Małe Formy – Wielkie Kreacje

Krystyna Janda, jako Shirley Valentine Krystyna Janda, jako Shirley Valentine Fot. Adam Kłosiński

Piękna Janda, demoniczny Pszoniak, śpiewający Opania i brawurowa Pietrzyk. Tak w skrócie można by opisać pewien marcowy tydzień, który zafundował nam Impresariat Artystyczny itd. do spółki z Miejskim Centrum Kultury w Bydgoszczy. Skrót zresztą jest tu chyba dobrym określeniem, bowiem tydzień ów trwał był w ramach cyklu Małe Formy – Wielkie Kreacje 2017.

Zacząć trzeba od tego, jak bardzo fortunna i pojemna jest to nazwa. W założeniu bowiem cykl ten ma przedstawiać bydgoskiej publiczności monodramy wybitnych polskich aktorów, jednak brak słowa „monodram” w tytule daje tu pewne pole do manewru, którym w tym roku był choćby śpiewany recital Mariana Opani. No, ale po kolei…

Krystyna Janda – Shirley Valentine

Wszystko zaczęło się mocnym akcentem w gmachu Opery Nova. Nic dziwnego, bowiem pełna sala udowodniła, że nazwisko Krystyny Jandy niezmiennie działa na publiczność jak magnes. Puste krzesła można było liczyć na palcach jednej dłoni. I dobrze, bo rola Shirley to jedna z najbardziej popisowych kreacji pani Krystyny. Monodram to dość długi (przeszło dwie godziny) i niezwykle wymagający. Dla aktorki, bo publiczność (zakładam, że jest tak za każdym razem) bawi się na nim przednio, co rusz przerywając artystce salwami śmiechu. Ta ostatnia widocznie jest do tego przyzwyczajona, bo fantastycznie wplata w swój występ zmyślne pauzy, zmysłowo puszczając oko do publiczności. Ale generalnie to ma ona przy tym masę pracy, którą – mam nadzieję – wynagradzają jej owacje na stojąco. Owacje zasłużone, bo metamorfoza, jaką sceniczna Shirley przechodzi na naszych oczach, jest naprawdę powalająca, z bólem stóp (od nowych butów) włącznie, który jest tak zagrany, że udziela się chyba wszystkim. Kawał solidnego aktorstwa, świetny monodram, w którym jedyne, co mnie lekko uwierało, to… tekst. Tak, mnie – delikatnie mówiąc – nie wszedł. Ale może dlatego, że mnie on kompletnie nie dotyczył. Mój prywatny związek nie ma nic wspólnego z tym, o którym opowiada Shirley, i pewnie dlatego trudno było mi w ten spektakl wejść, odnaleźć się w nim, poczuć go całym sobą. Co nie zmienia faktu, że ogrom pracy Krystyny Jandy doceniam, a każdemu z Państwa, kto Shirley Valentie nie widział, a będzie miał okazję, gorąco polecam. Nie zawiedziecie się.

Wojciech Pszoniak – Belfer

Totalnie inny spektakl, zupełnie inna tematyka i skrajnie różne środki aktorskie. Choć to wciąż monodram. Oczywiście również z tekstem Belfra nie utożsamiam się kompletnie (to historia nauczyciela z wieloletnim doświadczeniem, który pod wpływem impulsu, niczym Walter White z Breaking Bad, zszedł na złą drogę i zrobił coś strasznego – nie powiem Wam, co, żeby nie zepsuć zabawy), co nie zmienia faktu, że tym razem uwierzyłem! Do tego stopnia, że przez dobre pół spektaklu zastanawiałem się, czy przypadkiem Wojciech Pszoniak nie opowiada nam ze sceny własnych historii z dzieciństwa. Nie opowiadał. Ale robił to tak znakomicie, że pewnie zwiódł niejednego widza. Pan Wojciech aktorem jest wybitnym. Dość powiedzieć, że podczas tych kilkudziesięciu minut na scenie staje się przynajmniej tuzinem postaci – za każdym razem zmieniając ton głosu, mimikę, gesty. A to przecież wciąż opowieść jednego człowieka, jednego belfra! A te postaci to tylko dygresje, wspomnienia, przykłady. Genialny spektakl, miejscami przerażający czy wręcz demoniczny, choć niepozbawiony poczucia humoru, takiego nierubasznego, raczej dyskretnego, wplecionego między wierszami. Pozycja obowiązkowa!

