literacki flâneur (11): Pożegnanie z Europą

Emilia Walczak Emilia Walczak

Piątego maja na ekrany polskich kin wszedł film Pożegnanie z Europą w reż. Marii Schrader. Aktorka – znana z filmów takich jak m.in. popularny onegdaj na kanale Europa Europa Meschugge (fatalne tłumaczenie na polski, jako Żyrafa) Daniego Levy’ego, W ciemności Agnieszki Holland (autorki naszej polskiej, nie holenderskiej, jak mogłoby sugerować to podejrzane nazwisko), lecz przede wszystkim z pamiętnego obrazu Aimée i Jaguar Maxa Färberböcka opartego na bestsellerowej książce Eriki Fischer – po drugiej stronie kamery stanęła po raz drugi. Wcześniej, w 2007, wyreżyserowała obraz zatytułowany Liebesleben, zrealizowany na podstawie prozy popularnej u nas, w Polsce, izraelskiej pisarki Zerui Shalev. Niestety, adaptacja ta szerokim łukiem ominęła polskie ekrany zarówno kinowe, jak i telewizyjne. Dlaczego? Któż to wie… Niezbadane są wszak wyroki polskich dystrybutorów. Bo dlaczego np. biograficzny Az Emigráns Dárdayego i Szalaiego – o emigracji Sándora Máraiego do USA – w Polsce pozostał całkowicie niezauważony, a ten o wojennym uchodźstwie do Brazylii w wykonaniu Stefana Zweiga trafił na polskie srebrne ekrany? Doprawdy nie wiadomo.

 

Tak się akurat złożyło, że dokładnie w tym samym czasie, kiedy w polskich kinach Zweig pod bacznym okiem Marii Schrader – wcześniejszej filmowej Pauliny Chiger czy Felice Schragenheim, które to postaci brutalnie doświadczyła europejska XX-wieczna historia – jako Żyd przymusowo żegnał się ze Starym Kontynentem, ja w zaciszu domowym wałkowałam tomy jego prozy: wyśmienity zbiór nowel zatytułowany 24 godziny z życia kobiety oraz wczesną powieść Niecierpliwość serca z 1939 roku. I choć w swej twórczości beletrystycznej Zweig – rozgoryczony, zrezygnowany, milczący – w żaden sposób nie rozlicza się z nacjonalizmami lat 30. i 40. (jak uczynił to ze wzmożoną siłą w autobiografii Świat wczorajszy. Wspomnienia pewnego Europejczyka), skupiając się w zamian na życiu wewnętrznym swoich bohaterów, na tworzeniu ich skomplikowanych, skrzących się miriadami emocji portretów psychologicznych, to jednak biograficzny motyw Ahaswera – Żyda Wiecznego Tułacza – jest tu bardzo mocno widoczny.

Sigmund Freud, którego teorii nieskrywanym fascynatem był Zweig, uśmiecha się teraz szelmowsko z satysfakcją, bowiem autor Dziewczyny z poczty najpewniej podświadomie oparł wszystkie swe utwory na tym samym schemacie kompozycyjnym: oto główny bohater – wędrowiec, często podróżujący statkiem z kontynentu na kontynent, ale też np. zwykły miejski flâneur szwendający się po kawiarniach – spotyka na swej drodze kogoś, kto raptem roztacza przed nim swą wciągającą jak wir opowieść. Tak to z grubsza u Zweiga wygląda. A ja w przerwach między tymi jego opowieściami spoglądałam sobie ostatnio w telewizor… Tak! Mam w domu odbiornik TV, gdyż nie – nie mam w domu internetu. Coś za coś… Tak! Dobrze Państwo przeczytali, proszę tak nie mrugać ani nie trzeć oczu ze zdziwienia. Powtórzę raz jeszcze: nie mam w domu internetu, i jest to działanie celowe, a nie następstwo ubóstwa; gorączkowa próba polepszenia stanu czytelnictwa w Polsce, podniesienia jego zatrważających statystyk. Bo gdybym miała w domu internet, to najpewniej 24 h leżałabym przed jakimś CDA lub temu podobnym szatańskim wynalazkiem. A tak – leżę i czytam. Pomagam Polsce! Bo, proszę Państwa, według najnowszych badań 63 proc. Polaków nie przeczytało w 2016 roku ani jednej książki! I nie są to badania przeprowadzone przez „amerykańskich naukowców”, a naszych swojskich, polskich, badania mierzone metodami Biblioteki NA-RO-DO-WEJ!

Notabene, ja w domu z jakiegoś powodu telewizję też odbieram tylko tę narodową. Ktoś zakłóca mi sygnał TVN-u i Polsatu, to pewne. The truth is out there. Ale to dobrze, bo wtedy bardziej skupiam się na fascynującej ofercie MUX3. I tak np. z rozlicznych prezentowanych tutaj reklam dowiaduję się co dzień po kilkadziesiąt razy, że: najuczciwiej dostarcza listy Poczta Polska; że najbardziej godny zaufania jest tradycyjny polski bank; że narodową zgagę najlepiej koi sprawdzony polski lek; że w tym tygodniu w Lidlu kupić można zmrożone truchło prawdziwego polskiego kurczaka itd., itp. I kiedy po całej serii tego typu obwieszczeń pojawia się nagle reklama tanich lotów do Tel Awiwu, to przekaz ten – mówiąc pół żartem, pół serio – jest dla mnie więcej niż jest jasny.

Do widzenia, Europo, tutaj jest Polska. Tu nie czyta się książek, a w TV produkty reklamuje się zabójczą dla wrażliwego ucha zbitką słów „temat tabu”. Pytanie tylko, czy w Polsce nie powinniśmy posługiwać się polszczyzną? Chyba że z poprawności językowej też już zrezygnowaliśmy, tak jak już dawno zrezygnowaliśmy z poprawności politycznej. Będę tę sprawę monitorować dalej i przy odrobinie szczęścia poinformuję Państwa o wynikach moich badań.

Pozdrowienia z Madagaskaru zasyła
Emilia Walczak

Działy:

Powiązane artykuły (wg działów)