CKF prezentuje: "Stan Strachów" - fragment niepublikowanej powieści pod roboczym tytułem

Zdzisław Domolewski Zdzisław Domolewski

Znalazłem się na płaskim terenie, a był to starannie strzyżony trawnik. Przypominał pole golfowe, ale bez zawijasów, wzgórków i dołków. Nie widziało się tam nikogo, nie czuło zapachu ekskluzywnych wód, tytoniu fajeczek, oddechów przesączonych kawiorem, czy beknięć po homarach, tylko zapach niedawno skoszonej trawy. Nieco dalej wypatrzyłem kształty przypominające białawy transatlantyk: coś się tam piętrzyło, wystawało, czerniały jakieś kropki, a wszystko było podświetlone od dołu światłem odbitym, migotliwym, jakby od wody. Odrzuciwszy absurdalne skojarzenie z transatlantykiem, przystałem na inne, że to rezydencja. Po chwili, że raczej – market nieszczęśliwie usytuowany w szczerym polu. Ale potem zjawiły się wieżyczki, czubki, szybki… Wróciłem do koncepcji rezydencji, lecz im byłem bliżej, tym mniej to wszystko przypominało dom, a raczej… no nie, nie chciałbym popadać w przesadę, że znowu… ale cóż! powiedzieć trzeba, że rzeźbione anioły, smętne płaczki, muzy siedzące bezradnie jednoznacznie potwierdzały domysł, że znowu trafiłem na cmentarz…

Objechałem biały, piękny, z ciosanego kamienia mur, trafiając na bramę. Wszystko tu było imponujące, świeże i oświetlone dziwnym światłem. Miałem wrażenie, że wydostaje się ono spod żwirowych alei, z trawników, z posągów. W epoce fizyki kwantowej takie rzeczy nie powinny nikogo dziwić, a jednak?

Już przy bramie trafiłem na nagrobek z nazwiskiem – Marek Hłasko i datami (do sprawdzenia w encyklopediach, ewentualnie w kuratorium, u Leszka Walczaka). Następny grobowiec – Jan Matejko, z datami. Kawałek dalej, okryty skrzydłami kamiennego anioła grób… Stefana Kisielewskiego… No zaraz – uruchomiłem pamięć – o ile się nie mylę?… nie wiedziałem jednak, gdzie słynny felietonista został pochowany. Co do Matejki – Wawel? A może jednak?… No dobrze, ale tu? Z jakiego powodu tutaj? Przemieszczałem się główną aleją odnajdując grób Norwida, Tetmajera, Wasilewskiego, Herberta!… i blisko niego Lebensteina, potem Makowski, Szymanowski… to nie była zbieżność nazwisk, dat, ani postaci; kryła się za tym… no, co komukolwiek mogłoby w tej sytuacji przyjść do głowy, gdyby był owinięty workiem, siedział na fotelu biurowym, przyklejonym taśmą do inwalidzkiego wózka? Pytam – co komuś takiemu mogło przyjść do głowy, zwłaszcza gdy od dwóch lat idealnie wskoczył w skórę emerytowanego nauczyciela języka polskiego? Otóż, komuś takiemu przyszło do głowy jedno – to nie jest możliwe!

Żeby sprawę wyjaśnić dokładniej, skręciłem w boczną aleję, gdzie odnalazłem grób Witkacego, Brunona Schulza, Milczewskiego-Bruna, znanego mi osobiście Polsakiewicza… ale to było bez sensu: rozproszeni po cmentarzach Polski i Europy znaleźli się tutaj, w szczerym polu, niedaleko Strachowa, gdzie onegdaj o nich nauczałem?

Skręcałem w coraz to inne aleje i w sumie sprawiało mi to przyjemność: jak człowiek w teleturnieju, czekający na kolejne pytanie: kim był – Jerzy Stróżyk? – nie wiem, ale obracam nazwisko wielokroć, cofam się do skromnego grobu – nie przypominam. Kim jakiś – Babkiewicz? O! – zaskoczenie – grób jest, data urodzin, ale daty śmierci nie uzupełniono, więc?… Borowski! – wiadomo, Wojaczek… tu mamy – Ćwikliński?… Myśli obracają ostatnie nazwisko – nic z tego. Beksiński? Łomnicki? No dobrze, ale zaraz – kawałek dalej – również bez daty końcowej – Domolewski?

