literacki flâneur (4): Jestem kwiaciarką, sprzedaję tu róże

Emilia Walczak Emilia Walczak

To oczywiście jeden z bardziej znanych cytatów z kultowego filmu Hydrozagadka Andrzeja Kondratiuka. Słynną kwestię wypowiedziała na ekranie drugoplanowa aktorka Wiesława Mazurkiewicz, a jej karykaturalna rola wzorowana była oczywiście na postaci niewidomej kwiaciarki z arcydzieła Charlesa Chaplina pt. Światła wielkiego miasta, od Hydrozagadki starszego o 39 lat. Temu felietonowi na pewno bliżej będzie klimatem do historii o włóczędze Charlie’em, choć i z hydrotechniką będzie miał poniekąd coś wspólnego, albowiem po części dotyczyć będzie Smukały. A w tej oto znajduje się przecież jedna z trzech bydgoskich elektrowni wodnych – ta największa, odbudowana po wojnie w 1951 roku, o dwu turbinach Kaplana, generujących łączną moc aż czterech megawatów (to oczywiście wiedza z Wikipedii, nie oszukujmy się…).

No i tutaj kończy się ta cała, szumnie zapowiadana, technika, a zaczyna już powoli czysto ludzka historia Pani Kwiaciarki…

Osobiście ze Smukałą mam tak, że kiedy dopada mnie chandra – a o to przecież jesienną porą nietrudno – na rondzie Grunwaldzkim wsiadam w autobus linii numer 58 i udaję się nim w kierunku Opławca. Wysiadam na przystanku „Biwakowa”, czasami zahaczając jeszcze o przemiły bar „Robert’s”, i później wędruję sobie jak ten tramp – przez most na drugą stronę rzeki Brdy. (Zalew Smukalski, położony pośród lasów zmieniających aktualnie swój kolor z zielonego na czerwono-pomarańczowo-żółty, wygląda teraz pięknie!). W stronę „miasta” podążam potem pieszo ulicą Smukalską, aż nie dopadnie mnie zmęczenie. Zdarza się to raczej rzadko, ale kiedy już dopadnie, to ja dopadam wtedy autobus numer 54. Ale, ale! Pani Kwiaciarka…!

Panią Kwiaciarkę spotkać możemy na wspomnianym rondzie Grunwaldzkim właśnie, przy sklepie „Biedronka”, nieopodal przystanku autobusowego. Aktualnie (w miesiącu październiku, kiedy piszę te słowa) sprzedaje piękne, wielobarwne bukieciki suszek. Widać, że zna się na sztuce florystycznej. Pęczek taki kosztuje pięć polskich złotych. Kiedy ostatnio ją mijałam, nie miała kurtki. Ja miałam puchową alaskę. U jej stóp dostrzegłam dwa ostatnie bukiety. Pomyślałam: kurczę, te pięć złotych to musi być dla niej bardzo dużo pieniędzy, kupię te kwiaty, oba pęczki, już! Ale w portfelu, jak się okazało, miałam tylko złotówkę i dwa razy po dwa złote plus jakieś tam miedziaki. Wystarczyło więc tylko na jeden bukiet. Ale zawsze to coś – tak mi się przynajmniej prostodusznie wtedy wydawało.

Historia ta ma coś w rodzaju dobrego zakończenia (również morału – ale o tym za chwilę). Na rondzie Grunwaldzkim na autobus do Opławca trzeba było czekać aż kwadrans. Niecierpliwa poczłapałam więc na kolejny przystanek. Kiedy na wysokości ulicy Kanałowej wsiadłam w końcu w upragnione „pięć-osiem”, tuż za kabiną kierowcy siedziała pani w średnim wieku, dzierżąc w dłoni nic innego jak właśnie… bukiecik suszek od Pani Kwiaciarki z ronda! To było takie wzruszające: myśl, że najprawdopodobniej był to właśnie ten ostatni pęczek i starsza pani udała się w końcu do domu, i nie marznie już więcej.

No dobrze, ale co to wszystko ma wspólnego z literaturą, zapytacie. Ano tyle, według mnie, że jeżeli jesteście takimi czytelnikami, którzy niekoniecznie muszą zaopatrywać się co miesiąc w drogich księgarniach-molochach w pachnące jeszcze drukiem nowości wydawnicze rekomendowane przez modne gazety i portale, to kiedy dojrzycie gdzieś na ulicy, bazarze, rynku ludzi handlujących książkami, może chociaż spójrzcie, co ciekawego mają w swej bukinistycznej ofercie. Albo bukieciarskiej (Pani Kwiaciarka), albo koronczarskiej na przykład (Pani Koło Amfiteatru Przy Mostowej; w zeszłym roku była chyba nawet na Facebooku taka akcja społeczna, żeby od tej pani kupować te frywolitki! Kupiliście? Ja tak!). Osobiście posiadam w swojej bibliotece wiele „Balzaków”, „Stendhalów” i „Flaubertów” zakupionych na giełdzie na „Chemiku”. Mają one co prawda mało atrakcyjne, poszarzałe i nieraz bardzo mocno sfatygowane okładki, ale bądźmy realistami: dla mnie ich zakup to było pozbycie się drobnych z portfela, dla ich sprzedawców natomiast – być może pieniądze na chleb (albo i wino – nie wnikam, nie oceniam). Spójrzmy zatem łaskawym okiem na te książki porozkładane na ziemi, na łóżkach polowych, na te poupychane w kraciastych bazarowych torbach. Idzie zima.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy BiK w podróży Listopad 2016 literacki flâneur (4): Jestem kwiaciarką, sprzedaję tu róże