Antoni Libera. Debiut stand-upowy

Michał Tabaczyński Michał Tabaczyński Fot. Dariusz Gackowski

Przepyszne spotkanie z komikiem, liryczny stand-up (co prawda na siedząco), na wysokim poziomie kabaret – było wszystko, czego oczekuje się od dobrej rozrywki. Nazwisko w tej branży nie jakoś szczególnie popularne i znane, ale dla każdego fana teatru improwizacji takie odkrycia są najcenniejsze. Organizator zakamuflował to zresztą brawurowo: wedle zapowiedzi miało być zwykłe spotkanie autorskie z Antonim Liberą z cyklu Autorzy „Kwartalnika Artystycznego”. Efekt zaskoczenia był.

Antoni Libera jako artysta stand-upowy uprawiał swoją sztukę zgodnie z zasadą „żadnych tabu”, chociaż w przeciwieństwie do swoich bardziej znanych kolegów stronił od wulgaryzmów, co dawało świetny efekt. Natręctwo przekleństw mnie od tej formy sztuki estradowej zwykle odstręcza. W przeciwieństwie do braku tabu i braku hamulców – tu Libera pokazał, co potrafi!

A więc tak to szło: Nagroda Nobla dla Dylana znamionuje ostateczny upadek tego wyróżnienia przyznawanego przez „zlewacczony” komitet i była gestem politycznym wymierzonym w kandydaturę Donalda Trumpa. A w ogóle – jakim prawem ta biedna i głodująca do niedawna Szwecja chce nam mówić, co mamy cenić? Niedawny Kongres Kultury to zjazd „bandy głupców”, do których list wystosowała ta „oderwana od rzeczywistości stalinówa” Janion, która zawsze „stała po stronie silniejszych, zawsze!”, a jak się zrobiła „moda na Żydów”, to rozczulająco wspominała, że widziała, jak ich skądś tam wyprowadzają, a co robiła w 1968?! Zresztą, nie da się jej czytać, bo wszystko jej się kojarzy ze wszystkim, wychodzi z tego miszmasz. Na chwilę zszedł też na temat smoleński („ludzie zostali upokorzeni”: raz przez Rosjan, a raz przez władze, bo nie wiadomo do teraz, co się tam właściwie stało), ale się powstrzymał, nie widząc w tym potencjału komizmu, co trzeba docenić – prawdziwy mistrz impro potrafi zawrócić w pół kroku. Ale przecież nie wyczerpały mu się tematy. Gombrowicz? Och, zwykły szlachciura, „ziemiański hreczkosiej”, których było po dworach wielu – poczytajcie państwo Wołoszynowskiego, takiego zapomnianego pisarza, on takie typy opisywał – ale ten się akurat wybił. Prowadzenie z jego dziełem dyskusji filozoficznych mija się z celem, bo on niczego nie czytał, może trochę Sartre’a, ale i to nie jest pewne. A żeby pokazać swoją pogardę dla politycznej poprawności, o osobach autystycznych Libera mówił z dezynwolturą: „nienormalni”.

Taki zintelektualizowany stand-up jest na tyle rzadki, że dobrze się stało, iż bydgoska publiczność mogła też tej osobliwości zaznać.

No dobrze, pożartowaliśmy, a teraz pomówmy poważnie. Bo właściwie można by poważnie polemizować z Antonim Liberą.

Można by na przykład spytać, jakich konkretnie laureatów literackiego Nobla w ostatnich latach uważał za znak obniżenia rangi nagrody. Czyżby nie podobał się mu Modiano albo Munro , czy jednego z największych poetów XX wieku, Tomasa Tranströmera, uważa za niegodnego tego wyróżnienia, czy Coetzee albo Kertész nie mogą liczyć na uznanie Libery, czy naprawdę nie robi na nim wrażenia niesamowita proza Herty Müller i dlaczego? 

Można by zapytać, czy nie dopuszcza możliwości, że to jego braki w wykształceniu nie pozwalają mu zrozumieć tego, co pisze Maria Janion i jaki związek mają jej wybory z diagnozą, którą przedstawiła w liście do Kongresu Kultury.
Można by zapytać, których organizatorów czy uczestników tego wydarzenia uważa za zbyt skromnie obdarzonych intelektem, a jeśli wszystkich, to czy nie sądzi, że taki sąd jest zbyt ogólny, by mógł być prawdziwy. Pisarz powinien znać ryzyko użycia wielkich kwantyfikatorów.

Można by zapytać, na czym opiera tezę o nieoczytaniu Gombrowicza, czemu uważa dyskusję z nim za jałową, skoro tylu mądrzejszych od niego jednak ją podejmowało (choćby Jan Błoński i Czesław Miłosz, żeby wymienić także autorów „Kwartalnika Artystycznego”).

Można by zapytać o wiele spraw, o których plótł zawstydzające doprawdy brednie podczas swojego występu (o postmodernizmie, o Witkacym, o filozofii przypadku, o aktorach, z którymi pracował), ale nie sądzę, by było warto. Z jednego choćby powodu: język arogancji i buty, którym przemawiał autor, do żadnego dialogu się nie nadaje. Że Antoni Libera nie potrafi używać innego języka, przekonał się boleśnie nawet asystujący mu na scenie Krzysztof Myszkowski. To nie kosmiczna odległość, która mnie od Antoniego Libery dzieli w sprawach światopoglądowych, zniechęciła mnie do dyskusji, ale jego protekcjonalna bufonada, która mówi językiem pogardy. Z Liberą jako stand-uperem nie da się poważnie dyskutować, bo nie pozwala na to konwencja. Mam nadzieję, że następnym razem redakcja spośród swoich autorów zaprosi jakiegoś pisarza.

Działy:
Michał Tabaczyński

Michał Tabaczyński

Redaktor naczelny BIK.

Polonista, dziennikarz, slawista, autor kilku książek (Parada równości, Koniec zabawy w pokolenie) i współautor kilku innych (Tekstylia bis, Kultura niezależna w Polsce 1989-2009).

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Listopad 2016 Antoni Libera. Debiut stand-upowy