Daleko od kawiarni – Jean-Luc Ponty w Bydgoszczy

Jean-Luc Ponty Jean-Luc Ponty Fot. Guillaume Laurent (Wikipedia)

Wmuzyce jazzowej od lat funkcjonuje teza, według której jazz jest międzynarodowym językiem muzycznym, lecz to różne narody nadają mu własny, charakterystyczny akcent. Wydaje się ona szczególnie trafna w przypadku skrzypiec – instrumentu, który jak żaden inny w tej muzyce ma niezwykle silne europejskie dziedzictwo. Nie ulega wątpliwości, że wśród czołowych jazzowych wiolinistów zdecydowana większość wywodzi się właśnie z Europy. I choć skrzypce w jazzie były obecne od samego początku (są tak dawne jak nowoorleańskie kornety), to wówczas, w tym początkowym okresie, jeszcze nie zrobiły kariery.

Być może jednym z głównych powodów był niewielki wolumen instrumentu – pod względem dynamiki skrzypce nie mają szans konkurować z trąbkami, klarnetami, puzonami czy perkusją. Dlatego ich incydentalna obecność we wczesnych jazzbandach uwarunkowana była raczej tradycją – skrzypek w dawnym zespole nowoorleańskim to odpowiednik skrzypka-kapelmistrza w wiedeńskiej kapeli kawiarnianej. I właśnie ta kawiarniana tradycja przez długie lata rzucała cień na losy jazzmanów grających na skrzypcach. Główne zastrzeżenia dotyczyły brzmienia – miękkiego, ckliwego, przesłodzonego – właśnie kawiarnianego. Brzmienia zbyt delikatnego, by wyrazić żar emocji w energetycznych jazzowych improwizacjach. Odkąd jednak idiom jazzowy przestał być kojarzony wyłącznie z brzmieniem instrumentu i jego możliwościami kształtowania dźwięku, i okazało się, że można tę muzykę z powodzeniem wykonywać na każdym instrumencie, dla skrzypków jazzowych rozbłysło zielone światło. Kontynentem, na którym doceniono ich najbardziej, okazała się Europa, a krajem szczególnie gościnnym – Francja. Owa sympatia nie tylko została odwzajemniona, ale wydała też spektakularne owoce – skrzypce stały się specjalnością francuskiego jazzu. 

Podczas jednego z takich jazzowych desantów na stolicę Francji doszło do spotkania pioniera jazzowej wiolinistyki Eddiego Southa ze Stephanem Grappellim, uznawanym za czołowego jazzowego skrzypka Europy. Owocem tej współpracy stała się płyta poświęcona J.S. Bachowi. Na jednej stronie skrzypkowie wiernie wykonują pierwszą część Koncertu d-moll na dwoje skrzypiec, na drugiej zaś w oparciu o nią improwizują, dając w ten sposób wyraz czci, jaką jazzmani darzą tego wielkiego kompozytora. Jednak dla niemieckich faszystów, którzy zajęli Francję parę lat później, był to odrażający przykład „sztuki zwyrodniałej” i cały nakład płyty zniszczono. Nic więc dziwnego że Grappelli wolał okupacyjną zawieruchę przeczekać z dala od takich koneserów sztuki – czas wojny spędził grając, a jakże, w londyńskich kawiarniach.

