Się nam wydaje. W Bydgoszczy (7)

Małgorzata Maniszewska, "Literatura. Rozmówki" Małgorzata Maniszewska, "Literatura. Rozmówki"
Literatura. Rozmówki, czyli kontakt
Literatura to nie jest sport kontaktowy. Oczywiście – do czasu. Do czasu, gdy książka pojawi się na rynku, zaczną się ukazywać recenzje, zdarza się – mniej lub bardziej bolesne, gdy – to ten najlepszy przypadek – pojawią się u autora dziennikarze prasowi, radiowi, a najlepiej – telewizyjni, by dopytać dzieło, by popchnąć mniejszą czy większą machinę promocyjną. Chociaż zdaniem niektórych to nie jest właściwie literatura, to (mam tu na myśli recenzje, wywiady, spotkania literackie itp.) tylko życie literackie. Wracamy więc do tezy, że literatura to nie jest sport kontaktowy, jest nim, owszem, życie literackie.

Małgorzata Maniszewska wydała książkę, która jest świadectwem pomieszania tych porządków, zapętlenia losów ludzi i książek, niejednoznaczności wszystkich tych teoretycznych podziałów. Oto powstała książka (a więc – powstała w samotności, tak jak książki powstają), która jest skutkiem istnienia życia literackiego, tego sportu jak najbardziej kontaktowego – jest jego skutkiem w sensie najbardziej oczywistym: na tom Literatura. Rozmówki składają się bowiem rozmowy z pisarzami.

Rozmowy z pisarzami to jak oddzielny gatunek literacki. Najczęściej pojawiają się na rynku jako wywiady rzeki, które są w istocie dopełnieniem dzieła pisarza (na takiej zasadzie funkcjonują klasyczne już książki-rozmowy: Gombrowicza, Wołkowa z Brodskim, tom rozmów Danilo Kiša, rozmowy FiutaGorczyńskiej z Miłoszem, Szewca ze Stryjkowskim czy najnowsze wywiady rzeki Przemysława Kanieckiego z Tadeuszem Konwickim czy Piotra Mareckiego z Marianem Pankowskim). Oczywiście rzecz nie ogranicza się tylko do literatury i pisarzy – rozmawiają wszyscy ze wszystkimi: pisarze z politykami, politycy z innymi politykami, awangardowi artyści z jeszcze bardziej awangardowymi artystami, dziennikarze rozmawiają ze wszystkimi, a najchętniej ze znanymi sportowcami i publikują to in extenso, znawcy rozmawiają ze swoimi idolami, inni znawcy rozmawiają z autorami przez siebie znienawidzonymi, tak, wszyscy rozmawiają ze wszystkimi. Taka mówiona literatura cieszy się niezmiennym powodzeniem (o ile sobie dobrze przypominam, to właśnie dzieła z tego gatunku dzierżą swoiste rekordy – sprzedaży, jak to jest w przypadku Przerwanej dekady, czy kontrowersyjności – jak to z kolei jest w przypadku Hańby domowej).

I chyba nie trzeba się tej popularności dziwić. Ja sam pamiętam, że jedną z najbardziej fascynujących lektur mojej wczesnej młodości były dwie części książki Tego nie dowiecie się w szkole (dwie z trzech istniejących – były w moim domu, stały na półce, dostęp miałem więc banalnie łatwy). Domyślam się, że skusił mnie ta potencjalnie buntowniczy tytuł. No i rzeczywiście – treść tych książek (jak na literaturę przystało) była zupełnie wywrotowa. Do dziś pamiętam nonszalancję Iredyńskiego, jasność Lipskiej, dziwność Parnickiego czy Buczkowskiego. Pamiętam wiele, ale przede wszystkim pamiętam wrażenie, jakie ta lektura na mnie zrobiła. Większości tych nazwisk wtedy nie znałem. A może nie znałem żadnego z nich – to bardziej prawdopodobne, skoro miałem z dziesięć lat, może jedenaście, na pewno nie więcej niż dwanaście. Większość zapamiętałem tak, jak wtedy ich poznałem: prywatnych, półprywatnych, dostępnych. Czytałem te książki wielokrotnie i obsesyjnie, do dziś nie wiem, dlaczego.

