10 lat Bydgoskiej Kroniki Filmowej

10 lat Bydgoskiej Kroniki Filmowej Fot. Marcin Sauter

Z Maciejem Cuskem i Marcinem Sauterem rozmawia Monika Grabarek.


Zaskoczyła ta rocznica?
MACIEJ CUSKE: Ogromnie! Jakoś inaczej traktuję czas, nie celebruję rocznic ani dat. Szczerze mówiąc, byłem bardzo zdziwiony, kiedy usłyszałem, że to właśnie dekada mija. Sam nawet urodzin nie obchodzę, ale pomyślałem, że jeśli nie zaznaczymy tej rocznicy, to potem będziemy żałowali, że coś przegapiliśmy.

Jakie jest twoje pierwsze odczucie, gdy myślisz o tych wszystkich latach?
M.C.: Przede wszystkim mam bardzo ciepły stosunek do wszystkich, którzy z nami przez ten czas pracowali. Mam poczucie, że tworzymy bardzo fajną, dynamiczną grupę. Nasz skład się zmienia, co jest bardzo rozwojowe, robimy, co możemy, żeby ci młodzi ludzie szli dalej, zdawali do szkół filmowych, robili swoje filmy. Oczywiście też bardzo nas cieszy, kiedy z nami zostają lub po prostu wracają. To nie są tylko dzieciaki, które chcę czegoś nauczyć – są dla mnie bardzo ważni, czuję się z nimi bardzo związany emocjonalnie. Odczułem to przy filmie, który robimy z okazji rocznicy. Zebraliśmy mnóstwo ludzi, którzy przewinęli się przez BKF. Wielu od bardzo dawna nie widziałem, straciliśmy kontakt, a teraz przy ponownym spotkaniu jest między nami relacja jak dawniej, nic się nie zmieniło. Mam poczucie, że BKF był ważnym epizodem w ich życiu.

Czego najbardziej chciałeś tych młodych ludzi nauczyć?
M.C.: Przeraża mnie ten świat, rozpad relacji międzyludzkich, ciągle jest mało stref, gdzie twórczo spędza się razem czas. W młodości bardzo brakowało mi takiego właśnie miejsca i chyba przede wszystkim dlatego postanowiliśmy z Marcinem sami taką przestrzeń stworzyć. Chcieliśmy dać młodzieży to, czego sami nie mieliśmy, bo mamy poczucie, że jest to bardzo ważne. Spotkanie ludzi wrażliwych, z których każdy inaczej widzi świat, mogących się uczyć od siebie, zawsze rozwija i pomaga w procesie twórczym. BKF-em spełniam swoje młodzieńcze marzenia.

Zakładaliście z Marcinem jakiekolwiek ramy czasowe?
MARCIN SAUTER: Nie przypominam sobie, żebyśmy planowali taki okres działalności. Nie wiedzieliśmy, że to się tak zakorzeni. W naszym fachu tak szybko to wszystko się zmienia, że trudno coś zaplanować. Ale mieliśmy nadzieję, że będzie to rozwojowa sytuacja.

Zebranie grupy było trudne?
M.S.: Młodych ludzi zainteresowanych filmem nie brakuje, ale my od początku szukaliśmy bardzo konkretnych osób. Bardzo zaangażowanych i wrażliwych, ale przede wszystkim niebojących się ciężkiej pracy. Bo film to naprawdę ciężka praca, wymagająca wielu wyrzeczeń. Nie chcieliśmy zabawy w film, kółka filmowego. Staramy się od początku traktować członków Kroniki poważnie i bez taryfy ulgowej. Wszystko po to, by robili jak najbardziej profesjonalne filmy.
Odpowiednia wrażliwość, obserwacja świata i chęci do pracy to u nas podstawowe kryteria doboru. Filmy powstają przez wiele miesięcy, to bywa wyczerpujące, często kosztem innych rzeczy w życiu. W Kronice nasza młodzież może wiele się nauczyć, dostaje od nas wielkie wsparcie. Ciężka praca nie każdemu odpowiada, dlatego przez te lata przewinęło się tu sporo osób. Najbardziej cieszy, jak dostają się do szkół filmowych i idą w świat. Po drodze są też oczywiście nagrody, których BKF ma już ponad 70. Bardzo to miłe też, jak po latach wracają, dzielą się swoim dorobkiem, przeżyciami. To dla nas duża satysfakcja.



