Z notatnika melomana – 14. Bydgoszcz Jazz Festival

Michael Arbenz i Dave Liebman Michael Arbenz i Dave Liebman Fot. Kinga Eliasz

„Czy jazz może szkodzić?” – takie to intrygujące pytanie pojawiło się w jednym z odcinków przezabawnego polskiego serialu Wojna domowa. Matka Pawła (niezrównana Irena Kwiatkowska) wraz ze swą sąsiadką próbowały zgłębić tę kwestię, zastanawiając się, na co ów jazz mógłby szkodzić. Padały propozycje: że na system nerwowy, na inteligencję, na zdrowie. A wszystko przez to, że jej syn Paweł całymi godzinami słuchał tej muzyki i stawał się jakiś „dziwny”. Ostatecznie stanęło na tym, że obie panie, pod nieobecność Pawła, postanowiły zapoznać się z którąś z jego płyt, by przekonać się na własnej skórze, jak to działa. Słuchały jednak ostrożnie, świadome, że jazz potrafi wyzwalać olbrzymie emocje, o czym świadczyły choćby doniesienia o zamieszkach i rozróbach w trakcie festiwali jazzowych. Płyta została wysłuchana, jednak aktów wandalizmu nie stwierdzono, a cała rzecz okazała zupełnie nieszkodliwa, a nawet przyjemna.

Mira Michałowska, autorka Wojny domowej, potraktowała sprawę jazzu z właściwym sobie poczuciem humoru. Lecz, niestety, nawet dziś można usłyszeć całkiem serio postawione pytanie: „po co komu ten jazz?”. Otóż ten jazz jest jedną z niewielu dziedzin sztuki, w której gloryfikuje się akt tworzenia. W odróżnieniu choćby od sztuk plastycznych, gdzie odbiorca dostaje gotowy produkt, to w przypadku jazzu słuchacz zapraszany jest do „pracowni alchemika”, by mógł przypatrywać się, jak owo dzieło powstaje. W literaturze taki proces nie byłby interesujący, w jazzie stanowi esencję tej muzyki, element najbardziej spektakularny. Dlatego dla publiczności jazz jest tak atrakcyjny. Prawdziwy jazzfan potrafi przemierzyć szmat drogi, by dotrzeć na koncert, nie do końca będąc pewny, co będzie grane. Jazz, będąc częścią sztuki wysokiej, nie tylko nie szkodzi, ale ma wręcz działanie terapeutyczne. Gdy nastają jesienne szarugi, dawka gorącego jazzu działa aktywizująco, dodając optymizmu, chroniąc przed apatią, przeciwdziałając depresji. I nie tylko najsłynniejszy polski festiwal Jazz Jamboree odbywa się jesienią, także w naszym mieście od lat mamy tradycję jazzowych spotkań o tej porze roku. Początkowo jako Pomorska Jesień Jazzowa, od lat 14 jako Bydgoszcz Jazz Festival.

Trochę się zastanawiałem, według jakiego klucza opisać tegoroczną edycję. W muzyce bowiem mamy do dyspozycji różne klucze: klucz skrzypcowy, basowy, nieco rzadsze tenorowy i altowy. Ja jednak po wysłuchaniu wszystkich dziewięciu wykonawców postanowiłem zastosować klucz... fortepianowy. Dlaczego właśnie taki? Otóż we wszystkich festiwalowych koncertach, które wywarły na mnie wrażenie, to właśnie fortepian, bądź jego elektroniczny ekwiwalent, miał kluczowe znaczenie. I mimo że wspaniałych jazzmanów przyjechało do nas wielu, to jednak w tym roku pierwsze skrzypce grali pianiści.

