Dziesięć miesięcy w szafie

Dziesięć miesięcy w szafie Fot. Wojciech Woźniak

Z Wojciechem 'GRZANĄ’ Grzankowskim o perypetiach powstawania jego solowej, debiutanckiej płyty i planach wydawniczych rozmawia Kuba Ignasiak.


Na ten wywiad próbowałem cię namówić już wiele miesięcy temu. Powiedziałeś wtedy, że lepiej z tym poczekać do momentu, aż czegoś dokonasz. Co się zmieniło?
Właśnie ukończyłem prace na nagrywaniem pierwszej solowej płyty CD pod tytułem Grzana – Czlowiek z Szafy, na której spełniam się jako producent i MC.

Ukończyłeś prace, czyli materiał jest już gotowy?
Jestem właśnie na etapie kończenia mixingu. Teraz przyszedł czas na mastering, prace nad okładką, wydanie oraz promocję.

Sam pracowałeś nad tą płytą czy ktoś ci pomagał?
Zasadniczo pracowałem sam, choć mam dwa featuringi (występy gościnne – dop. red.). Ci goście to Dj Feel-X oraz Daria Veronica. Zdecydowana większość płyty jest moja – autorska.

Czyli jak rozumiem jesteś autorem tekstów, sam nagrywałeś wokale, beat, skrecze?
Tak, odpowiadam absolutnie za wszystko, poczynając od konceptu, tytułu i pomysłu na to, kim na tej płycie jest Grzana.

No właśnie, skąd taki tytuł?
Było kilka pomysłów na tytuł. Ten jest trzeci. Mówiąc zupełnie szczerze, to współautorami tego ostatniego są Jacek Buhl oraz Waldemar Racki. To oni zasugerowali mi, że płyta powinna się nazywać Grzana – Czlowiek z Szafy. Wcześniej myślałem o tytule Grzana – Człowiek z Betonu, ale doszedłem do wniosku, że jest to za bardzo tendencyjne i trochę za bardzo blokerskie.

Stanęło na Czlowieku z Szafy bo nagrywałeś tę płytę w szafie?
Dokładnie, wszystkie wokale zostały nagrane w szafie stojącej w moim pokoju. Był to przejaw mojej determinacji i złości na cały system, pewnego zawzięcia. Po prostu stwierdziłem, że nagranie tego w szafie będzie bardziej prawdziwe, będzie najlepiej oddawać mój klimat.

Niemniej z tego, o czym rozmawialiśmy wcześniej wynika, że takie nagrywanie w szafie, to nie jest twój nowatorski pomysł, że w środowisku hiphopowców jest to dość powszechna praktyka?
Tak, z tego co wiem, wielu początkujących raperów, którzy jeszcze nie przebili się do mainstreamu korzysta z tego „patentu”.

Rozumiem, że taka wygłuszona gąbkami szafa jest substytutem studia, które jak wiadomo jest dosyć drogie w wynajęciu?
Tak. Oczywiście kasa jest tu dość istotnym argumentem, ale nie jedynym. W moim przypadku chodziło również o to, że w tej swojej szafie mogę się najbardziej wyluzować, przetestować różne pomysły, różne barwy i tonacje wokalu. Jest na to czas. Nikt nie stoi nade mną z zegarkiem w ręku, nie popędza. Jak wiadomo praca w studiu ma swoje plusy i minusy. Do tych ostatnich z pewnością należą koszta wynajmu. Oczywiście nie mam problemu z tym, że się za to płaci – tak powinno być, wszak prace nad płytą prowadzi nie tylko jej autor, ale również osoba odpowiadająca za profesjonalne nagranie materiału. Nie zmienia to jednak faktu, że trzeba mieć na to pieniądze. Ja ich nie miałem, dlatego postanowiłem nagrać ten materiał w szafie. Tak jak mówisz, ja tego nie wymyśliłem. Jest to patent dość powszechnie stosowany w hip hopie, można wręcz powiedzieć, że wiele klasyków tego gatunku powstało w szafie. (śmiech)

Jak rozumiem, masz nadzieję, że dołączysz do tego grona?
Tak, mam nadzieję, że moja płyta też stanie się kiedyś takim klasykiem i że to całe nagrywanie w szafie będzie zaliczane raczej do plusów, a nie minusów tego krążka.