BKF-u wspomnień kilka…

ANNA PAPRZYCKA: Moja przygoda z Bydgoską Kroniką Filmową rozpoczęła się dawno, dawno temu – chyba w 2006 roku, dokładnie już nie pamiętam. Udało mi się zrealizować kilka filmów, m.in. Dziewięćdziesiąt lat minęło i Życie jest cudowne… (współrealizacja z Marcinem Szymczakiem), które zdobyły kilka nagród. Nie jednak trofea były dla mnie najważniejsze, a sama realizacja, poznawanie bohaterów. Możliwość odkrywania miejsc nie zawsze dostępnych, jak np. areszt śledczy czy więzienia, które zwiedzaliśmy przy okazji kręcenia opowieści o Marku Ksieniewiczu z Życie jest cudowne… Jest to opowieść o człowieku, który kilkanaście lat spędził za kratami, po czym się nawrócił i zaczął pomagać tzw. trudnej młodzieży, przestrzegać, aby nie popełniali jego błędów.

BKF to niezwykłe miejsce, skupiające samych pozytywnie zakręconych, uzdolnionych ludzi, a Marcin Sauter i Maciej Cuske to bez wątpienia tutorzy, jakich mało: inspirujący i cierpliwi. Uczą nie tylko, jak trzymać kamerę, ale również utwierdzają w przekonaniu, że warto być wrażliwym, czasami zwolnić, zastanowić się nad życiem swoim oraz innych.


RAFAŁ WARACZEWSKI: Bydgoszcz kojarzy mi się z domem. Kronika z historią. Film z pasją, a Bydgoska Kronika Filmowa – z przytulnym miejscem, gdzie ludzie z zapałem tworzą filmową opowieść.


MACIEJ CZERNIAK: O pierwszych warsztatach filmu dokumentalnego Maćka i Marcina dowiedziałem się na trzecim roku studiów. Był nawet przeprowadzony wstępny casting kandydatów w budynku TVP w Bydgoszczy. To było coś! Jakimś cudem przebrnąłem przez te eliminacje, przedstawiłem wtedy pomysł na reportaż (miałem na studiach specjalizację dziennikarską) o ubogiej rodzinie mieszkającej na przedmieściach Bydgoszczy. Zostałem zasypany przez reżyserów gradem pytań. Po co? Dlaczego? Jak chcę to przedstawić? Skąd taki pomysł; co chcę powiedzieć? A ja nie miałem pojęcia. Byłem zbity z tropu. Dopiero później uświadomiłem sobie, że nie wystarczy pójść z kamerą w jakieś miejsce i nagrywać. Dowiedziałem się, że czasem nie trzeba szukać tematów dziwnych, wyjątkowych; że materiałem na film może być opowieść o… codzienności. I to jest właśnie najtrudniejsze – przedstawić rzeczy zwykłe w wyjątkowy, niecodzienny sposób.

Pierwszy film – kilkuminutowa etiuda o grajku ulicznym Chrisie Marco. Pamiętam, że byłem w szoku, ile czasu można poświęcić na zmontowanie dwóch minut materiału. Ale efekt był – to w końcu mój debiut – powalający. No i dowiedziałem się, że czasem cisza w środku filmu może powiedzieć więcej niż tysiąc słów. Później było jeszcze kilka materiałów. Z czasem warsztaty filmowe Marcina i Macieja przekształciły się w profesjonalny cykl dokumentalny w TVP. Skończyłem studia, zacząłem pracę w gazecie. Ale te doświadczenia, pewna wrażliwość, którą odkryłem, pracując nad krótkimi filmami dokumentalnymi – to pozostało. Dzisiaj, nawet kiedy piszę jakiś tekst, zdarza mi się zastanawiać, czy przypadkiem nie zwolnić, nie dać czytelnikowi odetchnąć, nie dać mu samemu dojść do pewnych wniosków.


