Festiwal Prapremier 2016

  • Listopad 2016
  • Kuba Ignasiak (kig), Michał Tabaczyński (mt), Emilia Walczak (emi)

Wiele żartów wymieniliśmy na temat festiwalu, ale tak naprawdę nie było nam do śmiechu. Bydgoszcz ma kilka świetnych festiwali, ale o żadnym z nich nie mogliśmy przeczytać na pierwszej stronie bulwarówki. A niemal wszystkie na taką uwagę zasługują. Zasługują na to, żeby o nich dyskutowali ludzie, żeby zdjęcia z odbywających się w ich ramach wydarzeń zdobiły pierwsze strony gazet, tygodników opinii, nawet brukowców, żeby mówiły o nich ogólnokrajowe telewizje – marzymy o tym skrycie, ale wiemy, że się nie doczekamy.
Doczekaliśmy się namiastki tego zainteresowania przy okazji Festiwalu Prapremier. I nie tylko tego. Doczekaliśmy się kilku zgłoszeń do prokuratury, doczekaliśmy się wstydliwych zapowiedzi władz samorządowych dotyczących możliwości wprowadzenia cenzury ekonomicznej. W przeciwieństwie do niemal wszystkich składających te zawiadomienia, widzieliśmy nie tylko ten (tak, ten!) spektakl, ale i wszystkie inne przedstawienia.
Widzieliśmy wszystkie przedstawienia i wiemy, że widzieć – a tym bardziej oceniać – ten festiwal przez pryzmat jednej okładki jest rzeczą intelektualnie wstydliwą. Szczęśliwie – nie jest to nasz wstyd. Niech się wstydzą ci, którzy powinni. Niech wstydliwi nazwą nas bezwstydnymi – by odwołać się tą frazą do wielkiego greckiego poety, skoro już Grecja była specjalnym gościem tego festiwalu.
Prapremiery w 2016 roku były przebogate: chwilami ostre i kontrowersyjne, a chwilami – piękne i delikatne. By przekonali się o tym bogactwie ci, którzy go nie doświadczyli (także ci, którzy byli na tyle bezwstydni, by nie powstrzymywało ich to przed zatrudnianiem prokuratury), dzielimy się z Państwem naszymi wrażeniami. Pominęliśmy te spektakle wyprodukowane w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, które bydgoska publiczność mogła zobaczyć już wcześniej i o których zdążyliśmy nawet pisać.

Redakcja „BIK”

Wszystko o mojej matce

reż. Michał Borczuch | Teatr Łaźnia Nowa POLSKA

Bardzo osobisty spektakl Michała Borczucha i Krzysztofa Zarzeckiego na otwarcie festiwalu. Osobisty, bo opowiadający historie ich matek, a jednocześnie ich samych (przynajmniej do pewnego stopnia). I niby wszystko fajnie, tylko trochę nie wiem po co. Po pierwsze, po co ktoś opowiada mi historię swojej matki niejako pozbawioną puenty (bo dla widza z tych historii nie wynika nic); po drugie, nie wiem po co, a właściwie dlaczego akurat ten spektakl otwierał festiwal poświęcony różnym odmianom kryzysu? Raz, że kryzysów raczej próżno w nim szukać (może poza osobistymi, a i tych tu jak na lekarstwo), dwa, że był to zdecydowanie jeden ze słabszych punktów tegorocznego programu. Przydługie sceny, nierówna gra aktorska (znakomici Zarzecki i Halina Rasiakówna, którym reszta zespołu nie ma szans dorównać) i niezbyt porywające historie nie pozwalały zapomnieć o długich minutach wolno mijających w teatralnym krzesełku. Podobały mi się natomiast nawiązania do filmów Pedra Almodóvara, od którego panowie zaczerpnęli tytuł, w postaci wysunięcia kobiet na pierwszy plan, komicznych scen z językiem hiszpańskim w tle i cudownych strojów, które aktorki przywdziewają. Reasumując – spektakl mocno przeciętny, bez polotu, bez pazura, z drobnymi smaczkami, które ratowały go od kompletnej porażki. (kig)

 

