Gitara za pięć dolców

Ze Zdzisławem Pająkiem, o jego najnowszej książce Jimi Hendrix: Szaman rocka, rozmawia Marcin Szymczak.


Jimi Hendrix: Szaman rocka to w pewnym sensie książka, która powstała na zamówienie społeczne…
No, można tak powiedzieć. Może nie zamówienie. To było raczej zapytanie. Osiem lat temu, gdy ukazała się książka o Claptonie, druga zresztą z tego cyklu – Eric Clapton: Pielgrzym rocka – i była promocja tej książki w Ostrowie Wielkopolskim na festiwalu Jimiway, poświęconym Hendrixowi i bluesowi ogólnie, twórca tego festiwalu Benedykt Kunicki zapytał: dlaczego nie Hendrix? I wtedy powiedziałem sobie: czemu nie? W Polsce do tej pory nie ukazała się książka poświęcona Hendrixowi tak obszerna, więc zacząłem dobierać materiały, najczęściej w języku angielskim. Materiał pęczniał. W tak zwanym międzyczasie padł mi laptop i wiele materiału straciłem… Musiałem go potem odkopywać na nowo. 1 stycznia 2016 zacząłem pisać.

Wspomniałeś wcześniej o 35 biografiach Hendrixa. A jakie jeszcze materiały znalazłeś i gdzie ich trzeba było szukać?Sporo materiałów prasowych jest. Na przestrzeni ostatnich 50 lat ukazało się ich wiele. Lepsze lub gorsze. Krótsze lub dłuższe. Wywiady, rozmowy, eseje, etc., etc. Do tego jeszcze mnóstwo różnego rodzaju filmów i materiałów audio, czyli wywiadów z Hendrixem. Także materiał związany z ludźmi, którzy mieli z Hendrixem kontakt, z jakimi udało mi się porozmawiać. To trafi do tomu drugiego…

A możesz zdradzić, jacy to ludzie, z którymi udało się porozmawiać? Nazwiska?
Ian Anderson z Jethro Tull, Gary Brooker, brat Jimiego – Leon Hednrix…

Kiedyś w jakimś wywiadzie jeden z muzyków grunge’owych powiedział, że jak się mieszkało w Seattle w latach 80.–90., to pochodzący stąd Jimi Hendrix był dla nich jedynym powodem do dumy, bo tak, to tylko przemysł, zimno i pada. Jakim miastem było Seattle, gdy na świecie pojawił się Jimi Hendrix? Jakie miał perspektywy rozwoju? Jak to się stało, że sięgnął po gitarę?
Jimi Hendrix wychowywał się bez matki, a ojciec intensywnie pił. Ta rodzina była bardzo biedna, można nawet powiedzieć – patologiczna, więc Hendrix chciał się z niej wyrwać. Po drugie, bardzo ekscytowało go radio, zwłaszcza programy z czarną muzyką. Po trzecie, muzyka, która rozbrzmiewała w domu, przede wszystkim płyty bluesowe. Potem śmierć matki i to, co się zaczęło dziać na świecie, a więc rock’n’roll, Elvis Presley… To były główne przyczyny tego, że Jimi zaczął grać, na początku na bardzo słabej gitarze, tak że po paru próbach stwierdził, że nie da rady. Odłożył ją, dopóki nie usłyszał w radiu nagrania Chucka Berry’ego Johnny B. Goode, które opowiada o chłopaku takim, jak Hendrix, gdzieś z dalekiej prowincji. A Seattle to była wtedy bardzo głęboka prowincja.

Wiemy już o pierwszej gitarze Hendrixa…
Pięć dolarów kosztowała!

Pomówmy o najbardziej głośnych współpracownikach Jimiego.
Na przykład Tina Turner, która wtedy występowała z Ike’em, ówczesnym swoim mężem. Jimi dołączył do nich na kilka koncertów, niektórzy mówią, że na trzy. Ale nie występował pod swoim nazwiskiem, tylko pod pseudonimem.

A Little Richard?
To postać kultowa i zasłużona dla muzyki rock’n’rollowej, choć niebudząca sympatii. Little Richard twierdził, że był pierwszą osobą, która zauważyła, że Jimi ma talent. Jimi wolał jednak grać swoją muzykę, a nie to, czego Little Richard od niego wymagał.

Kto nie poznał się na talencie Jimiego Hendrixa?
Oj, wielu. Między innymi Arthur Lee z grupy Love z Kaliforni.

Co tak naprawdę było przełomem w karierze Hendrixa? Ta jego droga do kariery to była droga…
…przez mękę! Praktycznie rzecz biorąc, momentem przełomowym było przeniesienie się w Nowym Jorku z Harlemu do Greenwich Village i granie w tamtejszych klubach dla białych. Afroamerykanów muzyka Hendrixa nie interesowała, była zbyt odlotowa, zbyt odjazdowa. Poznali się na niej dopiero biali słuchacze, a zwłaszcza słuchaczki. Jimi spotykał na swojej drodze bardzo wiele kobiet i bardzo wiele im zawdzięczał. Dzięki nim chodził w czystych ubraniach, one także często załatwiały mu koncerty. Na przykład Linda Keith, ówczesna dziewczyna Keitha Richardsa z The Rolling Stones, się nim zafascynowała. Pożyczyła gitarę od Keitha i… dała ją Hendrixowi.

W Greenwich Village można było wtedy spotkać innego młodego wykonawcę – muzyki folkowej – niedawnego laureata Nagrody Nobla. Bob Dylan to też była chyba inspirująca postać dla Jimiego Hendrixa?
Wpływ Dylana na Hendrixa był ogromny, i to zarówno jeśli chodzi o muzykę, jak i o teksty. Jimi twierdził, że napisał wówczas kilkaset tekstów inspirowanych Dylanem, tyle że wszystkie pogubił w hotelach, z których musiał uciekać, nie mając pieniędzy na opłacenie noclegu…


Całość wywiadu z 7 listopada ub.r. dostępna jest w formie podcastu na stronie Radiokultura.pl. <- po kliknięciu w aktywny likn rozpocznie się pobieranie.


 

BIK

BIK

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy Kultura Luty 2017 Gitara za pięć dolców