przez rude okulary (28): Moim zdaniem nie wiem

Szymon Andrzejewski Szymon Andrzejewski Fot. ZbyZiel

Postaram się. Ogólnie. Jednak głównie, żeby ten tekst nie wił się meandrami zdań jak dżdżownica po deszczu, tylko żeby w miarę sprawnie dostarczył przekaz, który dostarczyć ma, i odszedł z podpisanym potwierdzeniem odbioru. Eeee… no i się nie udało. Gdybym miał jednak liczyć, ilu obietnic nie udało mi się dotrzymać, to siedzielibyście, drodzy czytający, nad styczniowym „BIK-iem” do marca. Albo i dłużej. Szczenięce lata mam tu na myśli, bo w dojrzałości jakoś okrzepłem w trzymaniu raz danego słowa, choć i teraz zdarza się mi coś tam odpuścić albo o czymś tam zapomnieć. Składam to na karb wieku oraz substancji złogowych, które w moim ciele czują się jak ryba w wodzie i niedawno założyły republikę. Bez pana Grzegorza, niestety. Pan Grzegorz już niczego nie musi dotrzymywać, obiecywać ani postanawiać. Nie wiem, czy to dobrze. Nie wiem, czy to źle. Wiem tylko, że w styczniu się wszędzie pisze o noworocznych obietnicach i postanowieniach. W związku z powyższym zrobię absolutnie odwrotnie i ucieknę do tyłu. O naukach i na ich drodze mądrościach nabytych więc w miesiącu, co zaczyna inne miesiące.

Czytałem niedawno, że wychowywanie się w rodzinie wielopokoleniowej to najzdrowszy pod wieloma względami sposób na przyswajanie zasad rządzących tym światem. Że do pewnego momentu najważniejszy jest dziadek albo babcia (w rzeczonym artykule rozróżniano płcie – ja wiem, że to jest passé, ale ja ogólnie jestem passé, więc na warstat mnie możecie naskoczyć). U mnie tak właśnie to wyglądało. Dziadek był bogiem absolutnym i nieskończonym, a babcia była ciepła oraz potrafiła wyprowadzić liścia w poślad z delikatnością, która jednak mówiła wiele. Pewnego dnia dziadek powiedział mi: „Pamiętaj, Szymek, że wszyscy faceci to tchórze, a wszystkie baby to ch**e”. Niezbyt może to teraz wychowawcze, ale to nie było teraz, tylko wtedy. Nie rozumiałem tego do późnych lat trzydziestych żywota mego, ale w końcu dotarło do mnie, że to niewątpliwie prawda. Oraz, że dziadek nie miał na myśli mężczyzn i kobiet, tylko właśnie, precyzyjnie semantycznie, facetów i baby. Czasami wiedza potrzebuje czasu, żeby wsiąknąć. Czasami podłoże trzeba zaorać, żeby wsiąknąć mogła.

Znajomy się ostatnio ujawnił, że się przenosi. Ani mnie to ziębi, ani grzeje, ale na okoliczność wyniknęła rozmowa przy szklance piwa i kieliszku wina. Rozmowa o tym, jak to teraz jest i jak najprawdopodobniej będzie wkrótce albo i wdłużce. Im bardziej to piwo i to wino pozwalało nam nie panować nad konwenansem, co dusi niczym golf z domieszką jakiegoś plastikowego czegoś, tym bardziej zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że coś tu jest inaczej niż jeszcze całkiem niedawno. I w końcu doszliśmy do wniosku, że już wiemy, co. Obydwaj „robimy w kulturze”, więc oświecenie nie przyszło po pięciu godzinach gadania (choć niektórzy tak lubią), tylko po jakichś piętnastu minutach. Niedawno jeszcze mieliśmy pod nogami trampolinę, z której wybicie się miało nas wynieść na należne wysokości i pozwolić poszybować. I nie chodzi o to, że trampoliny nie ma. Chodzi o to, że teraz umocowano ją do góry nogami na suficie, więc kiedy o własnych siłach podskoczymy za wysoko, to ona nas skutecznie odbija w dół. Tak się właśnie obecnie „robi w kulturze”. Nie tylko w niej zresztą.

Ludzie boją się teraz i dookoła bardziej, niż bali się chyba kiedykolwiek wcześniej za mojej pamięci. Pozycja fiskalnego niewolnika nie pozwala podnieść głowy wyżej w obawie, że ktoś to może zauważyć i wyprowadzić klasycznego Podbipiętę, a to sięgnie przecież jeszcze przynajmniej dwóch kolegów. I zetnie. Równo i czysto i trzeba będzie zmieniać hasła dostępu. Nie wiedzą też za bardzo ludzie, kim są, ani tego, kim chcieliby być. Najczęściej chcą być kimś innym, bo z zewnątrz ktoś inny wygląda atrakcyjnie i bezproblemowo. Lecą więc ludzie po powierzchni wszystkiego, zanurzając dłoń w tafli doświadczeń tylko na tyle, żeby być pewnym, że to jeszcze nie jest sfera zamieszkana przez żyjątka. Tylko tam, gdzie widać palce. Żeby tylko nie stracić resztek kontroli.

Zasadniczo się nie boję. Dlatego też często się muszę podnosić i leczyć podbite oko. Z gruntu się nie obawiam, bo wolę robić niż ronić. Dlatego też czasami muszę się cofnąć i przyznać rację. Doświadczyłem chyba większości tego, czego można doświadczyć. Tak naprawdę nauczyłem się tylko jednego.

Jeśli boicie się, że nie będzie Wam do twarzy w czapce z pomponem, to kupcie taką z dwoma.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy BiK w podróży Styczeń 2017 przez rude okulary (28): Moim zdaniem nie wiem