Moje fascynacje – recital Mariana Opani

Na tę formę czekałem najbardziej. Gdy tylko zobaczyłem w programie tegorocznych Małych Form śpiewającego Mariana Opanię, wiedziałem, że muszę tego doświadczyć. Aktora uwielbiam za tak wiele ról w klasycznych polskich filmach, że „BIK-u” by nie wystarczyło, aby wymienić je wszystkie (bo każdą musiałbym okrasić cytatem, który zwala z nóg). Nigdy jednak nie miałem okazji zobaczyć go na żywo, tym bardziej w odsłonie muzycznej, która – wnosząc po kilku wspomnianych filmach – od razu wydała mi się nad wyraz atrakcyjna. Nie zawiodłem się! Raz, że Marian Opania ma świetny głos; dwa, że jako aktor – w moim mniemaniu – wybitny „dogrywa” do treści tak subtelne, a genialne gesty, że czapki z głów; a trzy wreszcie, że repertuar, w którym się prezentuje, nie mógłby być lepszy. Podczas przeszłodwugodzinnego (z czego dobre 40 minut to bisy!) koncertu Opania mierzy się z twórczością takich artystów jak Jacques Brell, Marian Hemar, Włodzimierz Wysocki, Wojciech Młynarski, Bułat Okudżawa czy Antoni Słonimski, wybierając z niej (tej twórczości) prawdziwe perełki. Pomyślcie Państwo, o tekściarzach jakiej klasy my tu rozmawiamy, dodajcie do tego fizis i zdolności aktorskie Mariana Opani i powiedzcie, czy nie brzmi to jak mieszanka wybuchowa? A do tego cała masa gagów, żartów i anegdot, którymi artysta dzieli się non stop, rozbawiając publiczność do łez. Powiem tak – zazwyczaj dwie godziny w kinowym czy teatralnym krzesełku są swoistą torturą dla pewnych partii mojego ciała, tym razem jednak w ogóle o partiach tych nie myślałem, klaszcząc głośno z nadzieją, że to nie koniec, że recital ten trwał będzie jeszcze pół godziny i jeszcze, i jeszcze… 
Coś pięknego, mówię Wam, 
„cukierki dla panienki mam”.

Katarzyna Pietrzyk – Kobieta. Istnienia poszczególne

Propozycja Teatru Witkacego była dla mnie największą niewiadomą. Co prawda treść monodramu – „kobiety Witkacego” – brzmiała niezwykle intrygująco, jednak – przyznaję bez bicia – nazwisko Katarzyny Pietrzyk nie mówiło mi kompletnie nic. Zero, brak danych, choćbym grzebał we wspomnieniach cały dzień. Kompletnie nie wiedziałem, czego się spodziewać i czy przypadkiem nie będzie to spektakularna klapa, która zrujnuje mój zachwyt nad tym tygodniem z Małymi Formami. Na szczęście odwagi (i sił, wszak był to ostatni punkt tego monomaratonu) mi nie zabrakło i postanowiłem to sprawdzić. Przez dobrze 30 minut spektaklu żałowałem (a przynajmniej tak mi się wydawało). Aktorka irytowała mnie tak niemiłosiernie, że nie mogłem przestać się wiercić, a przez to dręczyć, że przeszkadzam pozostałym widzom. Nic jednak nie mogłem na to poradzić, myślałem o ucieczce. I nagle ta irytacja ustała, uleciała, zniknęła, jak gdyby w ogóle jej tam nie było. I wtedy zdałem sobie sprawę, że to gra, niezwykle brawurowa gra! Że to nie Katarzyna Pietrzyk mnie irytuje, tylko postaci, w które się wciela. I robi to tak sugestywnie, że mnie aż rozsadza od środka. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz doświadczyłem czegoś takiego, że tak bardzo dałem się zwieść. Trzeba przyznać, że Kobiety… okazały się idealnym zwieńczeniem tego cyklu – spektakl niezbyt głośny (na pewno nie tak, jak te, które go poprzedziły), wykonywany przez nieznaną aktorkę (na pewno nie tak znaną jak Janda, Pszoniak czy Opania), a jednak niezwykle spektakularny, sugestywny, świetnie napisany i znakomicie zagrany. Naprawdę wielkie brawa! Z niecierpliwością czekam na kolejne edycje.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy BiK w podróży Kwiecień 2017 Małe Formy – Wielkie Kreacje