Czy warto?

Tadeusz Krajewski Tadeusz Krajewski

Czy warto czytać SF? Innymi słowy – czy warto inwestować w to niejednoznacznie odbierane przez ogół zjawisko swój czas i swoje pieniądze? Czy dobre dla naszego zdrowia jest narażanie na szwank zdrowego rozsądku (towaru coraz trudniej dostępnego), stępianie wrażliwości (w świecie zewnętrznym występującej już tylko w formie szczątkowej), a nawet… ograniczanie własnej wyobraźni? To nie przesada. Często można bowiem spotkać się z opinią, że fantastyka naukowa to jedynie proteza dla tych, którzy wyobraźnię mają okaleczoną. Czy warto w końcu odrzucać kulturowe dobro serwowane nam przez mainstream na rzecz komercyjnego produktu? Czy to nie grzech odciągać kogoś od Gombrowicza i proponować mu w zamian Dukaja? Bo lepiej morfować niż formować? Czy należy podejmować tak wielkie ryzyko?

Maciej Parowski w Małpach Pana Boga nazywa interesującą nas konwencję „literaturą wyobraźni” (dodajmy – wyobraźni zdyscyplinowanej). Bez cienia skrępowania zestawia ze sobą nazwiska twórców różnych proweniencji, wędrujących po bardzo oddalonych od siebie obszarach literackich. Franz Kafka, John Wyndham, Jorge Luis Borges, Robert Silverberg, Michaił Bułhakow, Janusz A. Zajdel – piękny mariaż, prawda? Co ich łączy? Pasja fantazjowania, rzecz jasna. Można nie fantazjować, można nie przeżywać, można nie myśleć nad potrzebę. To nie obowiązek. Jakie wartości wówczas człowiekowi pozostają? Tylko dwie, co w dosadny sposób uświadamia nam Ward Ruyslinck w znakomitej dystopii Rezerwat – Użyteczność i Zysk. Parowski nie sugeruje, że na bankiet z Witkacym i Zamiatinem należy wejść kuchennymi drzwiami z szyldem science fiction, mówi jedynie, że każdy z nas zaopatrzony jest w „dar imaginacyjny” i nie należy go pod żadnym pozorem marnotrawić, bez względu na to, czy będziemy zachłystywać się przygodami Funky’ego Kovala, czy będziemy poddawać konstatacji przemianę Winstona Smitha.

Wiktor Żwikiewicz nie ma żadnych wątpliwości. Fantastykę naukową należy czytać obowiązkowo! Popiera swoje słowa obrazoburczą koncepcją: „Science fiction to największy wynalazek literacki XX wieku”. Fantasy, a także literatura grozy – zdaniem autora Imago – to tylko bardziej lub mniej zmodernizowane baśnie, klechdy, legendy, podania ludowe i mity, które występowały w naturze od zawsze. SF nadała fantazji status prawny, nagą odziała, nieokrzesaną ucywilizowała. Wszelkie inne XX-wieczne osiągnięcia w słowie pisanym (strumień świadomości, nouveau roman, postmodernistyczne gry i zabawy) nazywa pisarz „dłubaniem igłą w nosie”. Ciekawie to brzmi w ustach człowieka uznawanego za jednego z największych eksperymentatorów w polskiej fantastyce. Czy można mu zatem wierzyć? Czy warto czytać SF? Z trzech powodów tak:

1) SF mówi WPROST o sprawach, które w egzystencjalnej prozie zostały już wprawdzie dawno wyartykułowane, ale efekt tych przemyśleń wynikał jedynie z podglądania jednostek (Colin Wilson, Outsider), a nie z eksperymentu przeprowadzonego na dużą skalę. Można wnikać w intymność chłopca (Jean-Paul Sartre, Dzieciństwo wodza) i na tej podstawie przeprowadzić studium jednostki zbrodniczej, ale można też całą ludzkość poddać zabiegowi betryzacji (Stanisław Lem, Powrót z gwiazd), aby zauważyć, jak wraz z sadystycznymi skłonnościami zanika odwaga, poświęcenie, a nawet… miłość. To, co podpowiada nam Sartre, Lem mówi bezpośrednio, nie unikając kontaktu wzrokowego z czytelnikiem.

2) SF nie boi się mówić o sprawach globalnych. Proza realistyczna podejmująca taką tematykę podejrzewana jest od razu o sprzyjanie jakiejś ideologii, oskarżana o brak autentyzmu, odsyłana do lamusa (często niesłusznie, jak chociażby w przypadku słynnego cyklu Emila Zoli). Fantastyka naukowa nie zauważa takich niebezpieczeństw. Starhawk w Piątym Świętym Żywiole konstruuje od podstaw społeczność promującą wartości zgodne z naturą świata i człowieka, bez utopijnego zadęcia, razem ze skazami, jakie nowa rzeczywistość ze sobą niesie. Tchórz może bardzo łatwo ośmieszyć tę książkę. Odwagi wymaga konfrontacja z nią.

3) SF wieszczy. Właściwie to nikt inny w beletrystyce nie mówi o przyszłości. Bo można popełnić błąd? Fantaści jednak za nic mają przypinaną im etykietkę „proroków z brukowca”. Czasami zdarza się im wpływać na losy świata. Było tak z książką Nevila Shute’a Ostatni brzeg. Wizja lokalnej społeczności w spokoju czekającej na śmierć od napromieniowania poruszyła o wiele bardziej niż pełne spektakularnych migawek newsy, którymi bywaliśmy karmieni aż do przesytu.

Może jednak za dużo miodu na serce fana? Może trochę powściągliwiej z tymi karesami? Wszelkie wątpliwości w tym względzie rozstrzyga Elliot Rosewater, bohater kilku powieści Kurta Vonneguta. Jego słowa są adresowane do pisarzy podczas konwentu SF: „Kocham was, wy sucze syny i was tylko czytam! Tylko wy zauważacie, co robią z nami maszyny, co robią z nami wojny, co robią z nami wielkie i proste idee. Tylko wy jesteście na tyle głupi, aby zadręczać się czasem i przestrzenią bez końca. Tajemnicami, które nigdy umrą, a także tym, że właśnie teraz decydujemy, czy miliardoletnia podróż zaprowadzi nas do raju, czy do piekła. Znacie się na pisaniu jak kura na pieprzu, ale do diabła z utalentowanymi miniwypierdkami subtelnie opisującymi jeden mały fragment czyjegoś życia, podczas gdy gra idzie o całe galaktyki, eony i tryliony jeszcze nie narodzonych dusz”.


Centrum Kultury Fantastycznej

Kawiarnia Szpulka, MCK, ul. Marcinkowskiego 12

  • 13 października, godz. 18.30: Debata: Czy warto czytać science fiction?
    dr Marcin Kowalczyk, dr Marta Kładź-Kocot, dr Mirosław Gołuński, Tadeusz Krajewski
  • 27 października, godz. 18.30: Kto może zamienić się w smoka, czyli metamorfozy nie tylko w fantastyce
    dr Marta Kładź-Kocot

 

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Październik 2016 Czy warto?