Tego wszystkiego, tego tytułowego wszystkiego nie ma zbyt dużo i na tym zresztą polega konstrukcja tego przedstawienia, na braku jest oparta jego forma. W poszukiwaniu straconych matek, po prostu. Rzecz nie do odzyskania i obaj pozbawieni matek chłopcy chyba już o tym wiedzą, co ma istotny wpływ na opowiadaną historię. Stąd ta frywolność, manieryczna fantazyjność, stąd bezwstydność niektórych scen, która nie tyle jest prowokacją czy zgrywą, ale wyrazem bezradności. Nie idzie mi o bezradność twórców wobec teatralnej materii, ale raczej o ich motywację albo perspektywę: bezradni wobec wspomnień (a właściwie: ich braku) uciekają w groteskę, fantazję, śmiesznostkę. (mt)

 

Wspólny projekt teatralny Michała Borczucha i Krzysztofa Zarzeckiego, za pomocą którego panowie zdają się wykonywać „pracę żałoby” po swoich zmarłych na raka matkach. W ubiegłym roku na FPP mogliśmy oglądać spektakl pierwszego z nich – poświęconą osobie P.P. Pasoliniego Apokalipsę. Tym razem mamy nawiązanie do innej postaci europejskiego kina – do Pedra Almodóvara. Co jeszcze łączy oba przedstawienia, to to, że jak zwykle w przypadku Borczucha niektóre sceny przeciągnięte były tu ponad miarę. Redukcja, kondensacja i większa dynamika spektaklowi na pewno wyszłyby na dobre. Zapamiętałam też wypowiedzianą przez Zarzeckiego na scenie kwestię mówiącą o tym, że za publiczne pieniądze realizuje wraz z Borczuchem projekt o charakterze tak bardzo osobistym i czy to jest OK względem podatnika. Jeśli o mnie chodzi, OK – lepiej wszak osobisty niż jakiś narodowy np., natomiast można to było zrobić znacznie lepiej. Być może jestem zbyt surowa w swoich ocenach, możliwe też, że coś mi umknęło, ale faktem jest, że akurat Wszystko o mojej matce zapisało się w mojej pamięci jako zdające się nie mieć końca pasmo mąk. (emi)


Naše nasilje i vaše nasilje

reż. Oliver Frljić 

Niewątpliwie najgłośniejszy spektakl Festiwalu Prapremier 2016. Niestety, nie dlatego, że był tak świetny (był dobry, ale bez przesady), tylko dlatego, że reżyser, Oliver Frljić, wykorzystał w nim polską flagę w dość niedwuznacznych sytuacjach. Nie będę pisał, w jakich, bo chyba wszyscy już to wiedzą, dodam jedynie, że szum, jaki zrobił się wokół tego przedstawienia, jest idealnym odzwierciedleniem nastrojów społeczno-politycznych w kraju. Posypały się donosy do prokuratury, że przedstawienie Frljicia jest prowokacją i obraża Polskę, Polaków, chrześcijan. Owszem, to bardzo mocny spektakl, który, owszem, obraża, ale nie Polskę i Polaków, tylko Europę i Europejczyków. Obnaża ich hipokryzję, wygodnictwo, bezmyślną pogoń za pieniądzem, usprawiedliwianą deklaracjami wiary, miłości i moralności. Deklaracjami, warto dodać, często bez pokrycia, wygłaszanymi ot tak, by uspokoić własne sumienie. Cały szum wokół spektaklu wzniecili zresztą ludzie, którzy go nie widzieli (sic!), a jedynie posiłkowali się jedną (sic!) z wielu recenzji, które się ukazały. Nie muszę chyba tłumaczyć, że składanie donosów „popełnienia przestępstwa”, jeśli nie było się jego świadkiem i słyszało się o nim jedynie kilka wyrwanych z kontekstu zdań od osoby trzeciej, jest lekką przesadą, graniczącą z absurdem.
A spektakl? Jak to u Frljicia – mocny, wyrazisty, prowokujący, brutalny. Ale był taki nie tylko po to, żeby epatować tymi emocjami. One były jedynie środkiem do celu, którym miała być refleksja. Refleksja nad światem, nad własnym krajem, nad sobą. Refleksja nad własną i ogólną hipokryzją, która, jak kapitalistyczny rak, toczy świat. Refleksja, która pozostała na dłużej, choć obraza uleciała po chwili. Żeby to zrozumieć, trzeba to jednak zobaczyć, doświadczyć całości, zastanowić się. Szkoda, że nie dla wszystkich to jest oczywiste. (kig)

 

