O, szczęście bezgraniczne!

Michał Tabaczyński Michał Tabaczyński Fot. Dariusz Gackowski

Wyjechałem ledwie na chwilkę, wyjechałem na moment, a okazało się, że pod moją nieobecność w Bydgoszczy odbył się kongres kultury skrzyżowany z jakimś alternatywnym sejmikiem kulturalnym, jakimś nowym latającym uniwersytetem, wyjazdowym posiedzeniem ministerstwa kultury w jakimś podziemnym państwie. Ominęło mnie, trudno; półtora tysiąca kilometrów dzieliło mnie od epicentrum polskiej debaty intelektualnej. Chciałbym powiedzieć, że żałuję, ale, po pierwsze, kurtuazja ma swoje granice, a po drugie, jesień w północnych Włoszech jest zbyt atrakcyjna, żeby jej robić takie przykrości.

Znam więc sprawę z przekazów prasowych, ale przecież mediom wierzę, wszyscy wierzymy, prawda? Czytałem i szczęście mnie przepełniało bezgraniczne. Czytałem, że „przez tydzień można wsłuchać się w siebie i można znaleźć jakieś antidotum na osaczającą nas durnokrację”, bo „Camerimage to spotkanie wielkiej rodziny intelektualistów”, a program festiwalu „będzie odrobiną wytchnienia od brudnych kampanii politycznych i od wszechogarniającej nas miernoty” (to wszystko Marek Żydowicz), bo przecież „Camerimage to jeden z najbardziej coolowych festiwali filmowych na świecie” (to Grażyna Torbicka).
Jakie to szczęście, że moje miasto na kilka dni rozbłysło światłem intelektualnej wolności. Jakie to szczęście, że w Polsce znalazło się takie miejsce, w którym bojkotujący na co dzień reżimowe telewizje aktorzy i zaangażowani politycznie celebryci mogli odsapnąć od swoich codziennych udręk. Jakie to szczęście, że uciskani artyści mogli się przez ten tydzień cieszyć swobodą. A z innej strony: jakie to szczęście, że niezliczeni adepci bydgoskich szkół filmowych (w szczególności ci, którzy kształcą się w trudnej sztuce operatorskiej) mogli poszerzyć swoją wiedzę i skorzystać z wiedzy mistrzów.

Dosyć szczęścia? Ależ skąd! Całe szczęście, że w Bydgoszczy odbył się ten odpolityczniony festiwal. Jaka to radość, że honorowy patronat nad tym wydarzeniem objął apolityczny Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej Andrzej Duda. Jak cudownie, że wśród mecenasów było bezstronne Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Jakże uroczo, że wśród mecenasów znalazł się również Marszałek Województwa Kujawsko-Pomorskiego, a od niedawna również krytyk teatralny, Piotr Całbecki (ostatnio o wydarzeniu teatralnym, którego nie był widzem, pisał: „W związku z żenującym poziomem festiwalu i godzeniem w fundamentalne wartości Narodu Polskiego [nie dość, że krytyk teatralny, to – dodajmy – także reformator ortografii, takie mamy światłe władze! – przyp. MT], ubliżaniem godności człowieka, sianiem nienawiści międzywyznaniowej i pogardy dla chrześcijan w jednym ze spektakli, na mój wniosek na najbliższym posiedzeniu Zarządu Województwa Kujawsko-Pomorskiego omawiana będzie sprawa wykluczenia Teatru [wspominałem o reformatorskich zakusach w zakresie ortografii? – MT] z grona partnerów projektu, co zamyka drogę do otrzymania dofinansowania”).

Tyle szczęścia, niepomiernie wiele szczęścia! A to jeszcze nie koniec. Jak fantastycznie się złożyło, że zarówno sponsorem, jak i głównym patronem medialnym wydarzenia była tak ofiarnie broniąca nas przed durnokracją Telewizja Polska SA (ach, co za niezręczny ten skrótowiec). Jak uroczo, że w tej ostatniej roli wspierały ją tak wyważone tytuły prasowe, jak „Rzeczpospolita” i „Wprost” – wprost, proszę wybaczyć pospolity kalambur, całe spektrum światopoglądowe polskich mediów, nieprawdaż?

Bydgoszcz była przez ten tydzień krainą szczęśliwości dla wszystkich niezależnych ludzi kultury, oazą niezależnej myśli, centrum apolityczności. A mnie akurat nie było na miejscu. Jakie to szczęście!

Pożartowaliśmy, a teraz poważnie. Nie mam wcale za złe temu festiwalowi, że jest, jaki jest, że dobiera sobie takich, a nie innych patronów, sponsorów, mecenasów. Widzę go jako duże wydarzenie biznesowe w pierwszym rzędzie i to chyba usprawiedliwia wiele decyzji jego twórców. Nie znaczy to, że nie może mnie śmieszyć ta retoryka otwarcia. Na miejscu organizatorów poczekałbym na pochwały, zamiast obsypywać się nimi samemu. Język to jest, jak pisał poeta, dzikie mięso i często nie słucha ludzi, często igra z tymi, którzy nie są zbyt ostrożni. I takiej ostrożności życzę (czyżby niepokazanie plakatu przyszłej edycji, co podobno było złamaniem tradycji, jest zapowiedzią większej ostrożności?). Cnota apolityczności nie jest wcale cnotą. I taka jest trudna w praktyce.

Działy:
Michał Tabaczyński

Michał Tabaczyński

Redaktor naczelny BIK.

Polonista, dziennikarz, slawista, autor kilku książek (Parada równości, Koniec zabawy w pokolenie) i współautor kilku innych (Tekstylia bis, Kultura niezależna w Polsce 1989-2009).

Więcej z tym numerze: « Śledź pod skórą

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy BiK w podróży Grudzień 2016 O, szczęście bezgraniczne!