Na budowie. Opór i zmiany

Zachodzące w bydgoskiej kulturze (mam na myśli jej instytucjonalną sferę) zmiany wywołują albo entuzjazm i nadzieje (to głównie poza Bydgoszczą), albo opór i niepokój (to w pewnych środowiskach lokalnych). By dyskutować o nich poważnie i skutecznie, należy odrzucić dwa płynące z powyższego wnioski: że, po pierwsze, poza Bydgoszczą cieszą się z tych zmian, bo życzą nam źle, a po drugie, że każda zmiana jest dobra. Każdy z tych wniosków jest bowiem trwale przypisany grupom, z którymi dyskusja jest co prawda możliwa, ale raczej bezprzedmiotowa; są to grupy – odpowiednio – bezwarunkowych krytykantów i bezwarunkowych chwalców tego ruchu, którego istotnym elementem był Bydgoski Kongres Kultury.

Jeszcze jednym warunkiem dyskusji jest wykluczenie z niej tych racji, których motywacja jest czysto polityczna. Nie sądzę tak dlatego, żebym był fanem tezy o apolityczności kultury. Sądzę akurat odwrotnie: kultura jest polityczna (w istocie jest jedyną polityką, w jakiej mam jeszcze ochotę uczestniczyć). Jednak nie chodzi tu o politykę rozumianą jako sfera władzy i posiadania, a już tym bardziej – jako partyjna gra. Polityka, jaką jest kultura, to spór wartości i ideologii estetycznych, to gra dyskursów i porządków postrzegania. Związki tak rozumianej polityki z bieżącą grą partyjnych interesów są odległe i zawiłe, jeżeli w ogóle są.

Fakty są takie, że powstało w Bydgoszczy – dokładniej: w Urzędzie Miasta Bydgoszczy – Biuro Kultury. Nie powstało jednak jako struktura nowa, ale jego pojawienie się jest skutkiem przekształcenia Wydziału Kultury i Współpracy z Zagranicą. Powstanie biura w miejsce wydziału tłumaczy się przekazaniem części obowiązków dawnego wydziału stronie społecznej. Sam gest jest modelowo wręcz demokratyczny – znaczy on bowiem podział zadań, obowiązków i odpowiedzialności (władza zbywa się pewnych obowiązków, jednak – co zapisano w Pakcie dla Kultury – nie rezygnuje z odpowiedzialności, choćby tej finansowej). Zapewne sam ten podział zadań nie jest gwarantem powszechnej szczęśliwości. Jednak podkreślanie samych zagrożeń, prezentowanie jedynie lęków i obaw przy pomijaniu zalet i możliwych korzyści świadczy o manipulacji albo obsesji.

Pytanie podstawowe brzmi: co oznacza w praktyce to przekazanie obowiązków? Wyobrażam to sobie tak: dawny wydział kultury pełnił dwie główne funkcje – merytoryczną (czyli programował rozwój bydgoskich instytucji kultury, wyznaczał podmiotom, które z miastem współpracowały, strategiczne cele, koordynował zależną od publicznych dotacji sferę kultury) i księgową (dbał o zgodny z prawem podział środków finansowych i kontrolował ich wykorzystanie). Oczywistym jest, że jeśli już jakiekolwiek kompetencje miałaby przejąć strona społeczna, to na pewno z tego pierwszego, merytorycznego obszaru. Jest to o tyle niekontrowersyjne, że żaden urzędnik nie zna się na kulturze lepiej niż kolektywne, demokratyczne ciało złożone z ludzi kultury reprezentujących różne jej obszary, różne wartości, różne grupy wiekowe, różne instytucje itd.

To kolektywne ciało nazywa się w tym przypadku Obywatelską Radą Kultury. Jest to grupa osób, która była zaangażowana w przygotowanie i prace Bydgoskiego Kongresu Kultury (w większości tworzą ją koordynatorzy stolików tematycznych). Najczęściej powtarzanym zarzutem wobec rady jest brak pełnej reprezentatywności. Zarzut brzmi raczej śmiesznie, gdy przypomnieć sobie, że rada obraduje jawnie, na swoje obrady zaprasza wszystkich zainteresowanych, także dziennikarzy, przeprowadza regularne konsultacje społeczne, a wreszcie – od początku istnienia deklarowała otwartość (kto ją odrzucił, nie ma prawa formułować podobnych zarzutów). Otwartość rady oznacza, że nie podejmuje ona decyzji sama, ale przeprowadza konsultacje środowiskowe – tak było w przypadku środowiska muzycznego, które dyskutowało złożoną przez zewnętrznego organizatora propozycję produkcji festiwalu (dopiero opinia tego szerokiego grona fachowców była podstawą opinii rady). I tak, mam nadzieję, będzie przebiegało podejmowanie wszystkich istotnych decyzji: członkowie rady nie wypowiadają bowiem swojego zdania, ale są zobowiązani do zasięgnięcia opinii środowisk, których są reprezentantami.

Wprowadzony w Bydgoszczy model ma w teorii niewiele wad. Na pewno ma ich mniej niż model zakładający odgórne urzędnicze decyzje. Na tym etapie wprowadzania zmian o niczym innym niż teoria dyskutować po prostu nie sposób – rada pracuje zbyt krótko. Efektem jej działań są co prawda konkretne projekty: projekt otwartego konkursu ofert (i karty ocen do tego konkursu) oraz projekt programu stypendialnego. Nie widziałem poważnej krytyki żadnego z nich. Oznaczać może to, że albo w tych projektach brak poważnych wad czy uchybień (przynajmniej w teorii), albo że nie ma wśród krytyków działań rady osób, które intelektualnie potrafią sprostać temu zadaniu. W obu przypadkach należy to zapisać na korzyść rady. Przynajmniej rozpatrując te działania na gruncie teorii. Na ewentualną krytykę ich skutków przyjdzie jeszcze czas.

Działy:
Michał Tabaczyński

Michał Tabaczyński

Redaktor naczelny BIK.

Polonista, dziennikarz, slawista, autor kilku książek (Parada równości, Koniec zabawy w pokolenie) i współautor kilku innych (Tekstylia bis, Kultura niezależna w Polsce 1989-2009).

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start