Prawdziwy przełom w postrzeganiu skrzypiec w muzyce jazzowej nastąpił dopiero z chwilą zastosowania amplifikacji. Podobnie jak w przypadku gitary, odpowiednie nagłośnienie pozwoliło zrównać poziom dynamiki z innymi instrumentami i wyeksponować naturalne walory skrzypiec. Okazało się wówczas, że doskonale się sprawdzają również w jazzie nowoczesnym. Elektryfikacja skrzypiec sprawiła, że pod koniec lat 60. wystąpiło zjawisko „skrzypcowej fali” – pojawiła się moda na ten instrument, znalazły się w centrum uwagi. Skrzypkiem, który położył największe zasługi na tym polu, jest kolejny Francuz – Jean-Luc Ponty. Poczynając od niego skrzypce stały się w jazzie zupełnie innym instrumentem, a pozycja Ponty’ego porównywalna jest ze statusem Charliego Christiana, który zelektryfikował gitarę. Te przełomowe innowacje miały kluczowe znaczenie dla nowej estetyki lat 70. – jazz-rocka. Tu nie było już miejsca na kawiarniane brzmienia, pojawiła się gra niezwykle ekspresyjna, nasycona rockową energią i witalnością. A skrzypce zyskały nowy status – stały się instrumentem wszechobecnym we współczesnej muzyce. Dzięki ekspansji na nowy obszar skrzypkowie utworzyli godne pozazdroszczenia imperium: są oczywiste w muzyce klasycznej, niezastąpione w muzyce ludowej (i to po obu stronach Atlantyku – country, hillbilly, bluegrass), spełnione w jazzie, a teraz również obecne w muzyce „mocnego uderzenia”. Toteż gdy pojawiły się na mieście plakaty anonsujące koncert w bydgoskiej filharmonii: Jean-Luc Ponty and his band, wiedziałem, że spotkania z tą żywą legendą jazzu przegapić nie wolno.

Słynny skrzypek przywiózł do Bydgoszczy doborową ekipę francuskich jazzmanów: na fortepianie zagrał William Lecomte, Kameruńczyk Guy Nsangue Akwa na gitarze basowej i na zestawie perkusyjnym Damien Schmitt. Ponty już od lat jest wierny estetyce jazzrockowej, w której odniósł spektakularny sukces, można się zatem było spodziewać koncertu bardzo dynamicznego. Toteż zasiadając w sali Filharmonii Pomorskiej, słynnej z doskonałej akustyki, z pewną troską zastanawiałem się, czy ekipa nagłaśniająca będzie potrafiła ujarzmić naturalny pogłos i wykorzystać jego walory. Obawy były płonne – ze sceny popłynęły dźwięki niezwykłej urody, a perfekcyjnie wyważone brzmienie całego zespołu było ucztą dla uszu. Dźwięki szlachetne i czyste, godne miejsca, gdzie na co dzień obcuje się ze sztuką najwyższych lotów. Sam Ponty zachwycił na wielu polach. Przede wszystkim przepięknym, aksamitnym brzmieniem skrzypiec – to z pewnością wypadkowa wysokiej klasy instrumentu i umiejętnie dobranych komponentów przy nagłośnieniu. Ale czym byłoby zastosowanie nawet całej „elektrowni”, gdyby nie bezbłędna intonacja grającego. Doszła do tego nieskazitelna technika gry smyczkiem, precyzyjne dwudźwięki, pizzicato, brawurowe arpeggia, czysta gra nawet w najwyższym rejestrze. Sprzężenie tych technicznych elementów z nienaganną jazzową pulsacją i improwizacyjną inwencją, dodatkowo połączone z typowo francuską elegancją i kulturą brzmienia, dały obraz prawdziwie wirtuozowskich umiejętności skrzypka. Obraz dopełniają jeszcze wyrafinowane kompozycje wypełniające program koncertu. A co mistrz zaproponował? Myślę, że dla bydgoskiej publiczności był to jazz przyjazny. Melodyjny, niezbyt skomplikowany harmonicznie, bazujący na zróżnicowanych funkowych rytmach. Z wyjątkiem jedynego standardu (Round About Midnight), wszystkie kompozycje utrzymane były w podobnej stylistyce.

