literacki flâneur (5): Kielce północy

Emilia Walczak Emilia Walczak fot. Magdalena Garstka

Ogłoszone w lipcu tego roku przez warszawską oficynę Czarna Owca Czarne liście Mai Wolny są jedną z lepszych książek, jakie miałam okazję czytać w ostatnim czasie. Naprawdę. A staram się sięgać tylko po dobre książki, bo na resztę zwyczajnie szkoda mi czasu. I tak życia mi nie wystarczy, ażeby przeczytać wszystkie wartościowe pozycje. Niestety, taka prawda smutna; nawet gdybym czytała 24 h, to i tak tego czasu mi nie styknie. Nie ma bata – jak mówią na mieście.

Kolejną smutną prawdą jest to, że w naszym kraju od wielu już lat ma miejsce zjawisko lansowania przez opiniotwórcze gazety i portale książek przeciętnych, słabych, a może i nawet bardzo marnych. Recenzenci umoczeni są po prostu w prywatne relacje z autorami, ot i cała tajemnica poliszynela. I, niestety, dzieje się tak kosztem prawdziwych perełek, które giną gdzieś na dnie Morza Wydawniczego, zupełnie niezauważone. To casus m.in. Czarnych liści.

Pisałam na wstępie, że książka Mai Wolny ukazała się w lipcu br. Data premiery nie była przypadkowa – Czarne liście ujrzały światło dzienne dokładnie w 70. rocznicę wydarzeń, do których tematem swym nawiązują, tj. do pogromu kieleckiego. A wszystko w konwencji kryminału. Atrakcyjna forma dla niełatwych treści? Być może. Kryminał jako pretekst do pokazania smutnej prawdy o Polsce i Polakach, jak w przypadku Ciemno, prawie noc Joanny Bator? Zapewne. Wolny pisze wprost, że mieszkańcy Kielc odcinają się od historii swojego miasta, zwłaszcza tej związanej z tak traumatycznymi zajściami, jak te z lipca’46. A ja powiem więcej. Od tego roku należę do tej nielicznej grupy mieszkańców globu, którzy mieli okazję na ziemi kieleckiej postawić swe stopy. No i spotkała mnie tam latem dość osobliwa rzecz. Otóż w ręce wpadł mi przewodnik po mieście ani słowem niewspominający o którymkolwiek z zabytków czy pomników związanych z żydowskim dziedzictwem. Nie było nic o synagodze przy ul. Warszawskiej – a przecież to okazały gmach, stojący praktycznie w centrum miasta, i nie da się go nie zauważyć, choćby zmierzając w stronę GH Korona; ani słowa o Plantach 7/9, czyli miejscu, gdzie odbył się pogrom; ani słowa o pomniku przy al. IX Wieków Kielc, upamiętniającym kieleckie getto, etc. A przecież tuż przed II wojną światową społeczność żydowska w Kielcach to było aż 35% ogółu!

No dobrze, ale dlaczego Walczak pisze o jakichś tam Kielcach akurat w „BYDGOSKIM Informatorze Kulturalnym”? Ano dlatego, że miesiąc listopad, kiedy piszę te słowa, jakoś tak mnie natycha (ja wiem, że słowo „natchnąć” nie ma ogólnie aprobowanego imperfektum w polszczyźnie, ale nie bądźmy aż takimi purystami językowymi – nadgorliwość gorsza od faszyzmu!), ze względu chyba na obecność w nim Święta Zmarłych – natycha do pewnych funeralnych przemyśleń i mimowolnego odszukiwania analogii do naszego bydgoskiego poletka. Już, już tłumaczę…

Od dawna prześladował mnie fakt, że istniejące w naszym mieście w ostatnich latach II wojny podobozy KL Stutthof – w Łęgnowie (Aussenarbeitslager Bromberg-Brahnau) oraz w kwartale ulic Kamienna/Fabryczna/Składowa/Wyścigowa (A. Brombeg-Ost) – nie zostały w żaden sposób upamiętnione. Że o kobietach (bo były to lagry kobiece właśnie), które tam albo podczas wyprowadzonych stamtąd do Sachsenhausen marszów śmierci zginęły, nikt już dziś nie pamięta albo w ogóle – wcale nie wie. Co? Kto? „Pani, ja tam nic nie wiem, o żywych trza się martwić”. Do czasu aż ostatnio na portalu Wirtualny Sztetl natknęłam się na informację, że na rondzie Kujawskim istniał kiedyś głaz z tablicą, „poświęcony pamięci kobiet żydowskich, podczas II wojny światowej pracujących, zmarłych i pomordowanych w bydgoskim podobozie niemieckiego nazistowskiego obozu Stutthof”. Lecz czy istniał faktycznie? Osobiście niczego takiego nie pamiętam, ale też nie mieszkam w Bydgoszczy od urodzenia… A jeśli istniał, to co się z nim stało? Czy zniknął podczas modernizacji ronda? I czy rzeczona tablica zalega teraz w jakimś magazynie? Jeśli tak, to być może należałoby ją na powrót gdzieś zawiesić? A jeśli nie zalega, to naszą powinnością jest chyba zadbać o jej odtworzenie? Tyle pytań – zero odpowiedzi. Póki co bezskutecznie próbuję się na ten temat czegoś dowiedzieć, także za pomocą lokalnej prasy, i nic. Więc jeśli ktokolwiek coś widział, ktokolwiek coś wie, to bardzo proszę o kontakt. Zróbmy coś wspólnie, tak aby nie stać się Kielcami północy. Stolica Świętokrzyskiego to bardzo ładne miasto, ale jego ignorancja jest wprost porażająca.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Grudzień 2016 literacki flâneur (5): Kielce północy