dziennik podróży w miejscu (5): Sypie się kłos dojrzały

Michał Tabaczyński Michał Tabaczyński Fot. Dariusz Gackowski

To może być jeden z tych magicznych momentów, nie mam wątpliwości – wszystkim oczywistym aspektom wyjątkowości tego zdarzenia sprzyja jeszcze i ten: pojedynczy, specjalny seans. Kto rzecz wymyślił w ten sposób, szatańską się – za przeproszeniem – wykazał przebiegłością. Nie w celach reklamowych to odnotowuję, bo impreza już dawno jest wyprzedana. Zdarzają się takie sytuacje, czasem dotyczy to kultury, a czasem czegoś, co kulturę symuluje. Tak czy inaczej – impreza się wyprzedała. Jaka? Pokaz specjalny filmu Zerwany kłos. Nie przepełnia mnie to zdumieniem, ale smutkiem, skoro jest przyczyną takich zdarzeń, jakie zaraz opiszę.

W kasie kina Orzeł dzwoni telefon, a w słuchawce odzywa się głos statecznej (poznać po tembrze) damy: 
– Dzień dobry – mówi ten głos na powitanie. – Dzień dobry, ja dzwonię w sprawie wyjątkowego seansu wyjątkowego obrazu, który ma się odbyć u państwa w kinie. Czy istnieje możliwość rezerwacji biletów na Zerwany kłos
– Dzień dobry – na powitanie odpowiada aksamitnym głosem odpowiedzialny za rezerwacje młodzieniec. – Chociaż właściwie niezbyt dobry, szczególnie dla szanownej pani, bo, niestety, nie ma takiej możliwości. Seans jest wy-prze-da-ny.
– Ach, szkoda, no, jaka szkoda – konstatuje dama. – Kto to wymyślił? – pyta, jakby nie zauważała zawartej w tym zapytaniu sprzeczności – kto to wymyślił, żeby takie wyjątkowe wydarzenie odbywało się tylko raz?
– Ale pocieszę panią – młodzieniec odpowiedzialny za rezerwacje próbuje wybrnąć z pułapki, nie zdradzając personaliów tej nieszczęsnej osoby odpowiedzialnej za ten nieszczęsny pomysł – bo ten film u nas tylko na jednym pokazie wyświetlany trafi wkrótce również do sieci kin, więc nie ma obaw, na pewno uda się go pani obejrzeć. 
– Wiem o tym, proszę pana – odpowiada lodowato stateczna dama – wiem o tym dobrze, ale ja bym jednak chciała ten film obejrzeć w POLSKIM kinie!

Osłupienie, dezorientacja, wstrząs? A skąd. Ze wszystkich nieskończoności to ta nieskończoność czasów, które tego typu postawy odesłały w niebyt, okazała się najbardziej krucha. Ostatnia popularność tego rodzaju przeświadczeń odbiera stanowisku owej statecznej damy walor oryginalności (czyżby jedyny z walorów? tak ośmielam się sądzić).
Tak, tak, coraz rzadziej budzi zdumienie ten śmiały pogląd, wedle którego dla polskiego podniebienia najlepsze są płody polskiej ziemi, dla polskiej skóry najlepsze są okrycia z polskich tkanin, dla polskich zaś płuc najlepsze jest powietrze polskich miast. Czujecie w tym Państwo rewolucyjny żar, przewrotną zasadniczość i obsesyjną wojowniczość? Cokolwiek czujecie, musi być to woń wyrazista i ostra.
Ale, ale, mam dla Pani, stateczna damo, wiadomość raczej przykrą. Polskość kina Orzeł zdaje mi się co nieco podejrzana. Owszem, powstało już w polskiej Bydgoszczy, ale zanim je ochrzczono tym arcypolskim mianem, nosiło nazwę Oko, później – kosmopolityczne imię Kapitol (a także, co za pech, Capitol, kiedy to wyświetlano tam wyłącznie filmy okupanta). Na dodatek tę arcypolską nazwę nadano kinu już po upaństwowieniu w czasach obcego protektoratu. Ale i dzisiaj, zdradzę Pani w tajemnicy, mało jest polskie. Cały obiekt przebudowano za pieniądze z Unii Europejskiej i samo to już powinno popsuć Pani humor. Na dodatek ekran mamy z Czech i prawdziwi Czesi przyjeżdżają go tutaj serwisować (nie, nie są to Madziarzy, są to na pewno Czesi – pech goni pech, no). Nagłośnienie mamy z Niemiec. A projektor… Może lepiej, żeby Pani nie wiedziała, skąd jest projektor.
Co do pracowników instytucji, która kino prowadzi – tłumię teraz głos aż do szeptu – też mam podejrzenia. Różne. Weźmy – Prus: czy to jest polskie nazwisko? Na dodatek pochodzi z Wrześni i mało jest prawdopodobne, żeby brał udział w strajkach wrzesińskich dzieci. Czyli raczej wiadomo. Nikt nie jest pewny, wie Pani, nawet ja sam siebie nie jestem pewny, właściwie – ja siebie nie jestem pewny w sposób szczególny. Odkąd przeczytałem pewien wiersz (zaczynający się od słów: „W pół jest Żydem, w pół Polakiem”), poczułem, że to może być o mnie, a poczucie było silne i się nadal utrzymuje (tym bardziej że wierszyk kończy się frazą: „Lecz za to całym łajdakiem”, co mnie utwierdza w tym przeczuciu). Autora nie wymienię, bo też podobno nie całkiem Polak. A nie chcę Pani przydawać powodów do smutku. Dość, że po obcych kinach się będzie Pani musiała wałęsać. Za przeproszeniem.

Michał Tabaczyński

Michał Tabaczyński

Redaktor naczelny BIK.

Polonista, dziennikarz, slawista, autor kilku książek (Parada równości, Koniec zabawy w pokolenie) i współautor kilku innych (Tekstylia bis, Kultura niezależna w Polsce 1989-2009).

Więcej z tym numerze: « zugzwang (47): Boska Thais

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy BiK w podróży Marzec 2017 dziennik podróży w miejscu (5): Sypie się kłos dojrzały