literacki flâneur (6): Tymczasowość

Emilia Walczak Emilia Walczak

W zeszłym roku, w najlepszym bodaj na całym świecie antykwariacie, schowanym za nieco może dla niektórych kontrowersyjnym szyldem „Book Się Rodzi”, a położonym przy samej ulicy Piotrkowskiej w Łodzi, zakupiłam w okazyjnej cenie ośmiu polskich złotych oprawną w marmurkowy karton książeczkę Josepha Rotha Nosiwoda Mendel. Radość moja była ogromna. Nie mniejsze było też moje zaciekawienie, płynnie przechodzące w zafrasowanie, pieczątką odbitą na książki stronie tytułowej. Treść stempla głosiła:

mgr Witold Kowalski
literat
93-248 Łódź
ul. Makuszyńskiego 5 m 47
tel. 643 33 47

 

Oczywiście nie mogłam nie zadać sobie tego pytania: kim był ów tajemniczy literat z dzielnicy Łódź-Górna, poprzedni właściciel „mojego” Rotha? Okazało się, że – na pozór niemal wszystkowiedzący – internet nie wypluł na ten temat zbyt wielu faktów. Musiałam się porządnie natrudzić, by w końcu dotrzeć do informacji, że w latach 1994–1995 pan Witold przez trzy miesiące sprawował funkcję prezesa Łódzkiego Związku Literatów Polskich. I to by było na tyle. Pod podany numer nie próbowałam dzwonić, ale podskórnie czułam, że – podobnie jak w Szumie Magdaleny Tulli – po drugiej stronie słuchawki odezwaliby się już tylko zmarli…

No tak to niestety jest: wydaje się nam, że pełnimy bardzo ważne i społecznie odpowiedzialne, i niezastępowalne funkcje, mamy swoje tytuły naukowe i własne pieczątki, dodające naszej, i tak już przecież dostojnej i dystyngowanej, osobie jeszcze większego splendoru; może nawet w lokalnych wydawnictwach publikujemy jakieś tam książki. A po latach i tak ktoś bezdusznie zapyta: kto? Czy wtedy internet coś mu odpowie?

Tę historię związaną z nieznanym łódzkim literatem, a właściwie z jego dawną książką, i te moje smutne wnioski przypomniałam sobie ostatnio, kiedy się przeprowadzałam. Jak śp. babcię kocham – to była już naprawdę ostatnia przeprowadzka w moim życiu! To niesamowite, ile człowiek przez – nie tak znowu długi przecież – żywot jest w stanie nazbierać klamotów! Nie muszę chyba zaznaczać, że najbardziej uciążliwe (w słownikowym znaczeniu: wymagające fizycznego wysiłku, a zwłaszcza przy przeprowadzce!) są w moim przypadku książki. Książki, książki, książki i jeszcze raz książki. Ile ich mam – nie zliczę. A wszystkie poznaczone czerwonym stempelkiem „Emilia Walczak”. I nie muszę też chyba dopowiadać, że gdy ktoś kiedyś natknie się na nie w jakimś antykwariacie, zada sobie na pewno to króciutkie pytanie: kto? Więc ja się pytam: po co? Może powinno być tak właśnie, jak radził Barańczak? Nie przywiązywać się, nie gromadzić? I jeżeli książki, to tylko te, które można unieść w pamięci?

Emilia Walczak



STANISŁAW BARAŃCZAK

(Jeżeli porcelana, to wyłącznie taka…)

Jeżeli porcelana, to wyłącznie taka,
której nie żal pod butem tragarza lub gąsienicą czołgu;
jeżeli fotel, to niezbyt wygodny, tak aby
nie było przykro podnieść się i odejść;
jeżeli odzież, to tyle, ile można unieść w walizce,
jeżeli książki, to te, które można unieść w pamięci,
jeżeli plany, to takie, by można o nich zapomnieć,
kiedy nadejdzie czas następnej przeprowadzki
na inną ulicę, kontynent, etap dziejowy
lub świat:

kto ci powiedział, że wolno ci się przyzwyczajać?
kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?
czy nikt ci nie powiedział, że nie będziesz nigdy
w świecie
czuł się jak u siebie w domu?

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy BiK w podróży Styczeń 2017 literacki flâneur (6): Tymczasowość