przez rude okulary (29): Będzie pan zadowolony…

Szymon Andrzejewski Szymon Andrzejewski Fot. ZbyZiel

„Do roboty, ująć młoty, kuć ojczyźnie gmach!” – zdanie to zawsze wydawało mi się trochę śmieszne, powtarzałem je więc, kiedy trzeba było podnieść szanowne cztery litery (dlaczego szanowne, nie za bardzo rozumiem, ale się utarło, więc powtarzam) i przystąpić do wykonawstwa tego, co się akurat wykonawstwa domagało. Nie odczuwałem nigdy zbyt intensywnie potrzeby posiadania rzeczonej w zdaniu pierwszym roboty, gdyż tak się akurat moje istnienie w tej formie, co ją można czasami na ulicy dostrzec, kształtuje, że wykonuję to, co bym i tak wykonywał, nawet gdyby dali się w końcu przekonać, że będę to robić za darmo. Upierają się jednak i przelewają systematycznie, więc nie chcąc im robić przykrości, przyjmuję i jak najszybciej wydaję. O pracy więc (jak się pewnie już Państwo szanowni zorientowali) w miesiącu marcu, co pozostaje bez związku z czymkolwiek absolutnie.

Graliśmy. Niejednokrotnie i w rozlicznych lokacjach. W miastach, miasteczkach, wsiach, zagajnikach, na polanach, kolanach, odciętych w połowie autobusach, stacjach benzynowych, w sylwestra, urodziny, u rodzin, dla wszystkich, dla wybranych, dla niewielu, a raz nawet dla nikogo. Przez prawie 15 lat zarabiałem na placki ziemniaczane i dyskografie pełne lub nie, zdzierając gardło i trampki oraz niejednokrotnie wspomniane już wcześniej kolana w miejscach, o których czasami nawet śnią filozofowie, ale potem dochodzą do wniosku, że zupełnie niepotrzebnie. Kiedyś miotnęło nas na północ Polski i graliśmy w wielkiej dyskotece, w której naprzeciwko nas była tzw. DJ-ka, co akurat przybrała formę lokomotywy. Tamtejsze dejoty okazały się dość niekulturne, więc wywiązała się pyskówka zakończona stwierdzeniem: „Do roboty, grajki!”, oraz informacją zwrotną, że: „Do roboty to chodzą maszyniści. Muzycy natomiast chodzą do pracy”. Pojawił się nóż i pochód przez salę połączony z gwałtowną rearanżacją wnętrza. Jako że przemarsz ten wziął azymut na zajmowaną przez nas scenę, to pojawił się mój gitarzysta (mały nie jest), ubrany werbalnie w zdanie: „Te, Misiu, weź te sztućce i chodź tu”, które to uwolnił na przestwór miniówek i przesadnych makijaży za pomocą mikrofonu i elektryczności. Efekt przerósł najśmielsze cokolwiek i mogliśmy spokojnie powrócić do wykonywania utworów. Taka sytuacja. Choć to już akurat chyba passé.

Żywot tułaczy na długie cztery wiosny wyłączył ze społeczeństwa na tyle skutecznie, że jak się wynurzyłem z pociągającej, ale też ułatwiającej szybkie utonięcie cieczy, to trzeba było parę złotych (nie, nie chcecie wiedzieć) oddać: na szczęście jeszcze kolegom oraz znajomym i, co gorsza, instytucjom. Ciecz z sierści otrząsnąwszy począłem poszukiwać zajęcia i jeżeli ktoś mi powie, że w tym mieście nie ma pracy, to mu nic nie zrobię, ale będę wiedzieć, komu nie wkładać ziarnka grochu pod poduszkę. Wyposażony w dyplomy i zaświadczenia rozpocząłem od roznoszenia ulotek maści wszelakiej. Zajęcie to nauczyło mnie kilku rzeczy. Wszystkie owe nauki są mi do dzisiaj przydatne. Dowiedziałem się, że jak się wstaje wcześniej niż wcześniej, to się więcej zrobi. Że plecak jest najwygodniejszą formą przenoszenia czegokolwiek. Że nie należy się wstydzić rękawiczek w lipcu, jeśli ma się delikatną skórę. Że delikatna skóra szybko jest w stanie okrzepnąć i stwardnieć. Że praca fizyczna daje mnóstwo przyjemności, a w mieście daje też możliwości do przeżywania historii. Że ziemniak ciśnięty z czwartego piętra jest bolesny. Że czasami naprawdę nie zna się swojego osiedla, jeśli się go nie widzi o bladym świcie. Że matka jest. Zawsze. =

Byłem ostatnio na koncercie. Podmiot wykonawczy zwał się Tomasz Organek i mam nadzieję, że nadal tak się zwać będzie. Malkontenctwo narzekało, że tu słychać ten zespół, a tam jakiś inny i że to nic nowego, i że produkt, i że coś tam. Nie za bardzo rozumiem, po co się przychodzi na koncert, który od wejścia chce się skrytykować. Zostawmy to. Malkontenci będą nosem kręcić. Zawsze. Ja widziałem 40-latka, który tak sprawnie posługiwał się swoimi narzędziami, że tłum na widowni był absolutnie nie na sali koncertowej, tylko w balonie unoszącym się w powietrzu i wypełnionym po brzegi swe gumowe atmosferą. Widziałem artystę przy pracy sprawiającej mu tyle radochy, że pewnie jakby mu nie płacili, to też by to robił. Bo musi. Bo inaczej by eksplodował. Widziałem w końcu dowód, jego lot i trajektorię, i przechwyt. I uśmiech.

Niezależnie co się robi. Jaki wykonuje się zawód i jakich używa się do tego narzędzi oraz miejsc. Niezależnie od tego, czym ten dowód jest: premią, zadowoleniem, sukcesem, uśmiechem, okrzykiem radości, kasą za nadgodziny, szczęśliwym zmęczeniem, kartką z podziękowaniami za doznania czy czym tam chcecie, żeby był.

W pracy chodzi o to, żeby od czasu do czasu na scenie wylądował stanik.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Marzec 2017 przez rude okulary (29): Będzie pan zadowolony…