Dobra zmiana na gorsze?

Teatr Polski Bydgoszcz Teatr Polski Bydgoszcz Fot. Monika Stolarska

Albo dlaczego Bydgoszcz nie jest drugim Wrocławiem


1.

Echa skandali i awantur, jakie docierały do nas z Wrocławia, nie wywoływały w nas żadnego Schadenfreude, ale pozwalały sądzić, że Bydgoszcz, która z Wrocławiem przegrała rywalizację o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury, tak naprawdę wygrała coś ważnego. Wygrała to, co Wrocław zmarnował. Jako że ścigaliśmy się z Wrocławiem i z nim przegraliśmy, wielu z nas (szczególnie ci, którzy zaangażowani byli w tamten zryw) przyglądało się temu, co zrobił ze swoją kulturalną stołecznością. Jak wykorzystał mechanizm ESK, o której i my marzyliśmy siedem lat temu? Pod wieloma względami Europejska Stolica Kultury Wrocław 2016 okazała się nijaka, pod niektórymi – a przynajmniej jednym – okazała się brawurową katastrofą.

Ten katastrofalny aspekt dotyczył obsady dyrektorskich stanowisk w instytucjach kultury, którego wystrzałowym zwieńczeniem było powołanie Cezarego Morawskiego na dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu. Niedawny konkurs na analogiczne stanowisko w Bydgoszczy (piszę to w momencie ogłoszenia rekomendacji przez komisję konkursową) przypomina sytuację wrocławską tylko z grubsza. Nie tylko dlatego, że Łukasz Gajdzis nie jest Cezarym Morawskim, a nasz Polski nie był Polskim z Wrocławia za Mieszkowskiego, a jeszcze nasz budżet na kulturę jest niższy od wrocławskiego jakieś pięć razy.

2.

Dla wszystkich, którzy nie śledzili sytuacji w ESK, przypomnę jej krótką historię – tylko, rzecz jasna, pod kątem tego personalnego zamieszania, które swoją skalą sprawia wrażenie zupełnie nierealnego. Zaczęło się na długo przed rokiem 2016 wraz ze sprawą Zbigniewa Rybczyńskiego. Nasz laureat Oscara został oskarżony o nadużycia finansowe w Centrum Technologii Audiowizualnych, o których wcześniej sam alarmował. Urażony Rybczyński rozważał nawet zrzeczenie się polskiego obywatelstwa.

Później głośno było o rezygnacji Krzysztofa Czyżewskiego z funkcji dyrektora artystycznego ESK. Oficjalnie nie mógł pogodzić swoich wcześniej podjętych zobowiązań z pracą dla miasta, ale niewielu w to wierzyło. Zresztą, Czyżewski był krytykowany za zbyt luźne traktowanie wniosku aplikacyjnego, a biuro za zbyt mały stopień obywatelskości działań.

Cenione Wydawnictwo Warstwy straciło swojego redaktora naczelnego, który miał zostać dyrektorem Wrocławskiego Domu Literatury. Jarosław Borowiec narzekał później, że przez wszystkie lata jego pracy nie mógł się umówić z prezydentem miasta na rozmowę, a na wicedyrektorkę Domu powołano partnerkę życiową dyrektora wydziału kultury. Na dodatek Wrocław opuściło też Biuro Literackie, jedno z najważniejszych wydawnictw dla współczesnej poezji polskiej.

Myślą Państwo, że to koniec? Nie, jeszcze nie. Władze miasta zmieniły też dyrekcję Muzeum Współczesnego we Wrocławiu, mimo poparcia, jakiego Dorocie Monkiewicz, dotychczasowej dyrektorce, udzieliła rada naukowa muzeum. I mimo sukcesu wystawy Dzikie pola (może największego sukcesu całego programu ESK?).

To jeszcze nie wszystko, ale i tak wszystko przykrył wybór Cezarego Morawskiego na dyrektora Teatru Polskiego w Wrocławiu. To chyba najbardziej żałosny przykład zmian w kulturze w ostatnim czasie, znak zupełnego upadku, z którego Wrocław będzie się długo podnosił. Bo chociaż decydenci zrozumieli swój błąd i teraz otwierają drogę dla korekty tej nominacji, to zdaje się, że jest już za późno: Morawski nie zamierza ustąpić (co gorsza, sąd pewnie przychyliłby się do jego stanowiska, gdyby jednak postanowiono go odwołać), a ratować w teatrze i tak nie ma już czego. Wrocławski Polski przestał właśnie istnieć.

3.

Na czym polega więc problem z bydgoskim konkursem? Rekomendacja Łukasza Gajdzisa nie ma przecież charakteru zmowy władz samorządowych i ministerstwa (a takie podejrzenia oburzały w przypadku wrocławskiej procedury). Jednak z pobieżnej analizy arytmetyki tych wyborów (zgaduję, bo piszę to w chwili, gdy nie ujawniono protokołów posiedzenia komisji konkursowej) wynika, że przedstawiciele ministerstwa oraz bydgoskiego ratusza głosowali razem – jak kto woli – na Łukasza Gajdzisa albo przeciwko Pawłowi Wodzińskiemu.