Uparcie trzymam się twierdzenia, że był to jeden z lepszych spektakli tegorocznych Prapremier, i to bez względu na wszystkie kontrowersje z nim związane i tych kontrowersji konsekwencje o ogólnopolskim zasięgu. Te akurat były do przewidzenia nie tylko przez jasnowidza z Człuchowa – żyjemy bowiem, gdzie żyjemy. Tym bardziej potrzebne są w tym kraju, jak sądzę, przedstawienia w rodzaju Naše nasilje… – dosadne, mocne, dające do myślenia nad światem, lecz przede wszystkim chyba nad samym sobą. Myślenia krytycznego, dodajmy. Ja np. opuściłam mury TPB z poczuciem głębokiej winy. Winy, zaznaczmy, nie obrazy! Ja się nie obrażam – tę chorobę wieku dziecięcego mam już na szczęście dawno za sobą – a każdą krytykę przyjmuję z namysłem i konieczną w tym przypadku autorefleksją. I naiwnie być może żywię po tym spektaklu nadzieję, że jego widzowie zapamiętają z niego nie tyle scenę, gdy pani Arabka wyciąga sobie z wiadomych miejsc wiadomo co, co pochodzący z offu oskarżycielski monolog skierowany w faszyzującą Europę, czyli w nas. Dziękuję! (emi)

 

Wiele hałasu… Nie, żeby o nic, szło bowiem w tym spektaklu o rzeczy najważniejsze, o bolesne sprawy: naszych win, naszych powszechnych strategii przemocy (wobec innych i wobec nas samych), naszego okrucieństwa. I – jak w takich przypadkach bywa – Frljić reżyseruje młotem: dyskurs przemocy jest zaraźliwy, zaraża retorykę, zaraża obrazy – a te są wyjątkowo w tym spektaklu mocne, wyraziste, sugestywne. Reakcje na te niecałe półtorej godziny, które wstrząsnęło Polską, dokładają kolejne problemy: wolności sztuki, jej granic, odwagi, odpowiedzialności i powściągliwości władzy. (mt)


Pornografia późnej polskości

reż. Weronika Szczawińska | Galeria Labirynt POLSKA

Byłem. Widziałem. Żałuję. Bardzo. Pornografia… to wykład performatywny na niezwykle pojemny (i potencjalnie ciekawy) temat, który został koncertowo, za przeproszeniem, spaprany. Był nudny, źle napisany, źle opowiedziany, źle zagrany. Nawet żarty, których nie brakowało, były złe. Potwornie złe. Na szczęście całość trwała nie więcej niż 45 minut, co było niewątpliwie największą zaletą tego spektaklu. (kig)

 

Otchłanne możliwości, atrakcyjna forma wykładu performatywnego, aktualny temat. Niestety, niczego nie wykorzystano. Nie ma o czym pisać. Oprócz żalu i poczucia zmarnowanej szansy. (mt)


Late Night

reż. Blitz Theatre Group GRECJA

Coś pięknego! Nie wiem, czy nie najlepszy punkt FPP 2016 (w mych wahaniach o palmę pierwszeństwa walczy z Empire, ale o tym później). Oto stajemy się uczestnikami niezwykłego bankietu. Potańcówki na ruinach Europy. Tu również dominują dłużyzny, ale tu (w przeciwieństwie do Pornografii… i Wszystkiego o mojej matce) one nie bolą – ani dosłownie, ani w przenośni. Taneczne sceny, przerywane urwanymi monologami i cyrkowymi sztuczkami na poziomie mocno amatorskim, pełne są melancholii i poczucia humoru. Takiego prostego, często sytuacyjnego, momentami wręcz groteskowego. Ale ten humor przemawia do widza, umila mu pobyt w teatrze, podczas którego coraz dobitniej zdaje sobie sprawę, że „tu się już nic nie wydarzy”. Bo też nic już wydarzyć się nie może. Po co więc trwać w tym bezsensie i czekać bezczynnie na to, co nieuchronne, skoro można w tym czasie zatańczyć w parach, zrobić fikołka, a może nawet szpagat (któremu daleko do tego w stylu JCVD)? Late Night to przede wszystkim zabawa formą, za którą jednak kryje się treść. Ta treść wielokrotnie przewijała się w kolejnych festiwalowych punktach (zaduma nad kondycją Europy, nad zbliżającą się apokalipsą), jednak forma przedstawienia w wykonaniu greckiego Blitz Theatre Group była tak rozbrajająco powalająca, tak beztroska, tak prawdziwa, że trudno byłoby się jej oprzeć. Mnie się nie udało. (kig)

 