Książka Małgorzaty Maniszewskiej też ma taką konstrukcję, w jakimś sensie przypomina książki Wiśniewskiego albo, by przytoczyć przykład bardziej współczesny, Wolność i współczucie Piotra Szewca czy (choć może mniej) Dobrze, że żyłem Heleny Zaworskiej. Składają się na nią rozmowy z pisarzami (pierwotnie przeprowadzane dla radia, co także istotnie wpływa na ich kształt) naprawdę dużymi, bez których nie obejdzie się żadna historia literatury wieku XX i XXI. Wymienię ich tutaj wszystkich, bo warto: Julian Stryjkowski, Stanisław Lem, Michał Głowiński, Henryk Grynberg, Włodzimierz Odojewski, Kazimierz Hoffman, Stanisław Barańczak, Ryszard Krynicki, Adam Zagajewski, Stefan Chwin, Marcin Świetlicki. Można tych autorów lubić mniej lub bardziej, ale nie można odmówić im istotności. To bez wyjątku nazwiska istotne i – co ważniejsze – Małgorzata Maniszewska potrafi tę ich istotność podkreślić, uwypuklić, gdy trzeba – odkryć.

Tak jest, rozmowa jako gatunek literacki nie jest prosta. Kto kiedykolwiek próbował sam przeprowadzić sensowną rozmowę, a tym bardziej, kto przeprowadzoną przez siebie rozmowę próbował później spisać, ten zapamiętać to musiał – nie ma innego wyjścia – jako doświadczenie nieprzyjemne. Efekt był pewnie rozczarowujący. Był taki, bo być musiał – to gatunek wymagający. Nie wystarczy znać temat (choć już samo to jest trudne – rozmawiając z autorami o ich książkach, rozmawia się przecież z najlepszymi specjalistami w tej wąskiej specjalizacji: Lem jest przecież najlepszym specjalistą od Lema, Odojewski od Odojewskiego i tak dalej), nie wystarczy opanować zdenerwowanie, nie wystarczy potrafić sklecić pytanie, które jest w miarę sensowne, nie wystarczy mieć dość refleksu, żeby w odpowiednim momencie odpowiednie pytanie zadać – trzeba mieć jeszcze pojęcie, dokąd prowadzona rozmowa zmierza.

Małgorzata Maniszewska ma wszystkie wymienione wyżej przymioty: i rozległą wiedzę, i opanowanie, i inteligencję, i wreszcie refleks. Wie też dobrze, dokąd rozmowa ma zmierzać, by jak najlepiej odsłonić postać autora. Odsłona to jednak niepełna, bo przy okazji autorka ma także i inną rzadko w dzisiejszych czasach, w literackim środowisku zwłaszcza, spotykaną cechę: takt. A takt jest szczególnie potrzebny, gdy rozmawia się ze Stryjkowskim o komunizmie, z Głowińskim o okupacji, z Grynbergiem o żydowskiej tożsamości, a nawet – z Barańczakiem o Przybosiu.

Te jedenaście rozmów (gdyby dobrze policzyć, to wyszłoby prawie trzynaście: w tomie znalazły się bowiem dwie rozmowy ze Świetlickim i prawie dwie rozmowy z Hoffmanem, dokładnie: rozmowa i suplement w postaci jednego pytania podczas wieczoru autorskiego poety) ukrywa autorkę, co jest istotą takich rozmów, chociaż – jak napisałem powyżej – eksponuje jej przymioty. Eksponuje także przymioty przepytywanych pisarzy, nawet jeśli wydawać się mogło wcześniej, że są takowych pozbawieni lub przynajmniej – obdarzeni nimi dość skromnie. To też wielka sztuka. A to wszystko dzieje się na niewielkiej w istocie przestrzeni dziewięćdziesięciu stron. Mam nadzieję, że ci, którzy wezmą tę książkę do ręki przypadkiem (tak jak mnie skusiły tytułem Tego nie dowiecie się w szkole, tak ten tom skusi może kogoś wyeksponowanym na grzbiecie hasłem: Taśmy prawdy i fikcji (literackiej)), będą mieli szansę przeżyć to, co ja przed ponad dwiema dekadami – zapamiętają tych pisarzy tak, jak tu zostali przedstawieni. Reszta może się rozkoszować żywym głosem pisarzy. Dużych pisarzy.


