Literacki flâneur (1): Mgły nad łęgami i sieć

Emilia Walczak Emilia Walczak

Nie tak znowu dawno miałam okazję uczestniczyć w dyskusji towarzyszącej premierze pewnej antologii małych form prozatorskich. Debata miała miejsce w dostojnych, pozłacanych i niemal niebotycznie wysokich wnętrzach Centrum Kultury „Dwór Artusa” w Toruniu, a organizowało je akademickie pismo internetowe „Inter-”. Akademickie – całość zanosiła się więc na wielce napuszoną i z tego też powodu trochę nawet drżałam z obaw stojąc bezradnie pośród ciżby ludzkiej stłoczonej jak zwykle na toruńskim Rynku Staromiejskim, patrząc jak to ciele na artusowe wrota: „Wejść, nie wejść?”. No ale wreszcie jednak przestąpiłam neorenesansowy próg i, koniec końców, cała dyskusja przebiegła w bardzo zabawowej i luźnej atmosferze. Co szczególnie budujące – przy żywym udziale dość licznie zgromadzonej publiczności. Tyle o aurze otulającej całe zajście. Co do przebiegu panelu, muszę przyznać, że gdy potem wracałam do Bydgoszczy pociągiem, w głowie wciąż jeszcze pobrzmiewał mi jeden z poruszonych wtedy tematów. Temat ów związany był z ostatnim pytaniem, jakie wypadło z ust prowadzących spotkanie –poetów Tomasza Dalasińskiego i Rafała Różewicza – i z tego też powodu, niestety, nie wystarczyło już czasu, aby dostatecznie i w sposób zadowalający wszystkich wyczerpać to zajmujące zagadnienie, które dotyczyło… Które dotyczyło rzekomej wyższości tradycyjnych wydawnictw papierowych nad wydawnictwami zaklętymi w formę e-booków. Podczas panelu zdążyłam powiedzieć, że w dużej mierze jest to po prostu kwestia osobistych preferencji – że część ludzi wciąż jeszcze woli obcować z formą tradycyjnej książki, nierzadko też z lubością oddając się czynnościom fetyszyzującym, jak na przykład wąchanie papieru drukarskiego i tak dalej. Później wspomniałam jeszcze o zagrożeniach – bo uważam to właśnie za zagrożenie dla, już i tak wystarczająco zdezorientowanego zbyt wielką ilością wydawanych w Polsce książek, czytelnika – a więc o zagrożeniach czyhających na niego w Internecie pod postacią e-bookowego self-publishingu. 

I w tym momencie – ponieważ nie zdążyłam wtedy, w grodzie Kopernika, tematu rozwinąć na tyle, na ile bym sobie tego życzyła (a jest to temat dość ważki) – chciałabym ów wątek pociągnąć dalej właśnie teraz, nie prawiąc już tylko o złym internetowym self-publishingu, ale ogólnie o zjawisku, które dawno, dawno temu Julian Tuwim określił mianem „mgieł nad łęgami”.

„Mgły nad łęgami” były to takie – według autora Kwiatów polskich – tomiki poezji, które niewystarczająco utalentowani, samozwańczy twórcy, jakich duże oficyny nie chciały publikować, wydawali sobie własnym sumptem i potem wysyłali do uznanych pism literackich z prośbą o recenzję. I Tuwim czasem o nich – w „Skamandrze”, w „Wiadomościach Literackich”, w „Cyruliku Warszawskim” – pisywał, najczęściej jednak z nieskrywanym sarkazmem.

Ze swojej perspektywy – perspektywy osoby pracującej w redakcjach dwóch czasopism kulturalno-literackich – zapewnić mogę Państwa, że tych „mgieł nad łęgami” jest dziś – przeszło sześćdziesiąt lat po Tuwimie! – produkowana i nadsyłana na adresy redakcyjne cała masa. Właśnie – masa. Czarna masa bez opamiętania zalewająca rynek wydawniczy. Czarna mgła spowijająca wydawniczy las, w którego rozległości i gęstości, i mroku i tak od lat już błądzimy. To oczywiście bardzo smutne, bo wygląda na to, że prawie nikt już dzisiaj nie czyta (statystyki czytelnictwa w Polsce są wprost zatrważające – 63% naszego społeczeństwa nie czyta książek wcale!), ale… wszyscy piszą! Dzielnie wspierają ich w tym rozliczne, najczęściej srodze odpłatne, kursy kreatywnego pisania, produkujące kolejne rzesze słabiutkich pisarczyków, których i tak nikt czytać nie będzie. Pomijam już zupełnie fakt, że pisania nie można się nauczyć ot tak, podczas jakichś tam warsztatów creative writing.

Podsumowując, nie ma oczywiście niczego złego w e-bookach. Sama od jakiegoś czasu korzystam – naprzemiennie z książkami tradycyjnymi – z czytnika Kindle’a. Zło jest właśnie w „mgłach nad łęgami”. A dziś, w dobie ogólnodostępności tak programów komputerowych służących do składania książek (zresztą profesjonalnego InDesigna z łatwością może nam dziś zastąpić poczciwy Word, z którego po prostu wygenerować można PDF z „dziełem”), jak i „sieci sieci”, to jest Internetu, produkcja „mgieł nad łęgami” i ich rozpowszechnianie są niestety proste i łatwe jak nigdy dotąd…

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy BiK w podróży Lipiec/Sierpień 2016 Literacki flâneur (1): Mgły nad łęgami i sieć