Tragedia pomieszana z klaunadą i… teatrem tańca? Tańce te odbywały się na (scenograficznie dosłownych) gruzach zniszczonej przez wojnę Europy. Wojnę wyimaginowaną, ale przecież jak najbardziej możliwą, i to – gdyby dobrze sprawę przemyśleć – w najbliższej już przyszłości… Była w tym wszystkim (zarówno w tańcu, jak i w błazenadzie) straszna jakaś, przerażająca wręcz żarliwość, determinacja, w których bohaterowie (trzy damsko-męskie pary) zatracali się bez reszty, aby tylko nie myśleć o nieodzownym końcu. A był to nie tylko koniec, autodafe Europy; podskórnie czuło się, że chodzi o cały świat. Osobiście znalazłam tu coś w klimacie katastroficznego dekadentyzmu à la Tadeusz Konwicki czasów Salta (taniec!) i Wniebowstąpienia (czyściec?), choć dobrze wiem, że związek między greckim spektaklem z 2012 r. a polskimi filmem i książką z drugiej połowy lat 60. XX wieku jest raczej niemożliwy. Za to wykorzystanie przejmującego utworu Chinawoman Lovers Are Strangers trafione w punkt! Zresztą, nawet Chinawoman nie występuje już jako Chinawoman, a Michelle Gurevich… Wszystko nieodwołalnie zmierza do końca – czas się z tym pogodzić. (emi)

 

Mój faworyt tegorocznego festiwalu – niby klasycznie piękny, ale jednak grający z cierpliwością widza i ponad miarę, niemal do granic cierpliwości wydłużający sceny tańca: obłąkanego, zapamiętałego, obsesyjnego. Ten walc na gruzach Europy (dosłownie!) wydaje się – teraz, kiedy o tym piszę – straszną łatwizną, tym większa zasługa Grupy Blitz, że z takiego banalnego obrazu zdołała zrobić coś takiego! W tym ekstatycznym tańcu, walcu do utraty tchu, ostatnim walcu tego świata znać naszą obecną kondycję niż w jakiejkolwiek werbalnej deklaracji, znać beznadzieję i wyczerpanie, znać przeczucie końca albo sam koniec nawet – płomienny i dostojny jak walc. (mt)


Europeana

reż. Jan Mikulášek | Divadlo Na zábradlí CZECHY

Czeski Monty Python! Banda niechlujnych i zdecydowanie nieatrakcyjnych urzędasów opowiada nam losy Europy XX wieku. W tych opowieściach zestawiają ze sobą Holokaust z wynalezieniem biustonosza. Mieszają wątki, mieszają historie, mieszają nam w głowach. W jednym zdaniu potrafią wychwalać i negować dany wynalazek XX stulecia. Są przy tym przekomiczni, choć bywają obleśni. Palą jak smoki, piją do upadłego, masturbują się, tańczą, odpalają trujący gaz. Jeden wielki absurd ilustrujący najnowszą historię Starego Kontynentu. Świetnie zagrany i świetnie opowiedziany, czego dowodem niech będą co rusz wybuchające salwy śmiechu na widowni. Nie było to arcydzieło, ale i tak wielkie brawa. (kig)

 

Spektakl na podstawie arcyciekawej, przetłumaczonej na ponad 20 języków książki pt. Europeana. Zwięzła historia XX wieku autorstwa czeskiego pisarza, poety, eseisty i tłumacza Patrika Ouředníka (ukazała się w Polsce w 2005 r. nakładem sejneńskiego wydawnictwa Pogranicze). Książki-przewodnika, dodajmy; bedekera po dziejach europejskiej nikczemności, arogancji, głupoty i szaleństwa XX wieku. I taki również był spektakl w reżyserii Jana Mikuláška! Kiedy zobaczyłam scenografię autorstwa Marka Cpina, pomyślałam sobie, oszołomiona: „Wow! Czesi to jednak potrafią!”. A kiedy na scenie pojawili się aktorzy i rozpoczęli swą groteskową grę, z minuty na minutę umacniałam się w tym przekonaniu coraz bardziej. W mojej recepcji Europeana była hipnotyzującą, niedającą ani przez moment wytchnienia, fascynującą, choć bolesną podróżą przez dziwaczny XX wiek. Histerycznej przejażdżce tej o tragikomicznym zabarwieniu towarzyszył absorbujący akompaniament: od Sag mir, wo die Blumen sind, przez Marsyliankę, aż po Hey Boy, Hey Girl The Chemical Brothers. W połączeniu z opowieścią o wojnach i obozach, śmierci i upadku dawało to efekt dość schizofreniczny, ale czyż w wizji Ouředníka wszyscy nie jesteśmy schizofrenikami właśnie? (emi)