MARCIN KUNDERA: Szczególnie pamiętam jeden taki moment. Po którymś pokazie filmów BKF-u, w trakcie którego był też puszczany mój film dokumentalny, odbyło się jak zwykle jakieś towarzyskie spotkanie. Wszyscy sobie gratulowali, etc., ale w pewnym momencie podeszła do mnie dziewczyna i powiedziała, że bardzo ją ten film poruszył i że bardzo dziękuje, że mogła to zobaczyć, bo coś to w niej ruszyło. To była bardzo prosta historia chłopaka z bardzo trudną przeszłością. Był to w zasadzie pierwszy film, który sam wymyśliłem i zrealizowałem, więc niestety miał bardzo wiele niedociągnięć. W każdym razie chyba jakoś wtedy dotarło do mnie, jaka jest siła dokumentu, i to wtedy też dopiero zrozumiałem, co w ogóle ten dokument znaczy. Wtedy też stwierdziłem, że chciałbym się tym zająć na poważnie. No i po dość długich perturbacjach i podbojach świata jestem tu, gdzie jestem, tj. w Katowicach, i studiuję operatorkę.


KLAUDIA KORNACKA: W BKF-ie usłyszałam o niejakim Marcinie Kunderze. Marcina już nie było w BKF-ie, kiedy ja się tam pojawiłam, ale wszyscy opowiadali o nim z dumą i wielkim szacunkiem. Marcin to, Marcin tamto… (do dzisiaj jest go w BKF-ie pełno, bo wszystkie konta pocztowe i aplikacje mają za właściciela Kunderę). No więc żyłam legendą WIELKIEGO KUNDERY. Pamiętam moment, kiedy poznałam Marcina. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to Marcin. Wziął za to mój aparat i zaczął przy nim majstrować. Coś tam wgrał, coś tam poprzestawiał. Nie za bardzo wiedziałam, co robi ani po co. I nie ukrywam, trochę mnie to zaniepokoiło. Potem gdzieś zniknął z moim aparatem i wtedy dopiero dowiedziałam się, że to TEN KUNDERA. Co oznaczało, że nawet gdyby mój aparat już nigdy do mnie nie powrócił, to byłby to honor nad honory, bo zabrał go SAM KUNDERA. Obecnie widujemy się z Marcinem codziennie w szkole filmowej – razem pracujemy nad filmami, a w mieszkaniu Marcina mam już wyznaczone swoje miejsce do spania, w razie gdybym chciała zostać na noc.


EWA PIĄTEK: W 2013 roku byłam na warsztatach „Horror w Pałacu”. Pozytywnie mnie zaskoczyło to, że to były warsztaty wykraczające poza standardowe warsztatowe ramy czasowe: żadne tam „teoria od 9 do 11, ćwiczenia od 12 do 15” itp., ale akcja od świtu… często do świtu. Zebrania organizacyjne, na których lepiej było się pojawiać punktualnie, nawet po nocce, wspólne oglądanie filmów i spotkania z wybitnymi gośćmi (Piestrak, Dawid), omawianie ćwiczeń z ogromnym naciskiem na język filmu, konsultacje i – co najważniejsze – zdjęcia o każdej porze dnia i nocy, przy różnym świetle, w plenerze i w pomieszczeniach, czyli spora dawka praktyki. To był solidny trening pracowitości i dobrego planowania pracy na planie zdjęciowym, żadna tam szkółka dla młodzieży i ćwiczonka, a poważne robienie filmu, maksymalne wykorzystanie czasu!

Później jeszcze miałam okazję pracować z młodzieżą z BKF-u przy dokumencie o rynku przy Śniadeckich i tu też nie było prowizorki: rynek budził się o 5 rano, to my wtedy tam czekaliśmy, żeby to uchwycić, wracaliśmy w ciągu dnia, o różnych porach, czekaliśmy na zamknięcie, spędzaliśmy tam wiele godzin, przyzwyczajając bohaterów do kamery itd. Maciej i Marcin mocno uczą wchodzenia w temat na 100%, całkowitego bycia dla tematu, czujności i otwartości na to, co jeszcze może się wydarzyć, co można zobaczyć. Bez tego nie da się podejść bliżej do ludzi, a pewnie o to chodzi w dokumencie: o prawdziwe spotkanie z człowiekiem.

Działy:
Monika Grabarek

Monika Grabarek

Pedagog, dziennikarka radiowa (Radio Kultura).

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start