Można też zgadywać, że Łukasza Gajdzisa poparł również dyrektor Maciej Figas. Jego udział w komisji nie został oprotestowany, jednak z wielu punktów widzenia mógłby być nie mniej wątpliwy niż udział usuniętej z komisji Martyny Peszko. Dlaczego? Choćby dlatego, że jest Figas dyrektorem instytucji marszałkowskiej; tak, tego samego marszałka, który groził teatrowi odebraniem już przyznanej dotacji na Festiwal Prapremier, co zostało odebrane – i słusznie – jako próba cenzury ekonomicznej. Tego marszałka, który obrażał teatr, bo nie spodobały mu się opisy wystawionego przedstawienia. Tego marszałka, który przyznał sobie prawo do merytorycznej oceny przedstawienia, którego nawet nie widział. I wreszcie, tego marszałka, który jest tak legendarnie przyjazny Bydgoszczy, o jego predylekcji ku sztuce krytycznej nie wspominając.

Być może problem bydgoskiego konkursu leży też w reakcji zespołu aktorskiego. Ich list (szczególnie gdy odczytywany ze sceny) musi przypominać działania zespołu teatru wrocławskiego. W tym sensie uważam go za objaw reakcji nadmiernej, może nawet zbytecznej: obniża może nawet rangę wrocławskiego protestu, bo stosując podobną retorykę, dotyczy sprawy o innej wadze. Ale też nie zgadzam się z tymi komentatorami, którzy zespół potępiają i odbierają mu prawo do wyrażania własnej opinii, często upraszczając czy wypaczając znaczenie ich oświadczeń. Podmiotowość zespołu teatru jest też efektem trybu pracy, jaki prowadzili dotychczasowi dyrektorzy. Nie musi on być wyznacznikiem jakości tej pracy, ale jest oznaką jej skuteczności i zaangażowania. A to już coś, prawda?

4.

O jakości pracy teatru świadczą natomiast głosy kandydatów (te przynajmniej, które mogłem usłyszeć w mediach); a wszyscy wypowiadali się o pracy Teatru Polskiego w Bydgoszczy co najmniej pozytywnie, podkreślając jego wyjątkowy charakter. Co więcej, o swoich pomysłach mówili jako o korekcie tego programu, która polegać ma na jego poszerzeniu, a nie zmianie linii. Jeśli nie była to czysta kurtuazja, a nie ma powodu, żeby tak te wypowiedzi oceniać, była to piękna pochwała tej pracy.

Jeśli jednak nie była to kurtuazja, głosy te można by uważać za nieco bałamutne. Nie można bowiem zmienić linii tylko trochę, szczególnie tej linii. Jej wyjątkowość polega właśnie na takim ukształtowaniu programu, na jego radykalnej czystości. Można krytykować jego kierunek, ale nie da się krytykować wierności realizacji planu. Planu, który był przecież znany od samego początku, którego nikt nie taił, wręcz przeciwnie – chwalono się tym pomysłem szeroko, a wreszcie programu, którym duet dyrektorski wygrał poprzedni konkurs. Jeśli więc wykonał go tak ściśle, dziwi jego niska ocena.

5.

Problem jednak nie w samym konkursie, ale w jego wyniku. Jestem w stanie zgodzić się z tymi, którzy (krytykując protestujących) twierdzą, że ów sprzeciw środowiska teatralnego – w tym: zespołu teatru – nie bierze się z błędów procedury konkursowej, ale z niezadowolenia z wyniku, mówiąc wprost: nie wygrał ten kandydat, który miał wygrać. Sądzę podobnie, tyle że nie mówię tego z przekąsem, ale z przekonaniem. Powiedziałbym więcej: nie wygrał ten kandydat, który wygrać powinien. Małe różnice są najważniejsze i najciekawsze, prawda?

Doceniając doświadczenia Łukasza Gajdzisa – te reżyserskie i dyrektorskie – nie mogę twierdzić, że porównanie osiągnięć Pawła Wodzińskiego i Łukasza Gajdzisa nie premiuje tego pierwszego. Dostrzegam różnicę wieku, ale nie jest winą Pawła Wodzińskiego, że jest aktywny w tej dziedzinie dłużej; na dodatek jest na tym polu aktywny jako reżyser, dyrektor, eseista (dodam, bo to rzadko doceniana sfera jego działalności, bardzo dobry eseista). Łukasz Gajdzis wygrywa konkurencję na stopnie naukowe, co – mimo że to bardzo doceniam – w tym przypadku nie jest najważniejsze.