 

Książka Ouředníka jest wspaniałym bibelotem, doskonale wpisuje się w tradycję (jedną z kilku w XX wieku) czeskiego eseju, jest lekturą słodko-gorzką, zresztą wspaniałą, ale trudno sobie wyobrazić jej skuteczne przeniesienie na scenę. A co dopiero przeniesienie tak brawurowe, jak to, które mieliśmy okazję zobaczyć. Moje bohemistyczne wykształcenie (marne, bo na wpół martwe, ale jednak) pozbawia mnie części humorystycznego efektu, jaki w rodakach wywołuje czeszczyzna – mnie ona sama nie śmieszy, dlatego spektakl (pomimo niewątpliwego komediowego sznytu wielu scen) przejął mnie grozą. (mt)


Balet koparyczny

koncept/choreografia/wykonanie: Iza Szostak | Ośrodek Dokumentacji Sztuki Tadeusza Kantora Cricoteka POLSKA

Na to czekałem najbardziej. Od roku! I nie zawiodłem się. Balet koparyczny Izy Szostak to przepiękny, niezwykły taniec rozpisany na dwie koparki. Takie prawdziwe, co to na co dzień w ziemi kopią. Tu jednak stają się przedłużeniem tancerzy, ich kostiumem, industrialnym awatarem, przykładem przepięknej symbiozy człowieka z maszyną. Treść Baletu… pokrótce streściłem. Formy słowami opowiedzieć się nie da. To, czego doświadczyłem w Bydgoskim Centrum Targowo-Wystawienniczym, wręcz ścięło mnie z nóg. Performance zaczyna się niewinnymi „zalotami” koparek przy dźwiękach głośnej elektronicznej muzyki. Z czasem muzyka cichnie i zamiast niej halę wypełniają dźwięki silników spalinowych i pneumatycznych ramion koparek-aktorów, którzy spajają się w coraz bardziej zmysłowym tańcu, by w końcu oddać się niewinnym igraszkom. Ogromny wkład pracy. Niesamowita choreografia! Godny podziwu kunszt panowania nad maszyną, na co dzień jednak obcą, nie tak banalną jak samochód np. Pomijam fakt „zrobienia papierów” na koparki przez tę dwójkę (to była konieczność), ale styl, w jakim udało im się okiełznać te pozornie bezduszne maszyny, naprawdę robi wrażenie. Jeśli kiedyś będziecie mieli okazję zobaczyć, czy raczej doświadczyć, Baletu koparycznego – zróbcie to. Gwarantuję, że czegoś takie na żywo jeszcze nie widzieliście. (kig)

 

Delikatne oblicze posthumanizmu jest tym cenniejsze, że rzadsze. To było niezwykle cenne. I jakoś atrakcyjne. Piękne? Może nawet piękne. Tak, poza oczarowaniem techniką jazdy, robiło wrażenie właśnie pięknem. (mt)


Empire

reż. Milo Rau | International Institute of Political Murder SZWAJCARIA/NIEMCY

Wspomniałem już o nim wcześniej. Nie bez kozery. Ten dokumentalny spektakl Milo Raua zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Tu jednak prym wiodła treść. Osobista, bolesna, prawdziwa. Środki wyrazu są minimalne – pozornie monumentalna scenografia, w praktyce sprowadza się do odwzorowania wnętrza malutkiego mieszkania. W kuchni na krzesłach siadają po kolei aktorzy, którzy opowiadają swoje historie. Każdy w innym, ojczystym języku. W ich twarze wycelowana jest kamera, a obraz rzucony jest na górujący nad wszystkim ekran, na którym widzimy ich w dużym zbliżeniu. Na ekranie widoczne są również napisy w języku polskim i angielskim (wszak festiwal to międzynarodowy). Jak w kinie. I bardzo dobrze. Bo nie o brawurową grę aktorską tu chodzi, a o ładunek emocjonalny, który niesie ze sobą każda z historii. Historii tragicznych, osobistych, bardzo intymnych. Tu nie ma nadmiernej gry ciałem, bo odwracałaby ona uwagę widza od meritum. Ja wiem, że nie brzmi to zbyt „teatralnie”, ale wierzcie mi – było. Emocje aktorów widać na ich twarzach jak na dłoni. Historie, które opowiadają, są tak prawdziwe, że mogłyby dotyczyć każdego z nas (na szczęście już/jeszcze nas nie dotyczą), co tylko potęguje emocje widzów. Słuchanie ich z jednej strony boli, a z drugiej dodaje pewnej otuchy. Czasem pozornej, ale zawsze. Niezwykłe przedstawienie, które zostaje w tobie na długo. Pozycja obowiązkowa. (kig)