Ok, wróćmy więc do twojej koncepcji albumu. Ta płyta tworzyć będzie pewną zamkniętą całość? Czy numery, które się na niej znajdą będą opowiadać jakąś większą historię, czy raczej będzie to zbiór przypadkowych kawałków opisujących to, co ci w danym momencie w duszy grało?
Teksty do tych piosenek tak naprawdę powstawały na przestrzeni wielu lat. Przez większość tego czasu miałem taką świadomość, że nie jestem jeszcze gotowy na to, żeby przedstawić je światu. Myślę, że ten czas właśnie nastał. (śmiech) A tak poważnie, to myślę, że w końcu dojrzałem do tego, żeby przekazać słuchaczom coś od siebie, żeby podzielić się swoimi doświadczeniami, które – jak wiesz – nie są już doświadczeniami nastolatka, a raczej człowieka po przejściach. Tak jak mówiłem, te teksty powstawały przez wiele lat, choć nie ukrywam, że ten ostatni rok był najbardziej płodny – zarówno w kwestii pomysłów, jak i mojego własnego spojrzenia na rzeczywistość. Oczywiście cała warstwa tekstowa tej płyty jest bardzo mocno przefiltrowana przez moją osobę. Są w niej zawarte moje doświadczenia jako członka społeczeństwa. Nie zabrakło więc odniesień do jego przemian w ostatnich latach, jak choćby transformacji i refleksji nad tym, kto na niej stracił, a kto zyskał, jak się to nasze społeczeństwo podzieliło. Myślę, że takiego spojrzenia nie byłbym w stanie przekazać jeszcze dziesięć lat temu. Po prostu nie widziałem tego wtedy, nie zdawałem sobie z tego sprawy. Dopiero teraz udaje mi się jakoś nabrać do tego dystansu i spojrzeć na życie przez pryzmat moich własnych, wieloletnich doświadczeń. Uznałem, że w końcu przyszedł czas na to, żeby się nimi podzielić z innymi.

Czyli jak rozumiem, nie będzie to płyta o paleniu jointów na ławce przed blokiem? Nie ten target?
Nie tylko. (śmiech) A tak poważnie, to nie wiem kto mógłby stanowić target. Jako muzyk, twórca płyty chciałbym oczywiście, żeby trafiła ona do jak najszerszej grupy odbiorców. Nie ukrywam, że tematy „zielonych bloków” pojawiają się dość często na tej płycie, ale jeżeli ma to być płyta prawdziwa, to nie ma innego wyjścia. Wiesz, ja nie jestem w stanie wyrwać się z tego, nie mogę zapominać, gdzie się wychowałem i jak wyglądała większość mojego życia, szczególnie tu – w Fordonie. To wszystko kształtowało przecież moje doświadczenia, sprawiło, że jestem taki, a nie inny. Nie mogłem więc do końca uciec od tego brudu, od życia – nie bójmy się tego słowa – na blokowisku. Nie zmienia to jednak faktu, że w swoich tekstach poruszam też wiele innych spraw, zdecydowanie głębszych niż bloki i jointy. Dość często pojawia się motyw przemijania, śmierci, która jak wiadomo jest nieunikniona, wisi nad każdym z nas, jako jedyna pewna rzecz w życiu.

