Bydgoszcz – podręcznik użytkownika (4)

Blask, Bling, Booyah!

Od momentu, kiedy moje oczęta brzdączny lazur na rzecz tego już stałego utraciły, odnoszę wrażenie, iż to nasze miasto z trzema wyrazami z tytułu ma problem nieodparcie nierozwiązywalny. Nie należę do motorycznych płaskowyżów intelektualnych więc zdaję sobie sprawę z faktu, że ma to związek z zadrukowanymi kawałkami celulozy, których, wbrew przysłowiu, nie znajduje się raczej na ulicy, a których w regionie, co to kujawiaczkiem się niespiesznie do przodu posuwa, nie ma nieodmiennie. Ale żeby aż tak źle było w mieście gdzie mieszka 370 tysięcy znaczków pocztowych i wszyscy są mistrzami w lizaniu lodów rzeczywistości blichtrzanej przez szybę zapomnienia i braku celu?! No, to chociaż poczta powinna być szklano-aluminiowa i to z tego rodzaju szkła, co to się mrożonym nazywa i z tego aluminium, co to się je szczotkuje, żeby się panostwu prezesom łysinki nie odbijały.

Muzycy z Bydzi mieli kiedyś w zwyczaju smutki i nadzieje swe niespełnione maczać w etanolu, a jako że kiedyś trzeba było w lokalu do spożycia takowego przeznaczonym zamawiać razem z flakonem rozmycia społecznego i przyrostu intelektualnej desperacji coś do jedzenia, to zamawiali to co w karcie było najtańsze. Nazywało się to konsumpcją. I nie ma w tym zamyśle niczego zdrożnego ani śmiechu wartego niczym poziom współczesnych kabaretów (gdyby młodzież dzisiaj tego samego trzymała się klimatu, to może nie musiałbym tak często wąchać kwaśnego odoru ich poprzedniodniowych obiadów zdobiących malowniczymi rozbryzgami Podgórną, ulicę sprawiedliwego zmęczenia i otrzeźwiałki). Zamysł szlachetny to. Komizm w tym, że najtańszą rzeczą w karcie, która spełniała wymogi jednej z wielu komisji tamtych czasów dotyczące tego, co jest konsumpcją, a co nią nie jest był kalafior z wody. I bardzo często, gdy nad ranem przyjeżdżałem po głośniki, gitary i smutnie spatynowane saksofony, to na stole stały cztery panny puste, których blask uleciał już koło czwartej trzydzieści oraz spoczywało czterech młodzieńców kapuścianych przyprószonych lekko bułką tartą na ersatzu masła przysmażaną. Każdy delikatnie dziabnięty widelcem – pro forma.

Po grodzie naszym czerwone Matizy śmigają niczym brzuchate Biedrony i to niestety do Biedrony głównie. Nie uświadczysz tu zastępów rączych włoskich koni z żelaza i włókna, co to go ze względu na nasze czarne złoto powinno być od groma i w cenie kalafiorów. Raz udało mi się być miniętym przez kawalkadę takich niskopodwoziowych potworów, które z rykiem przedczłowieczym przeleciały w kierunku Błonia. Miałem w oczach łzy podziwu i wzruszenia. Jak mi od wiatru wyschły to zoczyłem rejestracje i już tak fajnie nie było. Prasa doniosła dnia następnego, że nie kierowały się na to osiedle, o jakże mylącej dla jego wizualnych walorów nazwie, ale do miasta gdzie od zawsze kwitnie handel, ludzie z niewiadomych przyczyn żywią się (a z czasów studenckich pamiętam, iż żywią się i bronią) rogalami z makiem, a jak się pije tego wspaniałego dnia ostatecznego wódkę, to zamiast śledzi trzeba kupić słoik podkoziołków. A nie jest to proste. Smutek maniaka motoryzacji potrafi być niezmierzony.

W Sobieskim szklanka mineralnej dla zwierząt, co nie proklamowały konstytucji kosztowała dwanaście lat temu 8 PLN. Ale tam fasada wygląda jak fronton jednej takiej dziewoi, z którą dane mi było obcować na pluszu, co głównie służy do wyściełania futerałów na bardzo drogie gitary. U nas jest hotel, co pod orłem się schował i tam z balkonu można w noc sylwestrową obejrzeć widoki czasami zapierające oddech w piersi. Pod warunkiem, że mała to pierś i oczy kataraktą niebytności nigdzie na świecie zaszły przez lata. Poza tym mamy hotele maści przeróżnej: mamy zajazdy, co rogaciznę raczej powinny przyjmować w swych progach, a nie członków gatunku homo sapiens, którzy już dawno opanowali ogrzewanie domostw w sposób centralny, mamy hoteliki, gdzie ta centralność może być odpalona na tak zwany full lub niedopalona w ogóle, co w zimie nie pozwala partnerkom na komfort zaspokajania pewnych froterystycznych przyjemności partnerów, bo stópki niczym nóżki w galarecie – zimne. Hotele jak domy rajców miejskich przyciągać powinny do miasta i mówić przybyszowi: „Wnijdźże i niechaj ci córy nasze i synowie pokażą, jak ceni się tu na ziemi kujawskiej twoje kolorowe kawałki celulozy.” Tymczasem mamy coś, co wyrosło kiedyś koło dworca, wygląda jak kosz na śmieci nadmuchany równomiernie przez smoczycę architektury spod znaku sierpa, młota, krzywej kielni i skarpet noszonych do sandałów i nosi nazwę bardziej przystającą czasom, kiedy ta rzeka była nieoczyszczona i nie można się było w niej utopić ze względu na gęstość warstwy ekskrementów z jej prądem płynących. Prostopadłościanowy wyrzyg ku niebu. Niezbyt nawet wielorybi w wyrazie.
Blask naszego miasta to blask srebrnej cukiernicy wdeptanej na pięćdziesiąt lat w sowiecki kompostownik buciorem młodziana odzianego w brunatną koszulę. Wydobyliśmy tę cukiernicę i z benedyktyńską cierpliwością przerywaną tylko napadami pijackiej czkawki usuwamy obierki buraków, plamy po krwi i ślady plwocin. Usuwamy. Na bydgoskich blachach jeżdżą już trzy GTRy. Mamy ten hotelik w tym secesyjnym dworku. Czasami czkawkę wywołujemy przy pomocy Southern Comfort. Damy radę.

Do następnego zachmurzenia.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start