zugzwang (44): Artysta, który odchodzi

Bartłomiej Siwiec Bartłomiej Siwiec

Listopadowy dzień Wszystkich Świętych odpowiednio mnie nastroił. Może nie dzieje się nic dziwnego. Artyści też ludzie, obarczeni życiem, śmiertelną chorobą przenoszoną drogą płciową. A jednak częstotliwość zgonów może budzić pewne zaniepokojenie, zwłaszcza wśród reżyserów. We wrześniu 2015 roku zmarł młody i zdolny reżyser Marcin Wrona. Odszedł właściwie, na początku twórczej drogi; ledwo co przekroczył czterdziestkę. Miesiąc po nim osobiście mi znany wieloletni dyrektor Teatru Nowego w Łodzi, poeta, działacz opozycji demokratycznej w czasach PRL-u, człowiek życzliwy i bardzo oddany kulturze, Zdzisław Jaskuła. W połowie tego roku śmierć upomniała się o Andrzeja Kondratiuka, zapamiętanego głównie dzięki Hydrozagadce i Wniebowziętym, w październiku zaś odszedł ten najbardziej znany, współzałożyciel polskiej szkoły filmowej, który wydawało się, że będzie żył wiecznie, Andrzej Wajda. On chyba był całkowicie artystycznie spełniony z pewnymi nawet (po)widokami na kolejnego Oscara. Ich śmierci zostały chociaż zauważone przez nasze media, więc pozwolę sobie pozostawić ich w spokoju.

Tymczasem w połowie roku na drugiej półkuli zmarł amerykański reżyser, twórca legendarnego Łowcy jeleni Michael Cimino. Kto zna ten film, ten wie, że pod każdym względem jest on perfekcyjny: świetny scenariusz, wspaniała gra aktorska, dobra muzyka, cudowne zdjęcia i przyciągająca uwagę poetyka, ale przede wszystkim wspaniała fabuła, ukazująca, jak straszne konsekwencje niesie dla ludzi wojna, i to w tym wymiarze najgłębszym, bo duchowym. Sceny ślubu, polowania na jelenia czy rosyjskiej ruletki przeszły już do historii kina. Chciałbym powiedzieć, że w tej warstwie symbolicznej dzieło Cimino bliskie jest dziełom Wajdy, a także ostatniemu filmowi Marcina Wrony Demon. Film jest także niezwykle dowcipny. Moja ulubiona scena to wieczór kawalerski. Chłopaki siedzą w knajpce, piją piwo, grają w bilard. W telewizji leci mecz ligowy, a w tle hit tamtych lat I Love You Baby. Niespodziewanie pojawia się matka pana młodego. Strasznie złości się na Steve’a (John Savage) i ostatecznie wyprowadza go z lokalu. W pewnym momencie chłopaki w rytm piosenki śpiewają w jej stronę: „We Love You So Much”. Tyle śmiechu i radości, jutro ślub, a pojutrze Wietnam. Życie jest niezwykle intensywne, więc trzeba pić alkohol, by znieczulić się nieco. Na końcu sceny Stanley (John Cazale) spada z krzesła, ale Mike (Robert De Niro) i Nick (Christopher Walken) pomagają mu usiąść. Tymczasem matka powie w stronę syna: „Jak możesz robić to własnej matce? Całe życie modliłam się za ciebie”.

Ileż to razy wcześniej oglądałem ten film, to za każdym razem zastanawiałem się, kim są główni bohaterowie. Na pewno wywodzą się z mniejszości etnicznej zamieszkującej Stany Zjednoczone, ale z jakiej? Ukraińcy? Rosjanie? A może kresowi Polacy (niektóre toasty mogłyby to potwierdzać)? Patrząc jednak na obrzędowość tych ludzi, nie mamy wątpliwości, że chodzi o liturgię wschodnią. Odpowiedzią na to pytanie jest też miejsce, w którym odbywał się ślub. Ta sala nazywa się „Lemko Hall”. I chyba to jest właściwy trop. Ta mniejszość to Łemkowie, a więc ludność ukraińska zamieszkująca Karpaty, wygnana ze swego matecznika w związku z akcją „Wisła” w latach 40. zeszłego wieku.

W tym filmie śmierć filmowa (inaczej chyba wojny w Wietnamie pokazać nie można) tak strasznie sprzężona jest ze śmiercią w rzeczywistości. Otóż świetny aktor John Cazale (prywatnie był wtedy partnerem Meryl Streep) nie doczekał nawet premiery, zmarł na nowotwór kości.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy BiK w podróży Grudzień 2016 zugzwang (44): Artysta, który odchodzi