Do tych tekstów, przemyśleń dograłeś bardzo old schoolowe dźwięki. Nie poszedłeś w jakieś do bólu współczesne drum’n’bassowe, czy wręcz dubstepowe klimaty. Słychać tu raczej korzenie hip hopu. Szczególnie tego polskiego – w tych kilku numerach, które słyszałem wyraźnie czuć ducha Kalibra 44 czy Paktofoniki. Czy był to efekt zamierzony, to znaczy chciałeś zrobić właśnie taką, old schoolową płytę, czy raczej wyszło to w czasie pracy?
Wiesz co, nie zastanawiałem się nad tym chyba. Ja po prostu tak czuję muzykę. Oczywiście doceniam współczesną muzykę, dubstep i tym podobne. W ogóle w muzyce najbardziej doceniam to, że wciąż się rozwija, że nie stoi w miejscu. I właśnie dlatego uważam również, że tworząc swoją muzykę należy czerpać ze wszystkich jej zasobów, ze wszystkich epok – zarówno z klasyki, jazzu, jak i z nowszych gatunków. Ale wracając do twojego pytania, to tak – old schoolowa muzyka jest mi zdecydowanie najbliższa. Wiesz, żywe instrumenty, analogowe brzmienie – to jest to, co mnie najbardziej interesuje. Jak widzisz mieszkam w bloku, bez specjalnych wygód i dlatego, że nie miałem nigdy warunków by nagrywać tu z całym zespołem, zawsze zależało mi na tym, żeby moja muzyka brzmiała jednak tak, jakby grał ją zespół na żywo. Czy mi się to udało, czy nie – nie mnie to oceniać, ale taki był właśnie cel nadrzędny, żeby ta muzyka brzmiała jak najbardziej naturalnie.

Czyli co, wszystkie dźwięki, które usłyszymy na tej płycie, wszystkie pianinka, bas i tak dalej, to nie są dźwięki wygenerowane przez ciebie na komputerze, tylko rzeczywiście brałeś bas do ręki i na nim grałeś, siadałeś przy klawiszach i grałeś na nich?
Tak, dokładnie. Wszystkie te dźwięki, akordy wypływają z mojej głowy z mojego serca i rzeczywiście zagrałem je na żywych instrumentach. Jeśli zaś idzie o kwestie techniczne, to muszę przyznać, że jestem w tej kwestii dość ortodoksyjny i na przykład prawie zawsze korzystam z perkusyjnych loopów (z ang. „loop” – pętla) właśnie dlatego, że mimo ogromnego postępu technologicznego na komputerze nie jestem w stanie oddać tego klimatu, który żywy perkusista ma praktycznie od zaraz, który wypływa z niego w pewien naturalny sposób. Żywy pałkarz może sobie coś zagrać od niechcenia i uzyska pewien efekt, którego ty na komputerze nie uzyskasz nigdy. Dlatego w moich numerach słychać wyłącznie loopy dźwięków nagranych przez żywych perkusistów. Tylko w ten sposób byłem w stanie uzyskać dźwięki żywej perkusji, a tylko to mnie interesuje. To samo dotyczy pozostałych instrumentów, sampli. Chodziło mi o to, by brzmienie było jak najbardziej naturalne. Aczkolwiek nie uciekałem też od nowoczesnych efektów, jak choćby glitchowania perkusji (z ang. „glitch” – krótkotrwałe zakłócenie), choć może nie jest to tak istotne dla przeciętnego słuchacza…

Rozumiem, że sprawne ucho wyłapie ten efekt?
Tak, ktoś kto zna się na rzeczy powinien wyłapać to, że trochę powyginałem tę perkusję, choć starałem się to zrobić tak, żeby brzmiała możliwie najbardziej naturalnie.

