Literacki flâneur (2): Bakcyl dżumy nigdy nie umiera

Emilia Walczak Emilia Walczak

Zaraza Jerzego Ambroziewicza to książka, którą mianowałam na pierwszą towarzyszkę moich tegorocznych kanikularnych wojaży. – Zaraza? Bardzo wakacyjna lektura – zwrócono mi uwagę, z lekką drwiną na ustach odnośnie do moich katastroficznych literackich gustów i zapędów. – A ty co teraz czytasz? – zapytałam. – Ja? Zestaw do śmierci Susan Sontag! No, wesołe towarzystwo, nie ma co…

Tak czy owak Zaraza to fabularyzowany reportaż sprzed lat (wznowiony w tym roku przez Dowody na Istnienie), opowiadający o nagłej i przez nikogo niespodziewanej epidemii ospy, jaka dotknęła swą plamistą ręką miasto Wrocław pewnego skwarnego lipca. „Był początek lipca 1963 roku, tak upalny, jak zdarzało się to wówczas, gdy stary porządek panował również wśród pór roku. Żar wypalał stare mury wrocławskich kamienic i suszył tynki nowych bloków. W barach mlecznych brzęczały uwięzione na lepach muchy, stojące na chodnikach wózki z wodą sodową pod parasolami były niczym oazy dla pustynnych karawan, a sprzedawcy nie mieli czasu starannie płukać szklanek” – zaczyna swą opowieść Ambroziewicz. Ładnie napisane, prawda? Ja w każdym razie lekturę Zarazy polecam wszystkim smakoszom tego typu literackich kąsków. Dla leniwców jest też film z 1971 roku, pod tym samym tytułem, ale kto widział inne dzieła Romana Załuskiego, ma prawo podejrzewać, że ta adaptacja nie może być raczej zbyt fortunna…

Wracając do samej książki, reportaż – nawet jeśli fabularyzowany – rządzi się swoimi prawami i nie ma w nim raczej miejsca na zbytnie parabolizowanie (tym samym ospa jest u Ambroziewicza po prostu, literalnie, ospą – variolą verą). Co innego u np. Alberta Camusa w Dżumie, nadal przy chorobach zakaźnych pozostając…

„Ciekawe wypadki, które są tematem tej kroniki, zaszły w 194. r. w Oranie. Według powszechnego mniemania nie były one tu na swoim miejscu, wykraczały bowiem nieco poza zwyczajność. W istocie, na pierwszy rzut oka Oran jest zwykłym miastem i niczym więcej jak prefekturą na wybrzeżu algierskim” – pamiętacie te słowa z liceum? Tak, tak, nimi właśnie rozpoczyna swą Dżumę Camus. Później, jak wiemy, następuje cała seria okropieństw związanych z epidemią tytułowej choroby i dywagacji na temat jaspersowskich sytuacji granicznych, w obliczu których postawiony zostaje człowiek, byśmy na koniec mogli przeczytać – nie tak znowu optymistyczne jak w przypadku Zarazy Ambroziewicza („Wrocław miastem wolnym od ospy”) – słowa: „Słuchając krzyków radości dochodzących z miasta, Rieux pamiętał, że ta radość jest zawsze zagrożona. Wiedział bowiem (…), że bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika, że może przez dziesiątki lat pozostać uśpiony w meblach i bieliźnie, że czeka cierpliwie w pokojach, w piwnicach, w kufrach, w chustkach i w papierach, i że nadejdzie być może dzień, kiedy na nieszczęście ludzi i dla ich nauki dżuma obudzi swe szczury i pośle je, by umierały w szczęśliwym mieście”.

Ów bakcyl dżumy może tu być oczywiście metaforą czegokolwiek, wszelkiego horroru i plugastwa, np. wojny, która powstaje jak Feniks, by wciąż dręczyć różne części świata. I choć po pierwszej światówce (brzmi jak jakaś choroba, prawda?) wszyscy powtarzali sobie entuzjastycznie: „Nigdy więcej wojny”, to po ledwie 20 latach ludziom znudził się (s)pokój.

Ale może być też „dżuma” jakimś paskudnym szowinizmem, np. faszyzmem (który rozumiem tu nie jako oficjalnie panującą doktrynę – bo to byłoby dziś na szczęście nielegalne (?) – ale skrajnie nacjonalistyczną, naganną postawę ludzką). I choć po makabrze związanej z drugą światówką (a przecież te choroby wieku dziecięcego powinno się przechodzić tylko raz!) wszyscy powtarzali: „Nigdy więcej faszyzmu”, to po 70 latach najwyraźniej się to wszystko ludziom opatrzyło. Zaraza dopadła ich z bieliźniarek, z kufrów, z głupoty…

Jedno jest pewne: wzrasta ostatnio liczba zachorowań. Oznaki choroby widać w mediach i na ulicach. Dżuma, o której mówię, zdaje się rozprzestrzeniać na kraj w postępie geometrycznym. Ale istnieje szczepionka, jedyna skuteczna, a jest nią… świadomość. Jak radził amerykański psycholog społeczny Stanley Milgram, którego prześladowało zagadnienie powracającego faszyzmu, trzeba wypowiedzieć posłuszeństwo wobec autorytetu. Więc jeśli ktoś wmawia wam: „Ksenofobia i rasizm są spoko”, to nie, absolutnie mu nie wierzcie. Zawierzcie raczej własnemu sumieniu. Póki jeszcze nie jest za późno.

Działy:

Powiązane artykuły (wg działów)