przez rude okulary (32): Ważne, ważniejsze i naj, i w ogóle nie

Szymon Andrzejewski Szymon Andrzejewski Fot. ZbyZiel

Kończę w czerwcu. Wiem, wiem… niektórym się teraz uśmiech na twarzy namalował szeroki niczym Wisła, ale nie tak kończę i nie będzie to koniec okraszony wyczynem godnym Partyki czy Kozakiewicza. Choć gestem tego drugiego często, coraz częściej skończyć bym chciał niejedną jałową dysputę. Nie kończę także pisania do szanownego „BIK-u”. Być może skończę w nim publikowanie. To zależy już jedynie od redaktora należącego do naczelnych. I wysokich. I pytanych ostatnio przez wielu, cóż to też w tym naszym miesięczniku się wyprawia i z czym się do niego dopchać nie można. On odpowiada cierpliwie, a że czasu takie odpowiadanie wymaga, to ja się z kolejnym moim, lekko rzewnym w kierunku czasów minionych, tekstów jakoś tam cały czas dopycham. Kończę zatem kolejny rok życia (oraz pierwszy akapit) i w związku spożywczym (zawsze chciałem się tak właśnie tym zestawieniem wyrazowym zabawić) chciałbym się z Państwem podzielić listą rzeczy skończonych, kończonych i do skończenia przeznaczonych. W miesiącu, co mnie przybliża i oddala jednocześnie.

Skończyłem z paleniem. Na jak długo, nie wiem, bo jak głosi bardzo prawdziwe powiedzenie, „kto nie pali, a palił, ten palić będzie”. Brakuje mi tego palenia na poziomach różnych, ale głównie jednak chyba na poziomie kończenia tekstów do „BIK-u”. Każdy z tworzących (tak jak każdy z każdych w sumie) złożony jest z zestawu rytuałów i zachowań robiących mu dobrze przed, w czasie lub po. Ja „po” lubiłem się w nocy przejść po Orlej i klapnąć na murku przed Tęczą, i odpalić, i się zaciągnąć, i poczuć, że Bogu dostał już tekst na skrzynkę (dawniej „do skrzynki”) i że można jeszcze jednego, a potem spokojnie spać. Lubiłem pisać po nocy. Teraz też lubię, ale jakoś finału mi tego głupiego brakuje, więc żeby nie kusiło, to pisuję w ciągu dnia. A to już nie to samo. Coś się kończy i z reguły pociąga za sobą końce innych rzeczy, żeby nie kończyć w osamotnieniu. Chociaż to chyba jednak kwintesencja końca.

Skończyłem z gonitwą. Wolno więc sobie chodzę i oglądam i kilka rzeczy mi się podoba, ale większość nie. Skupiam się więc na tych, co tak, i jest najsuper. Neologizm oddaję Wam na wieczny użytek. Za darmo.
Kończę pić. Ale zaraz sobie doleję i będę pić dalej. 

Na koniec zostawiam coś, z czym chciałbym skończyć definitywnie i ostatecznie. Chciałbym skończyć z internetem. Nie, że mam problem jakowyś z liczbą godzin spędzanych na pierdołach w komentarzach czy komentarzach o pierdołach. Chciałbym skończyć z internetem w sensie jak najbardziej sycylijskim. Wsadzić mu do wyrka łeb konia (wirtualny, oczywiście), przeciągnąć palcem po gardle, a następnie dotrzymać słowa. Spętać mu kostki kablem sieciowym i wrzucić go do rzeki, żeby mu się styki zwarły i zworki nie stykały. Poważnie. Na pokazie w ramach Docs Against Gravity Aneks Bydgoski widziałem film o portalu, co w portkach chadza niebieskich i ma w chwili obecnej monopol już właściwie na wiedzę o wszystkim i wszystkich i ciągle jest tej wiedzy głodny, bo ona jest teraz najbardziej chodliwym towarem. Dlaczego? Bo dzięki niej wiadomo, na jakiej wysokości powinny leżeć te batoniki, a na jakiej tamte. I wiadomo też dzięki (a raczej przez wiedzę tę przeklętą), gdzie się znajduje właśnie dziecko, co ryczy o nową lalkę czy zestaw czegoś tam, bo albo jest z rodzicem, albo samo już ma telefon i można mu podsunąć odpowiednio skrojony przekaz. Skrojony coraz bardziej na miarę. Zdaję sobie sprawę, że utyskiwania te oraz mordercze zapędy są pozbawione nadziei i kuriozalne dość ze strony kogoś, kto pracuje w internetowej rozgłośni radiowej, ale wiecie, o czym mówię. W filmie wspomnianym pojawia się takie zdanie, że boimy się zniknąć z portalu w portkach niebieskich, bo są na nim wszyscy inni. Przypomniawszy sobie o tym i pisząc ten tekst (bez możliwości zakończenia procesu tego wdechem siwym i gęstym niczym włosy dojrzałej odaliski) zastanowiłem się, czy jest tak faktycznie. Wstałem więc i sprawdziłem.

Mama była w pokoju. Dziewczyna w kuchni. Sąsiad za ścianą.
Rozejrzałem się i podszedłem do jedynego stworzenia, które mogłoby w tajemnicy używać portalu w portkach niebieskich bez wiedzy mojej tracąc godziny, dni i miesiące na aktywności z życiem niemające niczego wspólnego.
– Maks, masz fejsa? – zapytałem.
– Nie mam – odpowiedział.
– Dlaczego?
– Brak czasu, człowieku. Pilnuję piłeczki.

Działy:

Powiązane artykuły (wg działów)