Wracając do sampli i przemijania, to z tego co słyszałem nie brakuje tam wstawek różnych wielkich person polskiej sceny muzycznej, którzy już odeszli. Usłyszymy więc Niemena, Violettę Villas… Czy jest to twój hołd dla tych, których nie ma już z nami, ale wciąż żywa jest ich muzyka?
To się wiąże z całym moim spojrzeniem na koncepcję sztuki w ogóle, na to w jakich żyjemy czasach. Naprawdę wierzę w to, że są to czasy postmodernizmu i wszystko w temacie muzyki już powstało, a my możemy tworzyć nowe rzeczy wyłącznie poprzez mieszanie różnych gatunków w taki sposób, by uzyskać coś nowego. Widzę to tak, że biorąc dwa elementy z przeszłości, mieszając je tworzę nowy, trzeci element. Co się zaś tyczy samych sampli, to dość istotne w procesie powstawania tej płyty były moje doświadczenia jako dj’a. Zawsze słuchałem bardzo dużo muzyki i samplowanie strasznie mnie jara (z ang. „sample” – próbki, kawałki numerów, wokali itp.). Zawsze lubiłem czerpać z innych utworów, wycinać ich kawałki i sklejać w nową całość. Tak się złożyło, że na tej płycie dość wyraźnie przewija się wspomniany motyw śmierci, dlatego postanowiłem zsamplować klasyków – Niemena, Jantar, Villas. Oczywiście w przypadku tej ostatniej sample niejako dogrywałem „na szybko”, co było efektem niedawnej śmierci pani Violetty.

Skoro padło już hasło „na szybko”, to powiedz jak długo pracowałeś nad tą płytą? Ile czasu minęło od pomysłu do nagrania?
Pomysł zrodził się już jakiś czas temu. Do jego realizacji zmotywował mnie wspomniany Dj Feel-X, z którym spotkałem się w marcu ubiegłego roku. Jak wiesz muzykę, beaty robiłem praktycznie od zawsze. Zajmuję się tym od blisko 25 lat. Zawsze robiłem muzę na komputerze, ale też zawsze ograniczałem się wyłącznie do beatów. Jakiś czas temu doszedłem jednak do wniosku, że tym co ludzi najbardziej pociąga w muzyce jest głos. Ludzkie ucho w pewien naturalny sposób dostraja się do ludzkiego głosu, poszukuje go w muzyce. Również jako dj przekonałem się o tym, że utwory wyłącznie instrumentalne nie mają takiej szansy przebicia, jak te, w których słychać wokal. Zaryzykowałbym wręcz stwierdzenie, że jedno dobre słowo jest w stanie poruszyć bardziej niż tysiąc dźwięków. Mieszkając przez tydzień u Feel-X’a w studiu widziałem jak wielką pasją wykazują się ludzie na południu Polski, determinacją do robienia własnej muzyki. Bardzo mi to zaimponowało. Kiedy patrzyłem na śląskich raperów wkładających całe serce w to, by nagrać swoje numery stwierdziłem, że ja też tak chcę, że chcę wykorzystać te teksty, które piszę od lat, dać coś od siebie… Wtedy właśnie postanowiłem nagrać tę płytę. Można więc powiedzieć, że wybór tekstów, stworzenie nowych, dogranie muzyki, zaśpiewanie tego i zmiksowanie zajęło mi 10 miesięcy. Było to jednak 10 bardzo intensywnych miesięcy niewychodzenia z szafy. (śmiech) Jak być może zauważyłeś ostatnio już prawie w ogóle nie gram imprez. Myślę, że jako dj zdążyłem się już znudzić naszej bydgoskiej publiczności. Oczywiście jestem w stanie to zrozumieć, w końcu ile razy można słuchać tego samego. (śmiech)

