Centrum Kultury Fantastycznej: Prawda wewnątrz nas

Tadeusz Krajewski Tadeusz Krajewski

Słów kilka o wybranych tekstach Zdzisława Domolewskiego

Podczas konnej przejażdżki, w samotnym galopie, chłopiec dostrzega zmierzającą ku niemu kulę, ruchomą, żywą, wypełnioną po brzegi czernią i szarością. Gdy wpada w nią nieuchronnie, okazuje się ona skłębionym rojem komarów. Odległy obserwator odnosi wrażenie, że widzi jeźdźca bez głowy z ruchomą protezą. Kim jest ten chłopiec? To Zdzisław Domolewski z okresu swego pacholęctwa. Jako dorosły człowiek potrafi w gawędziarskim uniesieniu nawet najbardziej prozaiczną historię ze swojego życia zamienić w frenetyczną wizję. Nie można spokojnie go słuchać, podobnie jak nie da się obojętnie przejść obok jego prozy. Każdy akapit narracji jest bowiem przesycony magią.

To właśnie fluid nie z tego świata scala większość wątki powieści Chmurka pod stołem. Niewątpliwie stanowi ona naturalistyczny obraz wsi popegeerowskiej, ze wszystkimi jej zwyrodnieniami, zarośniętymi bocznicami, z egzystencjalnym brudem i biologiczną potrzebą bytu bez znaczenia. To biegun upodlenia. Bohaterowie kierują się adekwatnymi do okoliczności aspiracjami: ktoś chce zostać gangsterem, ktoś złodziejem, ktoś organizuje sobie wyjazd do Niemiec, prawie wszyscy planują nieustające picie. Gdy jednak dotknie ich Palec Boży Narratora, zamieniają się w bajarzy, poetów, filozofów, kulturoznawców. Mówią, a kreowane na poczekaniu historie żyją niezależnie od świata. Mają moc hipnotyczną. Wieś uczestniczy w zbiorowym poświadczeniu Fikcji. Czyżby? Zdzisław Domolewski w swoim artystycznym credo zaznaczył dobitnie: „Wierzę w siłę wyobraźni i moc prawdy”. Prawda to w takim razie… Opowieść. I nie ma znaczenia, czy przekaz wynika z pragnienia zmiany, niewłaściwej interpretacji zdarzeń przeszłych, czy stanowi roszczeniową projekcję przyszłości. Ważne, że Opowieść na stałe w człowieka wrasta, staje się jego właściwością rudymentarną. Nierozerwalnie związana z wrażliwością, tkwi w każdym, nawet w człowieku żyjącym na biegunie upodlenia.

Główny bohater – Krzyś – zna na wskroś dusze swoich pobratymców. To on zbiera historie. Przychodzi mu to z łatwością, gdyż sam nie może mówić. Może tylko słuchać. On wie, czym żywi się zbiorowa świadomość. Dzięki zebranym konfesjom zaczyna nabierać cech bóstwa opiekuńczego. I, jak na boga przystało, musi stawić czoła diabłu. Ma też typowo boskie przypadłości: jest nierychliwy, a jego wyroki są niezbadane.

Czasami Krzyś widzi wieś w innym wymiarze, w kontinuum przewidzianym tylko dla wybranych. To efekt choroby neurologicznej, ale – być może – także jeden ze sposobów na wniknięcie w inną przestrzeń.

Domolewski nie lubi rzeczywistości wirtualnej. Telewizja, gry komputerowe i internetowy erzatz wywołują w nim lęk o przyszłość mentalną człowieka. „Oduczeni zwykłego, najprostszego w swym sensie zdziwienia, zaskoczenia, radości, wzruszenia i naturalnych lęków, szeroko otwartymi oczami patrzą ludzie tylko na różne ekrany. Gdy wzrok pada na coś poza nimi – zachodzi mgłą – przestaje widzieć”. Z potrzeby obrony przed wykoślawieniem wrażeń, zubożeniem wzruszeń i utratą zmysłowego doznawania powstał Domek świeczki.