Może to też dobry moment, żeby przypomnieć tym wszystkim, którzy wypominali bydgoskiemu teatrowi zapomnienie klasyki i stronienie od wielkich tekstów, że to właśnie Paweł Wodziński wyreżyserował w czasie swojej dyrekcji trzy spektakle oparte na niezaprzeczalnie dużych tekstach: Thermidora Przybyszewskiej, Samuela Zborowskiego Słowackiego i Grona gniewu Steinbecka, z czego pierwsze dwa były realizacjami wspaniałymi, najlepszymi przedstawieniami ostatnich dwóch sezonów.

6.

Wydaje się więc, że pretendent, który mierzy się z aktualnym posiadaczem tytułu, musi z nim wygrać wyraźnie, musi zachwycić (proszę wybaczyć, że posiłkuję się tu taką bokserską metaforą). Tu nie ma o tym mowy.

Jeśli czymś mógł wygrać ten pojedynek Łukasz Gajdzis, to obietnicą poszerzenia widowni i zwiększenia frekwencji. To argument bardzo niepewny i niesprawdzalny. Żeby go traktować poważnie, należałoby dysponować dokładniejszymi danymi. Jeśli istotnie frekwencja spadła, co miało na to największy wpływ? Trzeba by porównać wahania frekwencji zarówno z frekwencją innych instytucji (a i tu nie ma żadnych prostych przełożeń) zarówno w mieście, jak i w regionie, i kraju. Trzeba też te wyniki widzieć na szerszym tle: społecznym, ekonomicznym, demograficznym. Inaczej rozmawiamy o uczuciach, odczuciach, przypuszczeniach. Nie sposób na nich opierać tak kluczowych wyborów, jak wybór dyrektora instytucji.

Frekwencja to zresztą niezwykle skomplikowana kwestia, która prowokuje do postawienia wielu pytań. Czy miastu (tym słowem określam to, co zwykle określa się słowem wywołującym ból zębów: włodarze) zależy na wyniku frekwencyjnym bardziej niż na promocyjnym aspekcie instytucji kultury i czy istnieją okoliczności, w których można poświęcić jeden aspekt na rzecz drugiego? Nie mam gotowych odpowiedzi na te pytania, ale dobrze byłoby uczynić z nich temat poważnego namysłu.

7.

Bydgoska sytuacja różni się od wrocławskiej, ale to nie znaczy, że nie powinniśmy się na wrocławskim doświadczeniu uczyć. Uczyć powinni się aktorzy, by dostosować skalę i formy protestu do realnych zagrożeń, powtórzę: Bydgoszcz nie jest Wrocławiem, Gajdzis nie jest Morawskim, Wodziński nie jest – i całe szczęście – Mieszkowskim.

Ale nie tylko oni. Warto spojrzeć na cały system kultury miejskiej nieco szerzej, nie szafując przesadnie argumentem jednej (jedynej) sceny teatralnej w mieście. Na program teatru warto także spojrzeć szerzej w kontekście tego, co dzieje się w Polsce, ale też – jak sam chciał tego teatr – w Europie i na świecie. Warto docenić zmieniony Festiwal Prapremier, który zyskał doskonałe oblicze pod nową dyrekcją i jest znakiem możliwości organizacyjnych teatru oraz wyznacza – jak się wydaje – horyzont formalnych i tematycznych poszukiwań.

Jest on zresztą zgodny, co wszystkim wypada chyba przypomnieć, z tym, co zapisane zostało w „Bydgoskim Pakcie dla Kultury”:

Kultura jest dobrem wspólnym. Tworzy przestrzeń otwartą na różnorodność myśli, poglądów i postaw obywatelskich. Władze samorządu Bydgoszczy będą wspierać twórczość krytyczną, eksperymentalną, skierowaną do obywateli o różnych światopoglądach i upodobaniach, będąc gwarantem wolności artystycznego wyrazu.

A wszystkim – bez wyjątku, także teatrowi – warto przypominać nieustannie dokument, o którym wszyscy zbyt rzadko chyba pamiętamy, a który jest (bardzo użytecznym i bardzo pięknym) drogowskazem dla rozwoju miejskiej kultury, „Agendę 21 dla kultury”:

Miasta oraz obszary lokalne stanowią uprzywilejowane środowisko dla stale ewoluującej inwencji kulturalnej oraz kreatywnej różnorodności, gdzie spotkanie pomiędzy tym, co różne i inne (pochodzenie, wizje, wiek, płeć, grupy etniczne oraz klasy społeczne), stanowi element umożliwiający pełny rozwój człowieka. Dialog pomiędzy tożsamością oraz różnorodnością, tym, co indywidualne i grupowe, jest istotnym czynnikiem niezbędnym do zagwarantowania globalnego obywatelstwa kulturalnego, jak i przetrwania różnorodności lingwistycznej oraz rozwoju kultur.

Działy:
Michał Tabaczyński

Michał Tabaczyński

Redaktor naczelny BIK.

Polonista, dziennikarz, slawista, autor kilku książek (Parada równości, Koniec zabawy w pokolenie) i współautor kilku innych (Tekstylia bis, Kultura niezależna w Polsce 1989-2009).

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start