zugzwang (49): Przez życie z humorem

Bartłomiej Siwiec Bartłomiej Siwiec

Jest czerwiec roku 1934. W Bydgoszczy zaczynają wychodzić „Ogniwa”, pismo międzyszkolne. Wśród osób najbardziej zaangażowanych w wydawanie pisma wypada podać co najmniej dwa nazwiska: Tadeusza Nowakowskiego i Witolda Deglera. Ten drugi jest uczniem Państwowego Gimnazjum im. Marszałka Józefa Piłsudskiego. Obecnie w tym samym budynku mieści się I LO. Już w tamtym czasie Degler dał się poznać jako twórca dowcipny, pisał głównie fraszki i utwory satyryczne. Ponoć podczas czytania jego utworów publika wprost skręcała się ze śmiechu. Dzięki temu pismu można dziś uchwycić stan umysłu młodzieży, zwłaszcza tej zaciekawionej literaturą. Na jego łamach młodzi ludzie podejmowali pierwsze próby literackie, chcieli też być obecni w debacie, próbując komentować rzeczywistość. Każdy oczywiście na swój sposób. Degler zawsze robił to z humorem. Nie ma wątpliwości, że należał, w tym mocno już wyselekcjonowanym gronie, do prymusów. Nie ma też wątpliwości, że jego kontakty z Nowakowskim, choć ciepłe, to jednak była w nich – jak to u poetów bywa – chęć rywalizacji. 

Podobną rolę jak „Ogniwa” pełni pismo „Młoda myśl”. Jak w przypadku większości pism tamtego czasu, na okładce pierwszego numeru z 1935 roku napisano patetycznie: „W serca nasze powinien wzrastać silny czynnik silny kościec ideowy państwo”. W piśmie wiersz Deglera. Ale musiał ten zdolny uczeń przypaść do gustu redakcji, która zachęca go do kolejnych tekstów, dobrze przy tym oceniając nadesłany: Bunt i Pijany Księżyc. Nad stopką redakcyjną (pismo wydawane w Inowrocławiu w Państwowym Gimnazjum im. J. Kasprowicza) reklama Domu Wysyłkowego Kawy i Herbaty: „Jedyne Twoje hasło, kupuj kawy i herbaty w firmie Aspo”.

Mijają trzy dekady. Wtedy też w Wydawnictwie Poznańskim wychodzi jedyna znana książka Deglera, Bez znieczulenia. Przez te wszystkie lata autor dojrzał literacko, ale wciąż pozostał wierny fraszkom i utworom satyrycznym. Już same tytuły poszczególnych cyklów dobrze wprowadzają w świat pisarza: Co na sercu i wątrobie, Spięcia i cięcia, W ogródku Wenery czy Na Pegazie i pod Pegazem. Degler jest błyskotliwy, ciekawy, dowcipny. Osiągnął pewien poziom i potrafi go utrzymać. Czasami też bywa autoironiczny, jak we fraszce Jak płaca taka praca: „Często humorystę wręcz rozpacz ogarnia: za me śmieszne fraszki – śmieszne honoraria!”. We fraszce Na wydaniu napisze: „Literaci tak jak panie – też czekają na wydanie”.

Jego satyryczne wiersze przypominają mi trochę twórczość Zdzisława Prussa. Są ciekawe, lekkie, niektóre też dowcipne. Ich lektura pozwala spojrzeć z optymizmem na otaczający nas świat. A jednak, pomimo pewnych podobieństw, twórczość bydgoskiego poety to półka wyżej. Degler w znanych mi tekstach nigdy nie osiągnął takiej lirycznej głębi, nie jest też tak przewrotny i ironiczny jak Pruss. Chyba nigdy nie posiadł tej maestrii warsztatowej, co autor Rozmów z psem. A może po prostu mu na tym nie zależało? Z kolei jego fraszki przypominają mi trochę twórczość Jana Sztaudyngera, o którego bydgoskim epizodzie napisałem felieton w zeszłym roku. Nawet tematycznie do siebie pasują, gdyż obaj najczęściej pisali fraszki o sprawach damsko-męskich. Jak choćby Do płonącej: „Choć płoniesz miłością, dziewico/ nie będę ci służył gaśnicą”, czy: Beznadziejnie zakochany: „Wołał do niej: O ma miła!/ Tyś mi zmysły omamiła/ i przez ciebie mój organizm/ w ten szaleńczy wpadł omamizm!”.

Pewien rozgłos przyniosły autorowi Bez znieczulenia publikacje zamieszczane na łamach „Szpilek” i „Karuzeli”. Można by chyba nawet rzec, że idealnie dostosował się do tej lekkiej, satyrycznej konwencji obu pism.

Witold Degler zmarł w Poznaniu w 1985 roku. Dziś wydaje się trochę zapomniany. Tak to już chyba jest z literatami, których twórczość wpisywała się w pewne zapotrzebowanie społeczne. W czasach mało śmiesznych rozśmieszali naród. A teraz jakie mamy czasy? Chyba jednak też mało śmieszne…

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy Kultura Maj 2017 zugzwang (49): Przez życie z humorem