Wmuzyce jazzowej od zawsze ścierają się dwie koncepcje muzyki – to spontaniczna kreacja bądź ścisła organizacja. Oba te antagonizmy: improwizacja–aranżacja, żywioł–wyrachowanie, pasja–kalkulacja, serce–intelekt, od początku determinowały poczynania jazzmanów. Bydgoski koncert pokazał, że skrzypkowi zdecydowanie bliżej do koncepcji drugiej. Jego kompozycje to utwory bardzo rozbudowane, wieloczęściowe, naszpikowane karkołomnymi podziałami rytmicznymi, tylko od czasu do czasu inkrustowane solowymi improwizacjami. Rdzeń utworów stanowiły partie skomponowane i precyzyjnie odtworzone, a przebieg improwizacji został starannie wyreżyserowany i zaplanowany. Tak zdecydowana supremacja intelektu i poddanie wszystkiego jego kontroli dało w efekcie muzykę niezwykle wyrafinowaną, wprost porażającą precyzją. Nie było tu miejsca na zapamiętanie się w grze, na emocje sięgające zenitu, na ryzykowne rozwiązania obarczone choćby małym błędem – odbiorca miał dostać towar odpowiedniej jakości, przetestowany i bezpieczny. Ponty preferuje poruszanie się po znajomym terytorium i cały koncert stanowił świetnie wyreżyserowany, powtarzalny show. Zaprezentował kulturalny jazz na najwyższym poziomie, choć niebywale wysoki stopień komplikacji nieco odhumanizował jego muzykę. Oczywiście do realizacji takiej wizji jazzu niezbędni są wykonawcy na najwyższym poziomie i muzyczni partnerzy Ponty’ego z nawiązką te wymagania spełnili. Każdy będąc wirtuozem swego instrumentu wniósł swoje umiejętności do znakomicie funkcjonującej sekcji rytmicznej. Czujni niczym papierki lakmusowe, bezbłędnie reagowali na poczynania lidera, w kompetentny sposób pokonując najeżone trudnościami zadania. Czasami miało się wrażenie że to cyborgi – bezbłędni egzekutorzy idei lidera. Z całej trójki szczególne zachwycał perkusista Damien Schmitt. Słychać było, że rzetelnie odrobił lekcję i umie w zasadzie wszystko, co wymyślono w grze na zestawie perkusyjnym. Prócz perfekcyjnego akompaniamentu zademonstrował perkusyjny kunszt i wirtuozerię najwyższych lotów w dwóch obszernych partiach solowych. Wyjątkowy aplauz wywołały skomplikowane „młyny” z wykorzystaniem „podwójnej stopy”, choć gdy monsieur Schmidt wychodził zza bębnów, to okazało się, że stopy miał zdecydowanie normalne, pojedyncze. Trochę się tu naśmiewam, bo funkcjonujące w naszym muzycznym slangu określenia to czasami prawdziwe kurioza: na bęben basowy (bass drum) mówią stopa, pedał do bębna to też stopa, no i na stopę – stopa. Wychodzi więc, że drummer gra stopą na stopie przy użyciu stopy. A ta „podwójna stopa” to przecież tylko mechanizm dwóch sprzężonych pedałów pozwalający grać obiema nogami na wielkim bębnie.

Wspomniałem na początku o europejskiej dominacji wśród skrzypków jazzowych. Owa hegemonia dotyczy nie tylko Francuzów, wraz z nimi palmę pierwszeństwa dzierżą Polacy. Mówi się wręcz o dwóch szkołach jazzowych skrzypiec w Europie – francuskiej i polskiej. Historia wybitnych polskich skrzypków zapoczątkowana przez Seiferta i Urbaniaka, kontynuowana przez Dębskiego, Strzelczyka, Gębalskiego, Afanasjewa, Bałdycha czy Smoczyńskiego jest pisana nadal przez najmłodsze pokolenie jazzowych wiolinistów.

Ina koniec: cieszę się, że na koncert gwiazdy światowego jazzu nie muszę udawać się za ocean, nie muszę wyjeżdżać z Polski, nie muszę jechać się do innego miasta. Wystarczy, że w niedzielny wieczór zaplanuję wizytę w centrum Bydgoszczy, gdzie w komfortowych warunkach mogę rozkoszować się duchową ucztą. Na miejscu. U siebie. Ja to doceniam.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy BiK w podróży Maj 2017 Daleko od kawiarni – Jean-Luc Ponty w Bydgoszczy