No tak, ale dla ciebie jest to chyba również jakiś krok naprzód. Nie należysz przecież do tego gatunku dj’ów, którzy po prostu puszczają płyty. Zawsze nadajesz temu jakiś swój charakterystyczny styl, czy to skreczem, czy samym sposobem grania, co jednak nie zmienia faktu, że jest to po prostu granie na imprezach. Tymczasem w przypadku wielu dj’ów, których znam przejście od grania numerów do ich produkcji, tworzenia było w pewnym sensie wejściem na jakiś wyższy level. Wielu z nich wręcz dąży do osiągnięcia tego poziomu…
Fajnie, że poruszyłeś ten temat, bo u mnie to było trochę inaczej. Wiesz, ja zawsze myślałem o sobie przede wszystkim jako o osobie, która komponuje muzykę. Dj‘em zostałem później. Postrzegam siebie jako muzyka, bo muzykę robię praktycznie od dziecka. Dopiero po jakimś czasie pojawiła się moja fascynacja gramofonem jako instrumentem. Zacząłem go tak postrzegać, kiedy usłyszałem pierwszy raz skrecze („rysowanie płyt” / z ang. „scratch” – rysa). To były czasy, w których adaptery nie były powszechnie postrzegane jako instrumenty. Ich potencjał twórczy był niedoceniany czy wręcz ignorowany. Ja jednak stwierdziłem, że gramofony to jest coś, co idealnie do mnie pasuje. Poczułem, że grając z decków (z potocznego ang. „deck” – adapter, gramofon), jestem w stanie najbardziej zbliżyć się do odtwarzania ludzkiego głosu, mając jednocześnie możliwość modulowania, przetwarzania go. Bardzo się w to wkręciłem.
Podkreślam więc po raz wtóry, że zawsze patrzyłem na gramofon jako na instrument, co nie zmienia faktu, że cała ta kwestia miksowania płyt przyszła do mnie z czasem, początkowo trochę to ignorowałem. Oczywiście dziś mam świadomość tego, że – szczególnie dla odbiorców na imprezach – miksowanie muzyki może być ważniejsze od jej tworzenia, ale musisz mnie zrozumieć, ja zawsze traktowałem siebie przede wszystkim jako instrumentalistę i nie byłbym w stanie ograniczyć się wyłącznie do miksowania.
Jako dj grałem naprawdę na wielu, najróżniejszych imprezach. Grywałem na otwarciu galerii handlowych, grałem w undergroundowych klubach, na wielkich imprezach dla kilku tysięcy ludzi, grałem też na weselu… Dlatego mam świadomość, że moja „niewinność muzyczna” została w jakiś sposób „zgwałcona”. Jako dj przeszedłem już wszystko – od klasyki po disco polo – i w którymś momencie doszedłem do wniosku, że najważniejsze nie jest to CO gram, ale W JAKI SPOSÓB gram, jak łączę numery, które gram. Tak jak mówiłem wcześniej, najlepiej jest jeśli dj mieszając dwa różne gatunki muzyki tworzy tym samym gatunek trzeci – to mnie zawsze najbardziej jarało. Nie zmienia to jednak faktu, że wiele osób przychodzących na moje imprezy zaczęło mi zarzucać, że od strony repertuarowej nie rozwijam się. Rozumiem ich, bo dla mnie jako muzyka dj-ing to zawsze była jakaś forma uwsteczniania się. Ja zawsze słuchałem dużo muzyki klasycznej, dużo jazzu i to zejście do świata robienia imprez, grania dla ludzi muzyki popularnej to zawsze było swego rodzaju zejście o poziom niżej.
Bo nie ukrywajmy – granie imprez w klubach jest bardzo specyficzne. Zazwyczaj nie grasz na nich muzyki, której słuchasz w domu, tylko grasz to, co „działa” na ludzi – nawet jeżeli niektóre kawałki grasz po raz setny. Niektóre numery się po prostu nie starzeją i będą ludzi bawić zawsze. Dlatego zawsze będę na imprezach wracał do Jamesa Browna czy Californii 2PAC'a, ale też zawsze będę starał się te utwory zagrać inaczej, zawsze będę się starał podejść do tematu maksymalnie kreatywnie. Ja po prostu wierzę w to, że klasyki zawsze pozostaną klasykami, do których reszta będzie starała się dorównać.

