Na dwoje: kino (1)

  • Maj 2017
  • Emilia Walczak, Szymon Idczak

Pisaliśmy o kinie incydentalnie, zresztą – wyłącznie o bydgoskich produkcjach, niekiedy – o lokalnych wydarzeniach. Czas to zmienić. Co miesiąc będziemy przedstawiać w BIK-u recenzje dwóch zapowiadanych w kinie Orzeł premier. Taki nasz własny, mały DKF, który to skrót rozwijać chciałbym jako „Duet Filmowych Freaków”. W ich rolach dwoje kinomanów: Emilia Walczak i Szymon Idczak. Zauważyli Państwo, że rymują się ich nazwiska? Jak tego nie wykorzystać do stworzenia filmowego działu. Mam nadzieję, że Państwu przypadnie do gustu ten krytyczny duet (to taka dobra tradycja w krytyce filmowej). I przyciągnie do Orła? Rozmiłuje w filmie? Oby! (MT)

Hitchcock, Brigitte Nielsen i Lynch

Moja trwająca do dziś przygoda z filmem zaczęła się bardzo, bardzo wcześnie, właściwie w momencie, kiedy tylko mój dziecięcy umysł zaczął percypować. Żeby opowiedzieć Wam, jak do tego wszystkiego doszło, będę musiała teraz ujawnić kilka wstydliwych faktów z życia mojej rodziny. Mam nadzieję, że rodzice się nie obrażą.

Nie jest jakąś wielką tajemnicą, iż jestem z miasta Łodzi (to taka specjalna konstrukcja składniowa przestrzegana przez łodzian starszej daty, stosowana zamiast wyrażenia jestem z Łodzi, nasuwającego skojarzenia ze złodziejstwem: jestem złodziej) i zanim rodzice przywieźli mnie na stałe do grodu nad Brdą, abym tutaj mogła w wieku 6 lat rozpocząć naukę czytania i pisania, i najtrudniejszego z tego wszystkiego życia społecznego w tzw. zerówce, mieszkaliśmy w Łodzi w małej, ciasnej kawalerce w wieżowcu stojącym posępnie przy ul. Stefana Jaracza. Nie lokalizacja tej kawalerki jest jednak ważna, a to, że w centralnym jej punkcie ustawiony był kolorowy telewizor w stylowej drewnianej obudowie, do którego z czasem dołączył też wideoodtwarzacz przywieziony przez tatę gdzieś zza zachodniej granicy wraz z egzotycznymi bananami i budzącymi dziecięcą zgrozę płatkami muesli. W kawalerce tej, jak to zwykle z kawalerkami bywa, znajdował się tylko jeden pokój, służący – często jednocześnie – za salon, jadalnię, alkowę itd., tak więc kiedy na przykład, wieczorową porą, dla rodziców był on pokojem telewizyjnym, dla mnie od kilku dobrych godzin stanowił już sypialnię. Niemniej jednak wcale mi to nie przeszkadzało, albowiem ukradkiem i tak spoglądałam spod kołdry w migający dziwami telewizor.

Często „leciały” tam rzeczy straszne… Do dziś pamiętam fragment jakiegoś Teatru TV, w którym na snującego się po ekranie mężczyznę przewrócił się manekin. Cała ta scena okraszona była jakąś katastroficzną muzyką à la Zygmunt Konieczny i pozostawiła we mnie trwały ślad. Nie zniechęciło mnie to jednak do oglądania upiornych obrazów filmowych. Im gorsze były, tym lepiej! Zresztą, kiedy już przeprowadziliśmy się do Bydgoszczy i w „szalonych” początkach lat 90. na dobre wybuchła era kaset wideo, moi rodzice przejawiali dość liberalne podejście w dopuszczaniu mnie do telewizyjnego ekranu. W wieku 6–7 lat obejrzałam więc np. Ptaki Hitchcocka, po czym… ze strachu zsikałam się w nocy do łóżka. Nie poddawałam się jednak. W dodatku co niedzielę na stadionie Chemika w najlepsze prosperowała już wtedy czarna giełda przegrywanych po tysiąckroć VHS-ów. Cała machina działała w ten sposób, że pierwszą kasetę wypożyczało się wraz z wpłaceniem stosownej kaucji u jednego pana, a po jej obejrzeniu można ją było (w dowolnym czasie) wymienić u innego „konika” na tytuł kolejny, już bez uiszczania opłat. Tata najczęściej musiał dla mnie wypożyczać wtedy przygodowy film Czerwona Sonja z Arnoldem Schwarzeneggerem i Brigitte Nielsen w rolach głównych. Był tam też straszny, rozdziawiający zębatą paszczę potwór wodny oraz zła Królowa Gedren podobna do Cher.

Ale – żeby nie było – w stosownym momencie mojego życia pojawił się też repertuar bardziej ambitny. Stosownym, tj. w momencie szeroko zakrojonych poszukiwań wszystkiego: w okresie licealnym… Jako że jestem już bardzo stara, to kiedy uczęszczałam do szkoły średniej, wciąż jeszcze działały wypożyczalnie kaset wideo. Lecz już nie te półlegalne osiedlowe budki sklecone z dykty, mchu i paproci, a sieciowe molochy pn. Beverly Hills (gdzie nawet swego czasu starałam się o pracę, lecz nie zostałam doń przyjęta – podejrzewam, że dlatego, iż miałam wtedy pryszcze). W filii na Wyżynach była specjalna artfilmowa półka, a ja ambitnie postanowiłam wtedy obejrzeć wszystkie zgromadzone nań tytuły. Na pierwszy ogień poszła Zagubiona autostrada Lyncha. Wtedy też pokochałam Nine Inch Nails i w miłości tej trwam do dziś. Podobnie, jak w trudnej miłości do X muzy, podpartej jeszcze po drodze licencjatem z Konwickiego, magisterką z Antonioniego i kilkoma publikacjami w specjalistycznej prasie filmowej. Teraz przyszedł czas na „BIK”. (emi)


