.

A pierwsza, autorska odbitka? Od biedy można by ją uznać za „oryginał”. Jednak co, jeśli autor sam odbitek nie wykonuje? A co ze zdjęciami, które nigdy nie doczekały się nie tylko autorskiej obróbki, ale w ogóle – żadnej: domyślam się, że tych może być zapewne większość. Trudno tu raczej o dowody, jednak przyjąłbym (skłaniałbym się ku przyjęciu), że większość zdjęć świata nie doczekała się – ani nie doczeka – wywołania (szczególnie od wprowadzenia do użytku filmu fotograficznego; technika cyfrowa, którą nadal dzięki instynktowi samozachowawczemu nie zamierzam sobie zaprzątać głowy, tę tendencję ostatecznie tylko sankcjonuje, doprowadzając ją do przesadnej skrajności – tak jest, nasze w terabajtach już liczone pojemności komputerów wciąż puchną od zdjęć).

Fotografia, przez ten problem z oryginałem, wykracza ze świata tradycyjnych sztuk wizualnych; a do jakiego świata wkracza? Dla mnie odpowiedź jest jasna – do świata literatury i jej mediów (chociaż nie wykluczam, że tu moje własne fascynacje i predylekcje wchodzą w grę – miłośnik teatru mógłby na przykład w fotografii doszukać się elementów performatywnych). Literatura też ma problem z oryginałem (też nie wiadomo, czy to rękopis, czy może maszynopis albo wydruk komputerowy, pierwsze wydanie książki albo jej autorskie odczytanie ma być owym „oryginałem”). A przecież i tak się zdarza, że te dwie sztuki (literatura i fotografia) schodzą się dzięki swojemu znakowemu, znaczącemu komponentowi – dzieło (a nawet: Dzieło) W.G. Sebalda jest tu dowodem najefektowniejszym ich wspólnych, głębokich związków, a nawet: wzajemnej wymienności.

Piszę to wszystko dlatego, że jest okazja. A właściwie: zdarzają się takie okazje, prowokują do podobnych rozważań. Co to za okazje? Odkrywanie fotografii – tak bym to nazwał. I w tym fotografia jest podobna do literatury: po epoce intensywnych odkryć literatury (która zresztą się przecież wcale nie zakończyła: odkrycia w obrębie polskiej diarystyki i epistolografii: Iwaszkiewicz, Mrożek, Szczepański, Stempowski – to tylko najważniejsze odkrycia ostatnich lat, a jeszcze nie zostały te ich pokłady opróżnione do końca), wstrząsa nami też od czasu do czasu jakieś odkrycie w dziedzinie fotografii.

Ten wyświechtany idiom z pierwszego zdania o „odkrywaniu Ameryki” nie jest przypadkowy. Bo najgłośniejszym przypadkiem ostatnich lat, który zresztą już zdążył obrosnąć legendą, jest przykład amerykański: Vivian Maier. Oczywiście, to jest przypadek wyjątkowy, wyjątkowo też mitotwórczy – także przez fakt jej radykalnego nieistnienia na rynku sztuki. Chcę przez to powiedzieć tyle: w przypadku Vivian Maier nie było czego zapominać, jej odkrycie (odkrycie jej prac) było wydobyciem z zupełnego nieistnienia. Przypadek to szczególny także ze względu na jakość tych fotografii – nieczęsto się zdarza, żeby taki poziom osiągały zdjęcia zupełnego amatora (tj. kogoś – wedle etymologii – kto realizuje swoją pasję tylko dla niej samej, z czystej miłości do tej czynności, nie ujawniając nawet jej efektów lub o ich prezentację się wcale nie troszcząc).