Czyli to podejście wyjaśnia również fakt, że twoja debiutancka solowa płyta będzie taka a nie inna? Że będzie bardziej klasyczna niż nowoczesna?
Nie do końca. Wiesz, sam fakt, że w swojej stylistyce na tej płycie odnoszę się do pewnych starszych, klasycznych klimatów nie przekreśla tego, że będzie ona na swój sposób nowoczesna. Rzeczywiście od strony brzmieniowej będzie to na pewno ukłon w stronę analogu – nie syntezatorów, a właśnie gitary basowej, pianina, Organów Hammonda… Z drugiej strony będzie też sporo turntablismu (sztuki grania na gramofonach / z ang. „turntable” – talerz gramofonu). Praktycznie w każdym numerze pojawiają się skrecze, co oczywiście wynika z mojej fascynacji tym instrumentem, który moim zdaniem w tym kraju wciąż jest trochę niedoceniany. Wiesz, chodzi mi o to, że do muzycznego mainstreamu w polskiej muzyce raczej nie zaliczają się numery opierające się wyłącznie na skreczu. Ja postanowiłem nagrać numer, w którym same skrecze tworzą zwrotki i refren. Nie jest to nic nowego na świecie, ale w Polsce wciąż stanowi margines.

Jak to? Przecież nawet wspomniany przez ciebie DJ Feel-X stworzył na drugiej płycie Kalibra numer oparty głównie na skreczu…
Tak, oczywiście. Ja nie mówię, że jestem w tej kwestii jakimś nowatorem, że nikt tego wcześniej nie zrobił. Wręcz przeciwnie, w hip hopie skrecz jest elementem wręcz klasycznym i mam świadomość, że ja tu nic nowego nie wnoszę. Nie zmienia to jednak faktu, że nie ma takich numerów zbyt wiele. A ciągnąc ten wątek klasyki dodam jeszcze, że pomimo faktu, że żyjemy w XXI wieku, w którym w dj’ce dominuje system Serato umożliwiający skreczowanie na komputerze, ja na tej płycie postanowiłem skreczować wyłącznie na winylu. Daje to zdecydowanie cieplejsze brzmienie i dla mnie jako muzyka zdecydowanie większą frajdę. Wiesz, chodzi właśnie o ten szerszy koncept całości. Zresztą poprzedniego winyla, którego wydałem, też nagrałem wyłącznie na samplerze i rejestratorze KORG'a. Lubię nagrywać z pewnym takim założeniem, że towarzyszy temu jak najmniej „sztucznych”, cyfrowych spraw.

Ok, odłóżmy sprawy techniczne na bok. Nie korciło cię, żeby nagrać płytę, na której znajdzie się więcej „featuringów”, na której pojawią się jacyś znani goście ze świata polskiego hip hopu?
Korciło, nawet bardzo. Taki miałem pomysł na samym początku myślenia o nagraniu tej płyty, że trochę „podczepię” się pod sławę osób, które poznałem w czasie mojej drogi jako dj. Zamierzałem poprosić kilku artystów o nagranie wokali pod mój beat, ale starzy wyjadacze hiphopowej sceny znają podstawowe prawo show biznesu, że „kasa najlepiej dzieli się przez jeden”. Bo nie ukrywajmy, że jestem debiutantem i ci znani hiphopowcy po prostu nie widzieli w tym interesu.

Ale podjąłeś w ogóle próby nawiązania takiej współpracy?
Tak, oferowałem ją kilku osobom. Żeby było jasne – absolutnie nie mam do nich żalu, że odmówili. Mam świadomość tego, że dla nich jestem człowiekiem znikąd, który robi beaty, a takich ludzi jest naprawdę bardzo wielu…