Według mnie koncert, który należy uznać za największe wydarzenie festiwalu, to występ tria VAIN ze Szwajcarii, wraz z zaproszonym gościem, legendarnym amerykańskim saksofonistą Davidem Liebmanem. A pianistą wiodącym tu prym był Michael Arbenz, którego grę można scharakteryzować jednym hasłem: wirtuozeria w służbie muzyki. Arbenz to muzyk kompetentny w każdym aspekcie jazzowej pianistyki. Swoją fenomenalną grą, wspólnie z partnerami z zespołu (kontrabas i perkusja), był w stanie stworzyć idealną przestrzeń dla mistrza jazzowej awangardy – wirtuoza saksofonów. Niebywały był stopień integracji całego zespołu; wspólnota myśli, odczuwania, wręcz symbiotycznego zrozumienia na scenie. Szokował brak typowych schematów obowiązujących powszechnie w estetyce jazzowej. W to miejsce pojawiła się swobodna, nieskrępowana komunikacja pomiędzy poszczególnymi członkami zespołu. Zaś słuchacz, pozbawiony bezpiecznej przystani swoich oczekiwań, bez szansy przewidzenia kierunku rozwoju muzycznej narracji, postawiony został w stan permanentnego oczekiwania. Pozostawało mu jedynie słuchać z zapartym tchem, chłonąć każdy dźwięk czystym, nieskażonym umysłem i rozkoszować się urokiem fascynującej podróży, w którą zabierała go czwórka improwizatorów. Jazz, jak każda sztuka wysoka, karmi się specyficznym tworzywem, którego źródłem jest energetyzująca różnica potencjałów, ścieranie się przeciwności, balansowanie na krawędzi tego, co dozwolone, a tego, czego przekraczać nie należy. Dotyczy to podstawowych filarów tej muzyki, jak rytm – melodia – harmonia (równo/nierówno, czysto/nieczysto, zgodnie bądź w opozycji). Występowanie tych dopełniających się komponentów w jazzie stanowi kwintesencję najbardziej wartościowych wypowiedzi. W muzyce VAIN artyści bez kompleksów podejmowali to wyzwanie i choć może tak nowoczesny jazz jawi się niektórym jako muzyka „gryzących się psów”, to dla prawdziwych znawców była to stuprocentowa zawartość jazzu w jazzie.

Drugi z pianistów, Jacek Cichocki, zachwycił przede wszystkim niezwykłą inwencją i doskonałym warsztatem pianistycznym. Pomimo młodego wieku, słychać, że jest on już pianistą kompletnym, mogącym z powodzeniem zasilić formacje liderów polskiego jazzu. Na jego świetne, brawurowe improwizacje z pewnością miała też wpływ perfekcyjna gra perkusisty Mateusza Krawczyka. To kolejny wychowanek bydgoskiej szkoły perkusji, a na festiwalowym koncercie był równorzędnym partnerem Cichockiego, zachwycając niezachwianym pulsem i muzykalnością o klasycznej proweniencji.

Klasą samą dla siebie był pianista Russel Ferrante z zespołu Yellowjackets. Jego oszczędne, wysmakowane improwizacje stanowiły idealną przeciwwagę dla ekspresyjnych, żywiołowych popisów saksofonisty Boba Mintzera. Muzyka zespołu to z założenia ładne, przebojowe melodie, mistrzowsko zaaranżowane i perfekcyjnie wykonane. I mimo że był to jazz wyrafinowany, naszpikowany frazami o dużym stopniu komplikacji, słuchało się go lekko i przyjemnie. Dopiero intelekt zaprzęgnięty do analizy uzmysławiał, jak wielkim wyzwaniem jest rzeczy tak trudne tak grać, by sprawiały wrażenie łatwych. Chapeau bas!