Kinoman

Jestem kinomanem. Nie jest to tylko pasja czy natręctwo, hobby albo nałóg, to coś pomiędzy. Bo nie jest to świadomy wybór. Jestem kinomanem i, co za tym idzie, często myślę kinem i o kinie. Gdybym miał skategoryzować moje myśli o nim, pewnie byłoby to tak:

Kino, czyli film. Ujęcie indywidualne

Podobno pierwszym filmem, jaki widziałem, był Disneyowski Kopciuszek. Jak wynika z relacji świadków (rodziców), kiedy projekcja się zaczęła, miałem powiedzieć: „Niech oni ściszą ten terewizol”. Musiało to być wznowienie klasycznego tytułu, bo oryginał miał premierę w 1950 roku, kiedy jeszcze moich rodziców nie było w planach moich dziadków.

Pierwsza wizyta w kinie, jaką pamiętam, to seans filmu Aladyn. Znów Disney, tym razem już pewnie premierowo. Musiałem mieć wtedy jakieś trzy–cztery lata, ale słowo daję, że do dziś to pamiętam. Co prawda przez gęstą mgłę i wyrwanymi z kontekstu kliszami, ale pamiętam, jak fotele zasłaniały mi ekran, jak było głośno, jak show dominował niebieskoskóry Dżin, i zapomnieć nie mogę szczerego uczucia, jakim pałałem do księżniczki Dżasminy. Z perspektywy czasu myślę sobie, że to może już wtedy kino i ja przestaliśmy być osobni i pierwszy raz film był do mnie i o mnie, wyszedłem poza schemat „oglądania” i poczułem się częścią tego, co na ekranie.

Nadal uważam, że kino to przede wszystkim relacja dzieło–odbiorca, ta przestrzeń, która między nimi powstaje i w najróżniejszy sposób się wypełnia. Przede wszystkim, ale nie tylko.

Kino, czyli seans. Ujęcie społeczne

Już dawno zauważyłem, że tzw. „ludzie” chodzą do kina po to, żeby się pośmiać. Większość widzów szuka w seansie rozrywki i lubi o tym głośno dawać znać. Nieważne, czy to dramat, może nawet psychologiczny, gdzie śmierć, patologie, gniew i pogarda, jeśli któraś scena bądź linijka dialogowa nosi choćby śladowe znamiona żartu, dominujący w kinach typ widza śmieje się w głos. Najwyraźniej jest to widoczne w przypadku komediodramatów, które stopniowo przechodzą z pierwszej w drugą składową tego gatunkowego koktajlu. Wtedy widowni zdarza się z rozpędu prześmiać cały film, łącznie z napisami końcowymi, choć już od dawna nie jest to komedia.

Żeby nie było, nie oceniam, nie uważam, że to coś złego. Tak tylko spostrzegam. Nie to, że sala kinowa to świątynia i wara się śmiać, i czapki z głów przed wielką sztuką, bo o tym za chwilę. Ale kino to w dużej mierze zjawisko społeczne, najlepiej widoczne w mechanizmach działania widowni.

Kino, czyli sztuka/przemysł. Ujęcie kinomańskie

Kilka lat temu, z wtedy jeszcze przyszłą żoną, odwiedziliśmy kino 5D – jedną z atrakcji obwoźnego parku rozrywki, w której odbiór 10-minutowej trójwymiarowej animacji wspomagany jest przez podskakujące fotele, wodną mgiełkę zraszającą twarz i inne wspomagacze emocji. I choć z pozoru jest to wytwór kinopodobny, czy nie jest tak naprawdę kinem w najczystszej postaci? Bo przecież kino nie jest tylko i wyłącznie sztuką. Kino sztuką bywa, a u swojego zarania było ledwie dodatkiem do obwoźnych cyrków i gadżetem dla iluzjonistów. Kino to (załóżmy optymistycznie) w równej mierze sztuka i przemysł rozrywkowy.

Miałem szczęście wzrastać w swoim kinomaństwie na gruncie epoki VHS, i to zanim zdominowały go wypożyczalnie molochy. Widziałem, już jako świadomy kinoman, upadek jednosalowych kin na rzecz multipleksów. I nie jestem tu radykalnym przeciwnikiem tych drugich, w których, jak twierdzą jedni, śmierdzi popcornem i gra się same chały. „Stare” (względnie, bo z lat 90.) kina też śmierdziały popcornem (choć wtedy mi to jeszcze pachniało), a ich repertuary dominowały hollywoodzkie hity. Tylko czuło się w nich bardziej jak w osiedlowym sklepiku, a nie w supermarkecie.

Jestem kinomanem i kocham dzieci zarówno kinowej muzy, jak i kinowego przemysłu. Oczywiście, nie wszystkie darzę tym samym uczuciem, ale o niewielu mogę powiedzieć, że lepiej, żeby się nie narodziły. Prawdziwy kinoman to nie ten, kto widzi w kinie wyłącznie sztukę, jak i nie ten, kto widzi w niej tylko rozrywkę. Kino to symbioza tych dwóch pierwiastków i nie da się ich bez reszty oddzielić.

Jestem kinomanem. To wyznanie znaczy coś więcej tylko dla innych kinomanów. Jeżeli ktoś ci powie: „Jestem filatelistą”, myślisz sobie: „O, wow! Ciekawe” albo „I co z tego?”, ale naprawdę rozumie to tylko inny filatelista. (sid)

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start