Przypadek bydgoski jest zupełnie inny, ale przecież nie mniej fascynujący. Ildefons Bańkowski nie był nianią w bogatych domach na przedmieściach Bydgoszczy, ale fotografem profesjonalnym, fotografikiem (zarówno jeśli idzie o przynależność do branżowego związku, co było dawniej wyznacznikiem zawodowstwa, ale także ze względu na pracę, która z fotografią była – szczególnie w ostatnim okresie jego aktywności – ściśle związana). Ildefons Bańkowski nie tylko swoje fotografie wystawiał, ale przecież i swój talent wykorzystywał w fotografii użytkowej (gdy więc mowa o kopertach płyt, reprodukcje jego prac szły w tysiące egzemplarzy).

Nie zmienia to jednak faktu: jego pojawienie się (ponowne!) w przestrzeni sztuki nosi wszelkie znamiona odkrycia. I to odkrycia – powiedziałbym – wieloaspektowego: fascynująca osobowość (a przynajmniej: losy), niezwykłe fotografie, a także to, co na tych fotografiach (nieodległy, ale już przecież niemal zapomniany świat: był bowiem Bańkowski fotografem architektury i jego zdjęcia Bydgoszczy z czasów wielkich budów osiedli mieszkaniowych odkrywają zaginiony świat, który w pamięci młodszych nie zaistniał, a w pamięci starszych już zdążył się zatrzeć).

Wspominałem te związki literatury z fotografią dość frywolnie może, ale jednak mając wciąż na uwadze, że nawet gdyby te rozważania okazały się błędne (lub przynajmniej: mało przekonujące), i tak w końcu wyjdzie na moje, i tak w końcu do literatury – a konkretniej: jej medium – ostatecznie powrócimy. I nie chodzi o to jakże literackie imię fotografa, które naturalnie dla wszystkich odnosi do znanego poety. Chodzi o to, że Ildefons Bańkowski pojawił się w Bydgoszczy w postaci wystawy, ale także – książki. I to nie byle jakiej książki!

Te rozważania o pierwotnych obiektach fotografii także i tą publikacją są zainspirowane: nie jest to niczym niezwykłym, że fotografia wybiera sobie do szerokiej prezentacji medium literatury, książkę. Przeciwnie – rzecz to oczywista. Ale rzadko można porównać fotografie na wystawie i fotografie w książce, dzięki czemu oprócz tego, co na nich widać, można – a nawet trzeba – zwrócić też uwagę na różnice w przedstawieniu i we wrażeniu, jakie wywołują. Och, już choćby banalny skądinąd wybór papieru w książce pociąga za sobą konsekwencje zupełnie pierwszoplanowe. A papier w książce jest mięsisty, pulchny, o niewysokiej białości. Wszystko to sprawia, że zdjęcia w nim reprodukowane robią wrażenie inne niż oglądane na reprodukcjach (szczególnie: reprodukcjach z epoki).

Odkrywanie Bańkowskiego odbywa się więc – w przypadku tej książki – na innych warunkach. Jest trochę bardziej posępny, nie aż tak ostry – ten papier zaciera kontury, przyciemnia obrazy, poszarza jasności. Nie mniej jest fascynujący niż ten Bańkowski z błyszczących papierów fotograficznych z lat 70. Tamten był bardziej fotografem swojej epoki, ten z kolei (ten z książki) jest trochę fotografem bezczasowym, nieprzynależnym żadnej epoce. Sprzyja temu dość odrealniony krajobraz tych fotografii. I to niezależnie od cyklu, bo książka układa fotografie w dość oczywiste cykle.

O nich i o reszcie atrakcji związanych z tym fascynującym albumem pozwolę sobie jeszcze Państwa męczyć za miesiąc. Zbyt to jest ważne wydarzenie, żeby poprzestać na jednym spotkaniu? Z pewnością!

Działy:
Michał Tabaczyński

Michał Tabaczyński

Redaktor naczelny BIK.

Polonista, dziennikarz, slawista, autor kilku książek (Parada równości, Koniec zabawy w pokolenie) i współautor kilku innych (Tekstylia bis, Kultura niezależna w Polsce 1989-2009).

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Listopad 2017 Się nam wydaje. W Bydgoszczy (19): "Ildefons Bańkowski. Fotografia", czyli odkrywanie zapomnianego (1)