Doskonały był też występ Ilony Damięckiej. W programie poświęconym Theloniusowi Monkowi pianistka i jednocześnie wokalistka z powodzeniem pokazała swą jazzową kompetencję. Wtórowała jej, również śpiewająca, gitarzystka z Włoch – Francesca Bertazzo Hart. Improwizowała scatem tak czysto i precyzyjnie, jakby grała na instrumencie, a na gitarze grała… śpiewająco. Z kolei bydgoski kontrabasista Paweł Urowski, wyrastający powoli na wirtuoza tego instrumentu, techniczną sprawnością nie ustępował swoim koleżankom. Bez kompleksów stawał do jazzowych zawodów, jakby zapomniał, że kontrabas to zdecydowanie inna kategoria wagowa niż gitara czy keyboard. Ścigał się i dialogował z dziewczynami jak równy z równym.

Równych sobie natomiast nie miał kolejny ze wspaniałych pianistów – Bogdan Hołownia. Jak na prawdziwego arcymistrza przystało, pokazowo rozgrywał swoje fortepianowe partie. Powściągając emocje, pozwalał, by intelekt brał górę, i niczym wytrawny gracz z rozwagą cyzelował poszczególne dźwięki, jak gdyby przesuwał figury na szachownicy. Z chłodną precyzją i wyrachowaniem prowadził swą grę, by we właściwej liczbie ruchów osiągnąć finał. A że grał jednocześnie białymi i czarnymi, nic dziwnego, że zaszachował wszystkich.

Koncert finałowy w Filharmonii od początku był skazany na sukces. Gwarantowały go co najmniej trzy elementy: prezentacja muzyki Krzysztofa Komedy, sama w sobie stanowiąca bogate źródło inspiracji dla jazzmanów; interesujące aranżacje, pozwalające kompozycje Komedy odkrywać na nowo; oraz wspaniali soliści, którzy swymi improwizacjami tchnęli jazzowego ducha w nakreślone przez aranżerów ramy. Z 11 zaprezentowanych aranżacji na big-band i orkiestrę smyczkową najbardziej przypadło mi do gustu opracowanie Piotra Wrombla (Sleep Safe and Warm z filmu Rosmary’s Baby). Świetnie poradził sobie z tak dużym aparatem wykonawczym i twórczo wykorzystał ich potencjał. Interesujące były też propozycje Oli Tomaszewskiej – awangardowo potraktowana Kattorna, i Michała Tomaszczyka – Svantetic. A w gronie wybitnych improwizatorów oczywiście znalazł się pianista Adam Lemańczyk. Nie miał co prawda w tak dużym zespole za wiele miejsca, by zaprezentować pełnię swego talentu, ale i to, co zdołał pokazać, potrafiło zachwycić. Nie ustępowali mu pozostali soliści: brawurowi saksofoniści Wojciech Piórkowski i Szymon Łukowski, gitarzysta Piotr Olszewski (niezwykle stylowy!) i zjawiskowy Marcin Gawdzis na trąbce. Gdyby temu ostatniemu choć trochę się chciało, byłby z pewnością ozdobą wielu światowych festiwali. Ale skoro mu się nie chce – to mamy go na miejscu! Trzeba przyznać, że festiwal zorganizowano z dużym rozmachem: siedem koncertów na czterech scenach, w tym dwóch najbardziej prestiżowych w mieście, jak Filharmonia czy Opera, może robić wrażenie. Oferowany program był ciekawy i różnorodny, zawierał pozycje atrakcyjne zarówno dla melomanów stawiających pierwsze kroki w odczuwaniu i rozumieniu muzyki synkopowanej, jak i wytrawnych koneserów. Bydgoscy jazzfani z pewnością mogli czuć się usatysfakcjonowani. Pozostaje wierzyć, że następna, jubileuszowa edycja festiwalu będzie równie bogata i zaoferuje miłośnikom tej muzyki nie mniejsze atrakcje. Ta pokazała, że jazz w przestrzeni kulturalnej miasta jest propozycją wartościową i potrzebną. Puenta? Dobry jazz nie szkodzi. A jeśli ktoś twierdzi inaczej? Nie szkodzi!

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Grudzień 2016 Z notatnika melomana – 14. Bydgoszcz Jazz Festival