Rozumiem, że dla nich nie byłby to żaden zaszczyt…
Przede wszystkim nie byłby to dla nich żaden interes. Tak jak mówię, kasa najlepiej dzieli się przez jeden i kto może stara się to prawo wprowadzać w życie. Ja zaś przez te lata nauczyłem się tego, że jeśli umiesz liczyć, to wiesz, że najlepiej jest liczyć na siebie. Nie ma sensu namawiać do współpracy osób, które tego nie chcą. Nie warto robić nic na siłę. Tak jak mówię, próbowałem parę razy i najlepszy odzew miałem ze strony Feel-X‘a, z czego zresztą bardzo się cieszę. Summa summarum nie mogło wyjść lepiej.
Oczywiście nie wykluczam „featuringów” w przyszłości i myślę, że jest to bardzo fajna sprawa, tyle że mam świadomość, że żeby dojść do „featuringów” z artystami z pewnego pułapu trzeba być na tym samym pułapie, albo naprawdę mieć wielkie szczęście, albo bardzo dobre układy. W moim przypadku tak nie było i może nawet dobrze się stało, bo zmotywowało mnie to do nagrania w całości mojej, autorskiej płyty.

Kiedy płyta Grzana – Czlowiek z Szafy trafi na sklepowe półki?
Premierę zaplanowałem na dzień swoich urodzin, czyli na 18 sierpnia bieżącego roku.

Masz już wydawcę?
Tak, wszystko wskazuje na to, że wyda ją Feel-X w swojej wytwórni Siła-Z-Pokoju.

Ok, na koniec powiedz mi, proszę, do kogo adresowana jest ta płyta?
Moim założeniem jest, żeby moja muzyka trafiała do jak najszerszego grona słuchaczy. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że jest ona utrzymana w takiej, a nie innej stylistyce, że są na niej poruszane takie, a nie inne tematy zdaję sobie sprawę, że może się ona spodobać przede wszystkim fanom prawdziwego hip hopu artystycznego, bezkompromisowego. Podkreślam to jednak po raz kolejny, nie widzę nic złego w muzyce pop, choć robiąc coś jednak bardziej alternatywnego czy wręcz niszowego, mam gdzieś tam w głębi takie pragnienie, żeby ta muzyka docierała do możliwie najszerszego kręgu słuchaczy. Po prostu chciałbym, żeby trafiła do wszystkich… Z zastrzeżeniem, że nie jest ona skierowana raczej do słuchaczy nieletnich.

Ale co, dużo jest na niej wulgaryzmów? Rzucasz k… i ch… na lewo i prawo?
Nie, bardziej chodzi tu o pewną jej surowość i brutalność przekazu, które sprawiają, że lepiej byłoby, żebyś miał ukończone 18 lat zanim sięgniesz po tę płytę.


Wojciech Grzankowski, lepiej znany jako dj G.R.Z.A.N.A – performer, producent, turntablista.
Od zawsze ukierunkowany na muzykę: hip hop, jazz, funk, reggae. W 2005 roku pod pseudonimem Chainsaw Massacre wyprodukował w Londynie winylowy battle break Step in to my Sampler. Trzy lata później wraz z bydgoską formacją The Cyclist nagrywa płytę Gymnastics.
Aktywnie uczestniczy w życiu bydgoskiej awangardy skupionej wokół klubu Mózg współtworząc liczne projekty hiphopowo-free jassowe.
Współpracował m.in. z: dj Feel-X, Kofi Karikari (Jamiroquai), Variete, Sami Szamani, The Cyclist, Dubska
Otwierał akty przed takimi personami światowej muzyki jak: dj Shadow, dj Vadim, Masta Killa, Afu-Ra, Necro, O.S.T.R., Don Guralesko, Pezet, FISZ i wieloma innymi.
W 2010 roku jego Agencja Artystyczna 4don zorganizowała pierwsze na świecie mistrzostwa dj’ów korzystających z systemu Serato Scratch Live.
Pozostałe pseudonimy artystyczne Grzany to: Grzanko MuzyKant, dj 4don, dj Syn Kopa, Chainsaw Massacre, Freddie Freeloader.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start