literacki flâneur (8): Nie sądźmy po okładkach

Emilia Walczak Emilia Walczak

Ostatnio natknęłam się na dwa wydawnictwa o iście kuriozalnych okładkach. Nie ukrywam – ja się trochę w kiczu lubuję, więc zamiast snobistycznie od razu odwrócić od nich z pogardą swój wzrok i absolutnie po nie nie sięgać, postąpiłam zupełnie odwrotnie, z łapami wręcz rzucając się na nie z przeciągłym okrzykiem „oooch!”. Pierwszym z nich była debiutancka książka totalnie zapomnianej już dziś pisarki, Irmgard Keun, zatytułowana Lili – jedna z nas z 1931 roku. (Okładka lilaróż z panią rodem z magazynu „Naj” A.D. 1993). Warto zaznaczyć, że Lili ukazała się, gdy Keun była bardzo młoda (miała wówczas dopiero 21 lat) i w zaledwie dwa lata po tym, jak za namową Alfreda Döblina na poważnie wzięła się za pisanie, porzucając raz na zawsze karierę stenotypistki. Co szczególnie uderza podczas lektury, to, po pierwsze, wyrazisty styl – rzecz jakże rzadka w przypadku miałkich najczęściej i asekuranckich debiutów kobiecych tamtych lat, a po drugie – trzeźwość spostrzeżeń i zdecydowany, cierpki, światopogląd tak młodej przecież dziewczyny. Keun zdaje się absolutnie wyzbyta złudzeń co do otaczającej ją rzeczywistości, swoimi gorzkimi obserwacjami obdarzając powieściową Lili – swe niewątpliwe porte-parole (zresztą, autorka wielokrotnie mówiła potem o Lili jako o autobiografii). Przytoczę kilka cytatów, dokumentujących proces dojrzewania głównej bohaterki i tracenia przez nią klapek na oczach: „Coś się w Lili załamało tej nocy – Ach, dobrze jest mieć kogoś, dobrze kogoś kochać. Ale być zakochanym, tak prawdziwie, to udręka. Powinno istnieć na to jakieś lekarstwo. Człowiek jest jakby wydrążony wewnątrz, odgrodzony od ludzi i rzeczy, ślepy i głuchy na otaczającą go rzeczywistość – wszystko staje się obojętne”; „I mała Lili obejmuje przyjaciółkę, całuje jej twarz, szyję, ma tak gorące usta. – Mała głuptasko – mówi Olga i lubi Lili, jak wszyscy ludzie tęskniący za słońcem kochają taką smutną żarliwość”; „Lepszy ostry ból niż ta pełzająca tęsknota”; „Być człowiekiem to znaczy być samotnym. Trzeba nauczyć się być człowiekiem, trzeba wiedzieć, że ceną każdego uśmiechu są tysiące wylanych łez, trzeba wiedzieć, że za jedną godzinę szczęścia płaci się tysiącami godzin bólu…”; „Jestem strasznie niemoralna, Pit. Brak mi zrozumienia. Tam, gdzie inni mają moralność, u mnie jest pusta dziura”.

Tłumacz Lili – jednej z nas, Jan Koprowski, znany autor przekładów na język polski książek Josepha Rotha (notabene, partnera Keun w latach 1936–1938), napisał w posłowiu, że „[c]echą wyróżniającą [jej] twórczość i sprawiającą, że jej książki cieszą się wciąż zainteresowaniem, jest powszedniość życia bohaterów. Nie ma tu egzystencjalnego ciężaru przeżyć w piekle ludzkim, nie ma frustracji, alienacji […]. Są to ludzie zwyczajni, mają zwyczajne życie, dążenia i tęsknoty. A wszystko to przyprawione humorem, prostotą, wdziękiem. Nawet gdy Irmgard Keun opisuje nieszczęścia i klęski, nie dramatyzuje ponad miarę i nie otwiera wrót kosmicznej katastrofie”. W ten sposób pisarstwo Keun, mimo zmieniającego się wokół sztafażu, posiada cechy uniwersalne, a w książkowej Lili możemy przejrzeć się dziś, po 86 latach od premiery, jak w lustrze. W końcu – jest jedną z nas.

Niestety, mam dla Państwa smutną wiadomość: nikt z nas nie jest tak naprawdę niepowtarzalny. Naszymi myślami i postępowaniami kierują od wieków te same schematy, z istnienia których doskonale zdają sobie sprawę obznajomieni w tej „alchemii” psychologowie i psychiatrzy. Tylko nam samym wydaje się, że nikt inny: nie kocha tak jak my, że „ta miłość jest wyjątkowa”, że „umieram z żalu po stracie, ale nikt tego nie pojmie, bo NIKT nie czuje tak wiele jak JA”. Otóż nie. I jeśli nie przekonuje Państwa trącąca myszką i melodramatem zakurzona powieść jakiejś babci z Berlina, to zaproponuję teraz coś z zupełnie innej… półki. A dokładniej – z półki z winylami w miłej Księgarni63 w podbydgoskim Osielsku. Wstyd się przyznać, ale chodzi mi tu o czwarty album brytyjskiej grupy Dead Or Alive z 1988 roku, Nude. (Reakcja koleżanki na okładkę: „To jest mężczyzna czy kobieta?”. Dyplomatycznie odpowiedziałam, że po prostu Pete Burns). To smutne dla ucha, ale zespół bezpowrotnie zboczył już wtedy na drogę eurodance’u, a trzeba pamiętać, że pod koniec lat 70., jako Nightmares In Wax, zaczynał od rocka gotyckiego! Ale zważmy na teksty, nielicujące zupełnie z „wesołą muzyczką” im towarzyszącą. Wśród nich mój faworyt – I Cannot Carry On, z przejmującym fragmentem refrenu: „Każdy dzień jest taki sam / Kiedy nie jestem z tobą / Znowu jest zima i nie ma nic do roboty”. Oczywiście, po angielsku, kiedy się rymuje, brzmi to o niebo lepiej, ale, koniec końców, czy to angielski, niemiecki, czy polski – to esperanto uczuć jest dla wszystkich absolutnie zrozumiałe. Bo Pete Burns też był jednym z nas.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Marzec 2017 literacki flâneur (8): Nie sądźmy po okładkach