Jeleniewski-oklZ zakamarków pamięci i dna szuflady, czyli gawęda
Lubię bydgostiana – szczególnie te historyczne; i to lubię właściwie wszystkie, bez wyjątku – i te poważne, i te kuriozalne, i te naukowe, i te popularne. Lubię je wszystkie, bo stara Bydgoszcz wywołuje we mnie emocje (raczej dobre, bo to było piękne i ciekawe miasto). W tym albumie jest bardzo dużo starej Bydgoszczy i – co za tym idzie – jest też wystarczająco dużo emocji. Piszę, że jest bardzo dużo starej Bydgoszczy, co może brzmieć dziwnie – to w końcu bogato ilustrowana opowieść o Bydgoszczy, jak więc mogłoby być inaczej. W istocie daję tu wyrafinowany komplement: otóż, widziałem wiele książek, które potrafiły ukryć swój temat tak skutecznie, że aż absurdalnie (były i wśród nich znane bydgostiana). A książka Marka Jeleniewskiego starą Bydgoszcz umiejętnie pokazuje.

Wie bowiem autor, gdzie tej Bydgoszczy szukać – nie jest to wiedza powszechna. Zresztą, wiedza jak wiedza, ale istotne jest jej praktyczne wykorzystanie. Sam sposób prezentacji historycznego miasta nie jest wyjątkowo odkrywczy: śladów przeszłości należy bowiem szukać w najdrobniejszych szczegółach życia codziennego. To bowiem życie jest jednocześnie najbliższe każdemu człowiekowi (nie da się, choćbyśmy bardzo chcieli żyć w wielkiej, powszechnej historii – żyjemy w naszym małym tu i teraz), ale i najszybciej umyka, zaciera się, znika. Wystarczy przeprowadzić na sobie banalny test: proszę sobie przypomnieć ubrania, jakie nosiliście państwo w młodości, jak wyglądały szkolne korytarze, jakimi pisaliście długopisami, jakie w drodze ze szkoły do domu mijaliście sklepy i jakie słodycze w nich ukradkiem kupowaliście. Test ten udowodni dwie rzeczy – po pierwsze, pokaże, że pamięć tych czasów (w przypadku wielu – całkiem nieodległych) już się zatarła, że umknęły gdzieś smaki, kolory i nazwy, a po drugie, że i tak to kulawe wspomnienie wywołało niewspółmierne do samego przedmiotu wspomnień rozrzewnienie.

Marek Jeleniewski wie, gdzie tego ukrytego życia szukać. Wspomina w tej uroczej gawędzie codzienność sprzed stu lat, przypomina sposoby spędzania wolnego czasu, przywołuje nazwy restauracji, cukierni, knajp, odgrzebuje z niepamięci targowiska i ich asortyment, daje obrazy bydgoskich fabryk i sklepików, przytacza marki bydgoskich cygar i nazwiska lokalnych legend – fabrykantów i kupców, pokazuje życie w największym możliwym przybliżeniu. Dobrze wie, że to, jak jeździły przed laty tramwaje, gdzie spędzało się niedziele, a gdzie wakacje, jak zaopatrzone były cukiernie, jak działały stowarzyszenia sportowe, że to przybliża tamten świat najskuteczniej. I najrzewniejsze wywołuje w nas uczucia.

Materiał zdjęciowy (to w końcu album) jest imponujący, ale nie efekciarski, co należy rozumieć, że piękno ujęć stawia nad ich nietypowość i rzadkość. Jak to bywaJeleniewski-okl2
w przypadku tej oficyny wydawniczej (pisałem o tym ostatnio i zdania nie zmieniam), opracowanie graficzne grzeszy przesadą i nadmiarem ozdobników – to jeden z tych przypadków, gdy potrafię sobie wytłumaczyć ich funkcjonalność, ale nie potrafię ich polubić. Nie podoba mi się też ozdabiający całość wiersz (ballada? poemat narracyjny?), chociaż jego wygłos dobrze tłumaczy skłonność do czytania/oglądania takich książek: „Gdy melancholia mu doskwiera, / Wspomnienie cieszy, częściej smuci. / Biegnie myślami do Patzera. / Do świata, który już nie wróci”.

Działy:
Michał Tabaczyński

Michał Tabaczyński

Redaktor naczelny BIK.

Polonista, dziennikarz, slawista, autor kilku książek (Parada równości, Koniec zabawy w pokolenie) i współautor kilku innych (Tekstylia bis, Kultura niezależna w Polsce 1989-2009).

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start