 

Kryzys, wojna, reżim. Cztery tragiczne opowieści snute w aż czterech językach w kameralnej scenografii autorstwa Antona Lukasa, w dodatku – w niemalże „domowej” atmosferze Miejskiego Centrum Kultury. Kiedy dziś wspominam spektakl Milo Raua, do głowy przychodzi mi jedno słowo: ładny. Po prostu. Wiem, że opinie znajomych były po nim bardzo entuzjastyczne, że wszyscy byli poruszeni; mnie jednak czegoś tutaj zabrakło. Z drugiej jednak strony, jest jedna rzecz, której było tu zdecydowanie za wiele: zbyt często moim zdaniem Maia Morgenstern wracała do tego, że zdarzyło się jej grać Marię w filmie Pasja Mela Gibsona. No bo jeśli to jest jej największy życiowy sukces, na co wskazywałaby częstotliwość, z jaką to podkreślała, no to naprawdę – bardzo mi przykro. (emi)

 

Jednym zdaniem? Ten niby-dokument, tak fantastycznie grający z kategorią prawdy i zmyślenia, prawdy scenicznej i kreacji aktorskiej, ludzkiego doświadczenia i jego artystycznych reprezentacji, tasujący języki i sposoby gry, państwa i kultury, prywatne życiorysy i artystyczne biografie był jednym z najpiękniejszych i najbardziej wzniosłych momentów festiwalu. (mt)


Bloods

reż. Argyro Chioti | Vasistas theatre group GRECJA

Surrealistyczna wizja współczesnego świata wyrażona w formie korespondencji między dwoma mężczyznami. Niezwykła metafora, przypominająca nieco nową falę greckiego kina, podszyta błyskotliwym humorem, plastycznością postaci i muzyką. Świetnie zagrany, bardzo absurdalny tekst, często graniczący z bełkotem, opowiadający w sposób nieoczywisty o traumach współczesnego społeczeństwa. Dużo w tym komizmu przeplatającego się z groteską. Brawurowa forma często idzie w parze z paranoidalnymi wręcz zdaniami, pełnymi bólu, miłości, strachu, pożądania, cierpienia… Trochę śmieszno, trochę straszno, a tak naprawdę znów w punkt, czyli trafna diagnoza współczesnego świata w greckim wykonaniu. Niezbyt optymistyczna, dodajmy. (kig)

 

Po grecku słowo „tak” brzmi „ne”. Kiedy na samym początku spektaklu Bloods eksperymentalnej ateńskiej grupy teatralnej Vasistas jeden z aktorów z uśmiechem na twarzy wciąż wypowiada słowo „ne” – nam kojarzące się nieodłącznie z polskim „nie” – kiwając przy tym głową na „tak”, już wiemy, że aktorzy za chwilę przeciągną nas na drugą stronę lustra rzeczywistości. Że wszystkie zdroworozsądkowe reguły obowiązujące w świecie realnym zostaną tu unieważnione, zawieszone na godzinę i kwadrans, czyli na – szczęśliwie niedługi – czas trwania spektaklu. Powiem tak: jeśli ktoś lubi surrealne połączenie purnonsensu z brutalnością à la grecka tzw. nowa fala – z filmami takimi jak Kieł, Alpy czy Homar Yorgosa Lanthimosa na czele – to przedstawienie to z pewnością miało szansę mu się spodobać. Zwłaszcza że miało tego samego, co one, scenarzystę – Efthymisa Filippou. (emi)

 

