Na brzegu

"Pejzaż zielony", olej, 60×81 cm, 1994 "Pejzaż zielony", olej, 60×81 cm, 1994

W dniach od 6 kwietnia do 13 maja 2016 roku w Galerii Biblioteki Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy miała miejsce wystawa W stronę bieli Danuty Marii Więckowskiej. Malarka i pedagog z 37-letnim stażem pracy, z wykształcenia również grafik, zaprezentowała obrazy olejne z ostatnich 20 lat. Tematem ciekawej i z oddechem zaaranżowanej wystawy był pejzaż. Ekspozycja ta jednak stanowi znakomity pretekst do szerszego opisania jej twórczości.

Przez wiele lat na obrazach Danuty Marii Więckowskiej oglądaliśmy pejzaż zaobserwowany i zinterpretowany przede wszystkim podczas plenerów im. Leona Wyczółkowskiego. Organizowane dla bydgoskiego środowiska plastycznego, z czasem zyskały rangę wojewódzką, ogólnopolską oraz międzynarodową. Na płótnach artystki rozpoznajemy m.in. Funkę, Wdzydze Kiszewskie, Bachorze, Darłowo i Międzyzdroje. Ostatnio jest to krajobraz z wyobraźni, inspirowany tamtymi widokami, historią malarstwa pejzażowego, a także nieustannie wrażliwością na piękno przyrody w łączności z inwencją twórczą.

Zazwyczaj jest to bliskie lub niezbyt odległe spojrzenie na niebo, wodę i swojską roślinność.

Wiele krajobrazów jest wyciszonych kolorystycznie. Zdarzają się też nokturny, ożywione barwą i efektami luministycznymi. Nastrojowe widoki nie tyle ujmują widza oryginalnością motywów, ile sposobem kształtowania przestrzeni, umiejętnością nadania niewielkiej, pofałdowanej i piaszczystej niecce na Kujawach charakteru zadziwiającej doliny, która może być echem manierystycznego pejzażu. Formy na obrazie są nieco uproszczone, ale precyzyjne. Materia poszczególnych elementów pejzażu – zróżnicowana. Przedstawienie utrzymane jest w jednej tonacji, na którą składa się bogactwo kolorów i walorów. Pociągnięcia pędzla łączą w sobie pewność i spokój. Patrząc, mamy odczucie harmonii i jedności. Dotyczy to każdego obrazu z osobna i cyklów. Jedność ta ma jednak wiele odcieni, bo malarstwo to posiada wiele odsłon.

Niebo jest niepojętą przestrzenią, w której rozgrywa się teatr. Oto spomiędzy chmur wypływa łagodne światło. Niekiedy pulsuje pierwszym lub ostatnim blaskiem, okazałe wielością i intensywnością barw słońce. Światło zabarwia odległe wzniesienia albo rzekę na horyzoncie, zarysowuje kępy wysokich traw na pierwszym planie. Naznacza swoją obecnością wodę, jej mętną, ruchliwą i ocienioną płaszczyznę. Woda, choć nieogarniona jak niebo, dosięga brzegu. Jej gęsta, zwarta masa żłobi wzory na piasku…

Każdy element natury posiada swój charakter, istnieje w relacji z innymi oraz składa się na przemyślaną całość, formalną i kolorystyczno-świetlną. Znamy obrazy, w których malarka syntetyzuje formy, modernistycznie upodabniając je do siebie, także pod względem koloru.

I tak z jednej szeroko pojętej barwy buduje prawie kubistyczne wzgórza w perspektywie rzeki. Na innych płótnach cierpliwie i z delikatnością oddaje wyraźnie wobec siebie odrębną substancję promiennego nieba i rzeźbiarsko kształtowanej ziemi. Rozmalowuje je kolorystycznie i walorowo, stosuje laserunki. Cienkim pędzelkiem zarysowuje brzegi wzburzonych morskich fal, które są jak wspomnienie marynistycznych pejzaży holenderskich mistrzów i artystyczny hołd dla pełnych pietyzmu, romantycznych obrazów Ajwazowskiego. Niewyobrażalnie miękkie i lotne chmury, prześwietlona morska głębina to popis jej dojrzałego i bogatego warsztatu malarskiego. Warto jeszcze wspomnieć o cyklu prac z lat 2012–2016, od którego zaczerpnięty został tytuł wystawy – W stronę bieli. Wyróżnia go lekkość szkicu oraz dominacja bieli połączonej z jasnymi szarościami, błękitami i zieleniami, które budują nizinny i odrealniony pejzaż z motywem intensywnie białego światła.