W powieści ułudę dla osób spragnionych fałszu konstruują scenarzyści obdarzeni literacką wyobraźnią, a nade wszystko zmysłem plastycznym. Popadają oni – podobnie jak twórcy telenowel – w rutynę, oferując swoim klientom produkty sztampowe, efekty pospolitych działań, ograne od lat schematy. Kicz rządzi fantomatyką, bo bardziej wyrafinowanych gustów nikt nie ma, w związku z czym nie opłaca się projektować wyszukanych form estetycznych. Scenarzyści przypominają lalkarzy, podupadłych władców marionetek z ulicznych teatrzyków, oglądanych przez pijaną widownię. To nie tylko zarys fabularny Domku świeczki. To także diagnoza wirtualnej rzeczywistości dnia dzisiejszego. Obraz choroby, którą nas wszystkich zainfekowano. Nie trzeba w tym celu używać komputera lub telewizora, wystarczy wyjść na ulicę. Pięknie zmontowane twarze, idealnie skrojone ciała, wymuszone uśmiechem zdrowe zachowania – oto czym jesteśmy atakowani, oto kierunek, w jakim mamy zmierzać. Mamy zapomnieć o sobie. Bohater powieści – Ted McOvy – usiłuje przetrwać w infernalnym mieście na własną rękę, być może jako jedyny człowiek, któremu zależy na zachowaniu tożsamości. W tym Babilonie świata gier wchodzi do różnych programów, popada często w ludyczną niewolę (musi rozgrywać przewidziany dla postaci scenariusz), ale z każdej maskarady wychodzi z niezmienionym umysłem. W każdym razie takie odnosi wrażenie.

W drugiej linii narracyjnej sekunduje mu w wędrówce Jan, szukający na gruzach zniszczonej wojną Europy swoich dzieci. Europa to kontynent starców z nonszalancją obnoszących swą zwiędłą dostojność. Jedyne spotykane dzieci to trupki zmasakrowane przed śmiercią. W postapokaliptycznym pejzażu kryją się zarówno bestie, jak i ich ofiary. A żywe jeszcze ofiary mają głowy w rozciętych szczelinach ciała, oczy zwisające na nitkach nerwów, twarze porośnięte pleśnią… Przypominają koszmary z wizji Roquentina (bohatera Mdłości Sartre’a), naszkicowane są jednak w manierze autora Sklepów cynamonowych.

Obaj bohaterowie swą wędrówką poświadczają widoczną aż po bezkres zagładę Umysłu. Jej początek miał miejsce wtedy, gdy w miejsce odwagi wstawiliśmy kalkulację, czucia – obserwację, udziału – symulację. Tego nie ośmieliłby się napisać Ballard, tego nie potrafiłby napisać Dick.

Nikogo nie powinno dziwić plastyczne wizjonerstwo pisarza. Zdzisław Domolewski to malarz, a jego obrazy są „rejestracją wędrówki przez wyobraźnię, myśli i zmyślenia”. W eseju Sny niczyje podkreślił oniryczny charakter swojej twórczości. „Lubię sny, ale nie szukam w nich sensów, symboli, nie wierzę, że coś przepowiadają, jestem raczej skłonny uznać, że mamy w sobie poprzez wędrówkę genów zapisane sny naszych przodków, traumatyczne ich doświadczenia, pożary, lęki, może także osoby, które oni znali, kochali, nienawidzili, a które poprzez sen wracają do mnie”.

Terapia fundowana przez Domolewskiego czytelnikom zagubionym we współczesności jest nad wyraz bolesna. Wiąże się z tym obowiązkowe przejście przez katharsis. Czasami jednak autor podrzuca nam „garść piękna”. To powieść Zosia pleciona, o dziewczynce, która odmówiła werbalnego kontaktu ze światem i postanowiła kreować rzeczywistość swoich marzeń, rzeczywistość z udziałem znanych jej osób żywych i… duchów. Czasami pisarz zamienia się w turpistę-prowokatora. Tłumaczy wtedy skatologiczne teksty Ernesta Goretoofire’a. Tych obscenicznych rzeczy nie należy pod żadnym pozorem czytać, ponieważ ich obrzydliwość idzie jedynie w parze z wykwintnym stylem i zaskakująco spointowanymi pomysłami.

Paweł Dunin-Wąsowicz w Warszawie fantastycznej bardzo wysoko ocenił Garnitury trumienne Domolewskiego. Żałował, że tekst nie powstał w latach 30. Może wtedy był najlepszy moment na wytyczanie nowych szlaków w literaturze imaginacyjnej? Jednak bez względu na historyczne domniemania, pisarstwo twórcy Chmurki pod stołem jest samoistną, nową jakością w polskiej fantastyce i cały czas czeka na rzetelną i uczciwą ocenę krytyczną.


 

Centrum Kultury Fantastycznej

Kawiarnia Szpulka (MCK), ul. Marcinkowskiego 12

  • 08.06.2016 (środa) / godz. 18.30: Warsztaty narratologiczne - dr. Marta Kładź-Kocot

  • 22.06.2016 (środa) / godz. 18.30: Uniwersum cudowności i lęku - czyli "sny" Zdzisława Domolewskiego - Łukasz "Nikor" Nalewajk

WSTĘP WOLNY!


 

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy BiK w podróży Czerwiec 2016 Centrum Kultury Fantastycznej: Prawda wewnątrz nas