Centrum Kultury Fantastycznej prezentuje: "Sens życia według upadłego anioła" [fragment]

Tadeusz Meszko Tadeusz Meszko

Dwa razy w roku byliśmy zmuszani do obowiązkowych badań. Gdy nadchodził termin, trzeba było udać się do cylindra w punkcie medycznym. Co działo się później, nikt nie wiedział, gdyż ostatnią rzeczą, jaką pamiętano, była niepomierna chęć snu. Badania nie były groźne, ale nie wszyscy po nich wracali… Z tego powodu niektórzy próbowali się od tego wymigać. Ale nie było szans. Gdziekolwiek się nie ukryło, drony zwiadowcze odnajdowały delikwenta, wzywając zaraz woła medycznego. A to były potężne maszyny, nie jakieś tam szczury czy kraby. Usypiały człowieka i pakowały na swój grzbiet, po czym – nie wiadomo gdzie. Tak też stało się z Cześkiem. Rok temu odnalazło go całe stado dronów, a w kilka minut później przyjechał po niego wół. Wujek bronił się, nawet ja próbowałem go powstrzymać. Na nic nasze wysiłki, już nie zobaczyłem wujka. Wtedy zrozumiałem, że nie tylko urządzenia psują się, ludzie również.

– Dlaczego wszystko się psuje… – mruknąłem z żalem.
Z rezygnacją spojrzałem na długi rząd jednorękich bandytów. To były najbardziej prymitywne automaty, w których wygrana w żadnym stopniu nie zależała od zręczności grającego, a jedynie od szczęścia. I chociaż dźwięk brzęczących żetonów wywoływał krótkotrwałą euforię, to nie wyobrażałem sobie, abym cały dzień miał pociągać za dźwignię, czekając na fuksa. Poza tym i tak żaden z bandytów nie miał już ręki. Łamały się szybciej niż joysticki, zwłaszcza jeśli szarpał nimi Duży Nikoś, mój starszy o jedną ruję przyjaciel.
Do szóstego roku życia mogłem cieszyć się grami na ekranie holograficznym.
Szkoda, że nie miałem dwóch, trzech lat więcej i wykorzystywałem je jedynie do układania puzzli. W ósme urodziny w prezencie życie odebrało mi możliwość grania na pulpitach osobistych. A teraz, gdy jeszcze nie ukończyłem czternastego roku życia, odebrano mi również automaty zręcznościowe. Czyż miałem zostać działkowiczem? A może ze starcami grać w rzutki? Niedoczekanie…
Poniosła mnie furia. Zdzieliłem automat kilkoma kopniakami, nie pozostawiając nawet rysy na korpusie, za to stopa zapulsowała bólem w proteście. Ból jedynie wzmógł agresję. Odszukałem kawałek żelastwa i zacząłem okładać skrzynię. Tablica z moim rekordem rozprysła się na tysiące kawałków pierwsza. Później mój szał zniszczenia dosięgnął grzybków, zjeżdżalni i innych bebechów bezdusznej już maszyny.
Korpusu nie zdołałem zdemolować, wciąż niewzruszenie tkwił na grubych nogach. Zmęczony, odrzuciłem narzędzie zemsty.
Ochłonąłem. Bez uczuć spojrzałem na rozbite marzenia. Już zrozumiałem, dlaczego do naszych czasów dotrwało tak mało sprawnych urządzeń.
– Jak mam teraz żyć?!
Nasz świat był całkowicie zautomatyzowany, tylko że poprzednie pokolenia zniszczyły już niemal wszystko. Z roku na rok działało coraz mniej urządzeń, a nikt nie wiedział, jak je naprawić, i dla mojej generacji pozostały jedynie ochłapy wcześniejszego luksusu. Nie potrafiono też wyjaśnić, dlaczego musieliśmy żyć w tak zdemolowanym świecie. Przebąkiwano, że mieliśmy do wypełnienia ważną misję. Tylko że nie pamiętano, na czym ona polegała.
Żywot spędzaliśmy zamknięci w metalowym obważanku, który w niespiesznym spacerze można było obejść w dwie godziny, a na rowerze przejechać w parę kwadransów. Okrąg podzielony był na sześć stref, a z jednej do drugiej można było dostać się przez ciasne łączniki, odgrodzone hermetycznymi śluzami. I chociaż przed idącym otwierały się same, to już rowerzysta musiał się zatrzymać i chwilę odczekać. Nie lubiłem łączników, potocznie zwanych dzikimi przestrzeniami, gdyż ograniczały mi horyzont. Gdy je przemierzałeś, sufit łączył się z podłogą w odległości niecałych stu metrów przed tobą, tak że nigdy nie widziałeś, dokąd zmierzasz.
Poza tym, że wciąż szedłeś pod górę… Tak prawdę mówiąc, o samych łącznikach nie ma co więcej opowiadać, każdy wyglądał podobnie: korytarz główny o szerokości pozwalającej kilku przyjaciołom jechać obok siebie na rowerach, z licznymi, już węższymi odnogami, w których trzeba było jeździć jeden za drugim, wiodącymi do sal o różnorodnym, zapomnianym przeznaczeniu. A tych sal były setki, każda wypełniona jednakowymi rzędami paneli komputerowych, wydzielających olbrzymie ilości ciepła i wywołujących głośny klekot. Wiele z tych sal przodkom udało się wykarczować, lecz w większości były to jeszcze dzikie przestrzenie. I – jak mawiał mój ojciec Antoni, oficjalnie nazywany Strażnikiem Instrukcji – praca dla wielu pokoleń.


Tadeusz Meszko (ur. w 1957 r. w Sławnie), z zawodu operator filmowy (Wydział Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach), od 16 lat mieszka w Bydgoszczy, pracuje jako grafik komputerowy oraz administrator stron internetowych.
Publikował opowiadania w „Fantastyce” (Pożeracz szarości – wyróżnienie w I konkursie czasopisma), „Przeglądzie Technicznym”, „Sferze”, „Opolu”. W 2000 r. wydano jego nowelę SF J.H.W.H. oraz zbiór opowiadań fantastycznonaukowych Tryptyk bez kolorów. W latach 2008 – 2009 roku ukazała się jego dwutomowa powieść sensacyjna 2012: gniew ojca. Wydał też książki popularnonaukowe: Klucz do DNA (2014), Matryca duszy (2015) oraz X przykazań genów (2015). Na opublikowanie czeka powieść SF Sens życia według upadłego anioła (2016). Autor pracuje obecnie nad powieścią Śmieciowi ludzie.


 

Więcej z tym numerze: Czy warto? »

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Październik 2016 Centrum Kultury Fantastycznej prezentuje: "Sens życia według upadłego anioła"