Greckie teatry pokazały, że wiedzą, jak groźną banałem metaforę przerobić na poruszającą, niesamowitą sztukę. Podobnie jak w przypadku Late Night, tu także można rzecz całą sprowadzić do metafory niezasklepionej rany. Czymże jest dla nas ten świat, jak właśnie niezagojoną raną, która mimo naszych wysiłków nie przestaje broczyć? Historia opowiedziana za pomocą fizjologii przenosi nas skutecznie w rejony historii powszechnej – nie powinno to dziwić nikogo, kto czytał Haydena White’a, który pisał o tym „przeciekaniu ciała” jako języku, w jakim opowiadana jest jego historia. Spektakl Argyrona Chiotisa na podstawie tekstu Efthimisa Fillipou (scenarzysty sławnych filmów greckiej nowej fali: Kła, Alp i Homara) jest wspaniałą artystyczną realizacją tej teorii. I jest to jedna z najlepszych realizacji werbalno-wizualnych retoryk cielesności, jakie widziałem. (mt)


Case Farmakonisi or the Right of Water

reż. Anestis Azas | National Theatre of Greece GRECJA

Kolejny spektakl dokumentalny i kolejna odsłona greckiego teatru. Rzecz dotyczy tragedii, jaka wydarzyła się u brzegów Europy w styczniu 2014 r. nieopodal wyspy Farmakonisi. W jej wyniku młody syryjski uchodźca został skazany na 145 lat więzienia za spowodowanie śmierci 11 osób, które próbował „przeszmuglować” do Europy łodzią. Aktorzy National Theatre of Greece pod wodzą Anestisa Azasa próbują rozwikłać tę zagadkę kawałek po kawałku. W tym celu zbierają ogromną dokumentację dotycząca tragedii, rozmawiają z jej świadkami i uczestnikami, by wreszcie wcielić się w ich role. My, widzowie, dostajemy od nich gotowy materiał bez gotowych odpowiedzi. Spektakl jest procesem, rozgrzebywaniem ran, szukaniem winnych, co okazuje się niezwykle mozolną pracą, w pewnym stopniu skazaną na porażkę. My uczestniczymy w tym procesie nie tylko go obserwując, ale również biorąc udział w tych retrospekcjach. Świetnie zagrane przedstawienie, które zmusza do refleksji, do próby postawienia się (choć na chwilę) po każdej ze stron tragedii. Spektakl pełen pytań, pozbawiony jednoznacznych odpowiedzi. Sztuka, która z pewnością nie pomoże rozwiązać zagadki winy, ale na pewno sprawi, że tragedia taka jak ta w Farmakonisi nie zostanie zapomniana, zamieciona pod dywan. A może to tylko płonna nadzieja? (kig)

 

Najbardziej wstrząsający spektakl tegorocznych Prapremier i dowód na to, że była to bodaj najważniejsza edycja tego wydarzenia w całej jego historii, na to, że teatr naprawdę może coś zmienić – jeśli nie naraz cały świat, to chociaż coś w poszczególnych jednostkach: w ich myśleniu, w ich emocjonalności… A to już przecież coś! Powoli kropla drąży skałę. Ja scenę Opery Nova opuściłam zdewastowana tym, co zobaczyłam, zwłaszcza że spektakl oparty był na faktach – Case Farmakonisi… w konwencji teatru dokumentalnego opowiadał bowiem historię sprzed dwóch lat, kiedy to niedaleko tytułowej wyspy utonęło 11 uchodźców starających się dotrzeć do brzegów Europy z nadzieją na lepsze życie. W ogóle: na życie – bo przecież uciekali przed wojną i śmiercią! To także portret europejskiego systemu (nie)sprawiedliwości: za winnego wypadku greckie prawo uznało „oczywiście” młodego syryjskiego uchodźcę, który prowadził łódź, skazując go potem na… 145 lat więzienia, nie natomiast pracowników greckiego patrolu granicznego, który nie dość że nie udzielił tonącym żadnej pomocy, to jeszcze wielokrotnie stosował w przeszłości nielegalne akcje typu pushback, tj. spychał łodzie z uchodźcami na terytoria tureckie, zabierając im uprzednio silnik i wszystkie inne rzeczy niezbędne do przeżycia na morzu. „To nie nasz problem, niech się Turcja martwi”. Naprawdę w takich chwilach zastanawiam się, czy to nie wstyd nosić w klapie marynarki przypinkę z przedstawieniem flagi Unii Europejskiej… (emi)

 

Każdy grecki teatr na festiwalu jest zupełnie inny, ale każdy wspaniały – ten akurat zachwycał swoją moralną odwagą, powagą i stanowczością w upominaniu się o sprawiedliwość (jest takie piękne słowo, które nie potrafi odzyskać swojej istotności: humanizm). Teatralne śledztwo z udziałem świadków opisywanych wydarzeń poraża i przywraca wiarę w sztukę, która nie musi porzucać atrakcyjności na rzecz powagi. (mt)