Co więc zawsze i trafnie opisuje przyrodę w przekonaniu Danuty Marii Więckowskiej, bez względu na różnice w kształtowaniu malarskiej formy? Jest to światło, z całą swoją zmiennością nasycenia i barwy. To ono nadaje ton pejzażowi. Stąd obrazy zabarwione melancholią, w mglistych, ciężkich, niebieskawych szarościach, ożywionych barwnym akcentem, które niosą ze sobą wyrafinowaną kolorystykę francuskiego symbolizmu. Inne natomiast, rozwijające paletę brązów, ugrów i zieleni, przywodzą na myśl XVII-wiecznych niderlandzkich „kameralistów”. Istnieją również płótna, już tu przywołane, gdzie tworzywem syntetycznego krajobrazu są awangardowo odważne barwy. Odbiorcę wręcz uderza przenikliwa zieleń akwenu czy amarantowoczerwona krągłość wzgórz.

Niebo rozpościera się nad taflą wody, napływa wraz z nią w samo centrum zamkniętej kompozycji obrazu. Każde podąża własnym torem, ale wyłania się z tego samego, tajemniczego źródła. Jedno i drugie rozpoznawalne jest tylko w miejscach rozbłysków i rozjaśnień. Woda dosięga brzegu. Ruchliwe fale bezustannie kształtują granicę między nią a lądem. Mocą wewnętrznych poruszeń oraz wielkich przypływów wyrzucają na brzeg morza, jeziora i rzeki strzępy przeszłości, zaplątane w wodorosty fragmenty antycznych rzeźb. W ciszy i samotności nocy pojawia się młoda kobieta.

Skąd przybyła? Z przeszłości, jak z początku naszej kultury, pokrewna antycznym posągom? A może z wodnej głębiny? Jest uosobieniem siły natury czy artystycznym przejawem wysokiej cywilizacji? Zastygła w pozie i geście, doskonała i… współczesna. Jej naturalną, pełną spokoju nagość, niekiedy okrytą szatami Fidiasza, smukłą sylwetkę, pełne piersi, wąską talię i wyraziście zarysowane biodra dostrzegamy tylko przez chwilę, w nagłym dotknięciu światła – podobnie jak wszystko, co ją otacza. Jest więc częścią tego pejzażu. Istnieje w nim tak samo jak woda, niebo i piaszczysty brzeg.

Stworzona z materii równie tajemniczej i zmiennej, wydaje się być wszystkim i wszędzie. Obserwujemy, jak powoli, ale konsekwentnie jej kobieca sylwetka wyłania się z gęstniejącej wieczornej mgły. Kondensuje się na tle złotej chmury w pogodny letni dzień, przybierając wdzięczną pozę bogini z Partenonu. Gdy spoczywa u stóp szarozielonego łańcucha gór, przypomina nam rzeźbę wykutą z tego właśnie skalnego materiału. Równocześnie jest łagodnie i zmysłowo ukształtowaną doliną, nad którą wznoszą się, na podobieństwo scenografii w teatrze natury, strzeliste wierzchołki gór. Jej postać, rozświetlona i ciepła, ucieka przed naszym spojrzeniem w cień przybrzeżnych szuwarów. A gdy chwilę przed całkowitym zmierzchem klęczy, głęboko pochylona, wydaje się nam, że jej zwarta, matowa sylwetka ciemnieje i nasącza się chłodem nadciągającej nocy, tak samo jak pejzaż wokół niej.

Gasnące błyski światła kładą się na taflę wody. Precyzyjna barwna linia obrysowuje kobiecą postać i dotyka jej twarzy, której nigdy nie poznamy.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p