literacki flâneur (10): Wyniszczający romans

Emilia Walczak Emilia Walczak

Irena Tuwim. Tej kongenialnej młodszej siostrze autora Kwiatów polskich poświęciłam ostatnich kilka tygodni z życia. Zaczęło się wszystko od tego, że w portalu Lubimy czytać zaatakowała mnie reklama wydanej niedawno biografii tej wspaniałej poetki i prozaiczki, a także wytrawnej tłumaczki. Okazało się, że jej autorką jest moja, powiedzmy, znajoma, a więc od razu wpadłam na pomysł przeprowadzenia z nią wywiadu do pewnego wydawanego w Bydgoszczy pisma poświęconego kulturze najnowszej, o wdzięcznej nazwie zaczynającej się na literkę „F”. Śpieszmy się kochać nowinki wydawnicze – tak szybko wietrzeją… Każdy redaktor – i każda redaktorka – powinien to wiedzieć.

Prędko okazało się, że książka Anny Augustyniak pod wielce wymownym (o czym za chwilę) tytułem Nie umarłam z miłości to zaledwie wierzchołek góry lodowej: zrazu powzięłam bowiem ambitne postanowienie przeczytania WSZYSTKIEGO, co tylko wyszło spod pióra Ireny Tuwim, bądź też jest z jej postacią w jakikolwiek sposób związane. No, tak już mam – jak się na czymś zafiksuję, to skupiam się na tym bez reszty. Powiedzmy zatem, że winda w siedzibie głównej Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Bydgoszczy miała ostatnio co wozić wte i wewte. Lecz przyznać trzeba jednocześnie, że lwią część tych bibliotecznych woluminów stanowiła jednak Ireny Tuwim twórczość translatorska. Podkreślmy: TWÓRCZOŚĆ – w literackich tłumaczeniach nie ma bowiem niczego wtórnego. Kto uczestniczył w niedawnym, odbywającym się w bydgoskim MCK-u, Galerii Wspólnej i VI LO, festiwalu Przeczytani, ten wie, o czym mówię. A kto nie – nooo… to już trudno.

Pośród przekładów autorstwa Ireny Tuwim króluje literatura dla dzieci: Kubuś Puchatek (na którym to leśnym stworzeniu przeprowadziła pani Irena korektę płci, początkowo bowiem Kubuś na imię miał Winnie, a więc był naszą swojską Fredzią), Mary Poppins, Byczek Fernando, bajki autorstwa Oscara Wilde’a i Aleksego Tołstoja, czy też baśnie braci Grimm. Ale w pokaźnym jej dorobku translatorskim znajdziemy też książki dla dorosłych, jak na przykład wydane u nas w 1957 roku Żegnaj Chips angielskiego pisarza Jamesa Hiltona. Pozycję tę wymieniam nie bez kozery. Po pierwsze, dość znamiennym wydaje mi się fakt, że nowelka ta od dobrych kilku już lat stała u mnie na domowym regale z książkami, a ja ni w ząb nie zdawałam sobie sprawy z tego, że przetłumaczyła ją „dla mnie” właśnie pani Irena. Nie jest to może tak dobre (pewnie dlatego, że powstało ponoć w ledwie cztery dni!), jak kultowy już Zaginiony horyzont Hiltona (pamiętacie okładkę śląskiego wydania? Ona była… SREBRNA!) – o mitycznej krainie Szangri-La ukrytej gdzieś hen, w dalekim Tybecie, lecz mimo to książeczkę tę połknęłam jednym kęsem, głównie z szacunku dla tłumaczki i dla jej pracy. No ale do rzeczy. Chodzi mi w tym miejscu o to, że najczęściej w ogóle nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak wiele zagranicznych kanonicznych pozycji wydawniczych zawdzięczamy w polszczyźnie właśnie Irenie Tuwim! A po drugie – o to też, że postać tytułowego bohatera powiastki Hiltona, Charles’a Chippinga, jest w pewien sposób paralelna z postacią pani Ireny. Oto bowiem, podobnie jak w przypadku pana Chipsa, nie zaznała ona za bardzo szczęścia w miłości, zresztą – w ogólności nie zaznała w swym życiu zbyt wiele szczęścia; jej zasługi dla kultury, choć ogromne, skrywa dziś zasłona ignorancji; w końcu – zmarła Irena Tuwim rozgoryczona, niespełniona, w osamotnieniu i – praktycznie rzecz biorąc – w zapomnieniu.

Zresztą, ona cały swój długi żywot spędziła w wiecznej udręce! Co znamienne, już sam okres osobistego dzieciństwa określiła – w zatytułowanych Łódzkie pory roku wspomnieniach – mianem „nienawistnego”. Bez wątpienia owo dzieciństwo zaciążyło bardzo traumatycznie na dalszych jej losach, lecz przede wszystkim – na jej znakomitej POEZJI! Bo czegóż w niej nie ma!? Są: ciemność, strach, męka; brak wiary, tęsknota, samotność; smutek, choroba, śmierć; znużenie, brak sił, samobójstwo; stagnacja, żałoba, żal; łzy, łkanie, płacz; konanie, kwilenie, udręka; rozstanie, milczenie… weronal. Długo tak mogłabym wymieniać te nieszczęścia chodzące trójkami, lecz nie chciałabym otrzeć się o groteskę. Powiem więc na koniec jeszcze tylko to, że choć wiersze Ireny Tuwim są doprawdy WY-BIT-NE, to jednak trochę się cieszę, że mój romans z jej twórczością już się zakończył. Był to bowiem flirt dość hektyczny. Inną sprawą jest, że gdyby wszyscy smutni pisarze – i smutne pisarki – leczyli się ze swej czarnej melancholii, to w ogóle nie mielibyśmy dziś tej części kulturowego dziedzictwa, jaką jest literatura.

Ale to już zupełnie inna bajka…

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start