Jak w teleturnieju trafiałem na luki w wiedzy, gdzieniegdzie większe, tam znowu mniejsze, a niekiedy, jak w chwili powrotu na aleję główną – poznawałem nazwiska wszystkie: Słowacki, Krasiński, Krasicki, Kraszewski…

Zjechałem w inną, węższą aleję, zaczynałem się rozglądać po dość sztampowych grobach z nazwiskami, których nie byłem w stanie zidentyfikować, gdy coś zaszeleściło, zbliżyło się i poczułem czyjś dotyk. Kiedy coś podobnego spotka nas na cmentarzu, o zmierzchu, na którym jesteśmy sami – truchlejemy; gdy coś takiego spotyka nas oplecionych workiem, unieruchomionych na wysokości półtora metra, z palcem na dźwigni: w jednej chwili kurczymy palec i uciekamy jak najdalej, przed siebie, nie oglądając się, bo oglądnąć się do tyłu, po prostu, nie możemy.

[...] – No proszę, w jaki sposób pan Franciszkański zamierza się urządzić. No, no, no! Taki grobowiec?… I te łezki, hi, hi, hi…
– Proszę się nie śmiać! – rzuciła Ewelina.
– Bo wiesz, wydaje mi się to lekko nadmierną zapobiegliwością, wznoszenie grobowca za życia. Zwłaszcza takiego grobowca – wskazałem. – Zaczynam już rozumieć tych tutaj, rzekomo pochowanych, Mickiewiczów, Słowackich, Norwidów… – zwielokrotniając nazwiska, zwielokrotniałem, w mym mniemaniu, szyderstwo – Matejków, Hłasków, Wyczółkowskich, Herbertów – wyliczałem – Dołegów-Mostowiczów, Lemów, Snergów-Wiśniewskich czy Duda-Graczów… Rozumiem, rozumiem – mówiłem – że wirtualnie tu pochowani oni, są Franiszkańskiemu rekompensatą, stanowią rodzaj gwardii przybocznej, a taka gwardia to jednakże odgórnie podporządkowana władcy, nawet jeżeli poszczególni jej członkowie są zbudowani wiele razy masywniej, obdarowani dzielnością, talentem, dużo większym od swego przywódcy, to on pozostaje w pamięci; i tenże Franciszkański – mówiłem głosem prokuratorskim – będący przecież tylko zwyczajnym producentem czegoś do komputerów, pracodawcą, ale nikim więcej, jako osoba, miernotą wobec tych, których rzekomą nekropolię tu tworząc, chciał przyszłości powiedzieć, że niejako dzięki niemu wyrośli, nie osiągnąwszy wszak nigdy poziomu jego… Ci wirtualnie tu pochowani, których nazwiska nie wszystkie mi coś mówią…


 

Zdzisław Domolewski

Urodził się w 1951 roku w Toruniu. W 1976 roku skończył studia na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, specjalność – malarstwo. Bierze udział w wystawach indywidualnych i zbiorowych. Ceniony, wielokrotnie nagradzany autor książek, opowiadań i nowel. Od 1978 roku mieszka w Markach. Debiutował w 1973 roku wierszem Poemat napisany nie na temat. Laureat wielu konkursów literackich. Wiersze, opowiadania, eseje ukazały się m.in. w „Regionach”, „Więzi”, „Faktach”, „Nowym Wyrazie”, „Fantastyce”. Za powieść Tunelem wiatru, niespokojnie (1978) otrzymał specjalną nagrodę przyznawaną debiutantom w konkursie otwartym LSW i ZLP. Autor dickowskiej z ducha powieści Domek świeczki (2000) i powieści sensacyjno-obyczajowej Lusia (1997). Twórca prowokacyjnych nowel Masy kałowe (1999), wydanych pod pseudonimem Ernest Goretoofire. Jego powieść Chmurka pod stołem zdobyła I nagrodę w konkursie zorganizowanym przez wydawnictwo Zysk i S-ka na najlepszą polską powieść w roku 2000. Nagrodę literacką Polskiej Sekcji IBBY – KSIĄŻKA ROKU 2003 zdobyła powieść dla dzieci Zosia pleciona (2003).


 

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy BiK w podróży Czerwiec 2016 CKF prezentuje: "Stan Strachów" - fragment niepublikowanej powieści pod roboczym tytułem