Holzwege

reż. Katarzyna Kalwat | TR Warszawa POLSKA

Jedno z większych rozczarowań FPP 2016. Temat znów znakomity, dający ogromne możliwości tak interpretacyjne, jak i adaptacyjne, a jednak się nie udało. Holzwege to tytuł utworu Tomasza Sikorskiego, jednego z ważniejszych polskich kompozytorów drugiej połowy XX wieku. Spektakl jest próbą zrozumienia jego twórczości, ale też życia i tajemniczej przedwczesnej śmierci kompozytora. Zagrany jest brawurowo, powiedziałbym nawet, że zbyt brawurowo. Maniery aktorów „przegięte” są do granic możliwości, co już po chwili zaczyna irytować. Główna postać, w którą wciela się Tomasz Tyndyk, miota się po scenie, co rusz dając upust swojemu szaleństwu. W tym samym czasie pozostałe dwie postaci (Sandra Korzeniak i Jan Dravnel) komentują jego życie, z jednej strony usprawiedliwiając ekstrawagancję Tomka (ona), z drugiej brutalnie sprowadzając ją do parteru, odzierając z mistycyzmu i artyzmu (on). Każda z postaci robi to na swój, mniej lub bardziej irytujący, sposób. Trójce aktorów na scenie towarzyszy Zygmunt Krauze – wybitny kompozytor i pianista, prywatnie wieloletni przyjaciel Sikorskiego. I jest on najciekawszą postacią w tym przedstawieniu. Raz, że nie próbuje grać (w sensie aktorskim), a jedynie podaje suche fakty dotyczące życia kompana, które są chyba największą wartością Holzwege w wykonaniu TR Warszawa; dwa, że wplata w te opowieści muzykę. Przepiękną muzykę. W spektaklu wykorzystano bowiem trzy utwory Sikorskiego: Widok z okna oglądany w roztargnieniu, Hymnos i Samotność dźwięków. Trzeba przyznać, że kiedy Krauze siada do fortepianu, jego muzyka pozwala zapomnieć o marności przedstawienia, ba!, pozwala zapomnieć, że siedzimy w teatrze, a nie w sali koncertowej (przynajmniej mi się udało). I wielkie brawa za to, ale chyba nie o to chodziło reżyserowi. Minus, w kontekście muzycznym, za banalne wykorzystanie utworu 4’33 Johna Cage’a. Podsumowując – Bareja byłby zadowolony: w przypadku Holzwege plusy nie przysłaniają nam minusów. (kig)

 

Zygmunt Krauze jest najjaśniejszym punktem tego spektaklu, aż szkoda, że nie ma go w nim więcej, że kryje się przez większość czasu za fortepianem, szkoda, że nie gra na nim więcej. Powinno go być więcej, powinien więcej mówić i więcej grać – niezależnie od tego, czy taka forma kwestionowałaby teatralność tego przedstawienia. Jego powagę kwestionuje za to odegranie 4’33 Cage’a – chwyt łatwy, wstydliwie łatwy, na granicy kiczu. (mt)


Afterparty: Syny

Na koniec chciałbym wspomnieć o jednym z „afterków”. Generalnie afterparties odbywały się codziennie w Towarzyska Kafe. Uczestniczyłem tylko w kilku, bo jakoś nie przepadam za tym lokalem. Większość z nich była mocno przeciętna, poza jednym – koncertem formacji Syny. Na sprawdzenie Piernikowskiego i 1988 namówili mnie koledzy, którym w kwestiach imprezowo-muzycznych ufam. I nie zawiodłem się. Muzyka Synów to coś na kształt oldskulowego hip-hopu z bardzo gęstym beatem Piernikowskiego. Tak gęstym jak mgła spowijająca obu muzyków przez cały występ. Beat – nowoczesny, nieregularny, przesiąknięty basem – wprawiał słuchaczy w swoisty trans, z którego trudno było się wyrwać, bo się zwyczajnie wyrywać z niego nie chciało. I nawet niechęć do lokalu jakoś zeszła na plan dalszy, kiedy nawijka 1988 przeplatała się z dźwiękami Piernikowskiego. Świetny koncert, świetny pomysł „na siebie” obu muzyków, idealnie wpasowujący się w dość mroczny klimat tegorocznego Festiwalu Prapremier. (kig)

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy BiK w podróży Listopad 2016 Festiwal Prapremier 2016