Centrum Kultury Fantastycznej: Po co nam Tolkien?

Marta Kładź-Kocot Marta Kładź-Kocot

Jak (i po co) teraz czytać J.R.R. Tolkiena? Czy w epoce zdekonstruowanych mitów można jeszcze uwierzyć w zdumiewająco świeżą naiwność jego wizji? Trudno odpowiedzieć na te pytania – a może należałoby postawić inne. Tolkien, jak każdy twórca obdarowany głęboką indywidualnością, polaryzuje odbiorców. Od początku albo budził zachwyt, albo prowokował reakcję głębokiego odrzucenia. Stał się pisarzem stulecia (XX), bożyszczem pokolenia dzieci kwiatów, sztandarową figurą katolickich badaczy literatury, którzy chcieliby widzieć w fantasy przede wszystkim najpełniejszy wyraz symboliki zbawiania. Z drugiej strony, u innych badaczy i krytyków budził pobłażliwość bądź niechęć. Susan Jeffreys napisała o Władcy Pierścieni: „Widok tego dziełka, pełnego okropnych runów i map oraz przenudnych aneksów przyprawia mnie o depresję” . Jej reakcja nie była odosobniona.

Jednak rzesze fanów albo przynajmniej ludzi lekko zainteresowanych, którzy ciągnęli do kin na kolejne części Władcy Pierścieni Petera Jacksona, a później na rozdmuchanego do nieprzytomności Hobbita, wydają się dowodzić niesłabnącej popularności – nie tyle jednak, mam wrażenie, samego Mistrza, co wykreowanego przez niego świata.

Pytanie o aktualność Tolkiena jest bowiem w gruncie rzeczy pytaniem o całą konwencję fantasy, o jej wiarygodność, o to, czy wciąż jeszcze ma ona coś do zaoferowania współczesnemu konsumentowi kultury. Najwyraźniej odpowiedź na to pytanie może zabrzmieć twierdząco, skoro wciąż dotyka jej skuteczna popkulturowa eksploatacja – od dzieł mniej lub bardziej oryginalnych (albo wtórnych) filmowych i literackich twórców gatunku po fanowską ekspresję, objawiającą się konwentowymi cosplayami i spontanicznym tworzeniem fan fiction. Jednak największym dziedzictwem Tolkiena jest „wspólne uniwersum fantasy”: świat, który wymaga mapy, magii, czasem istnienia innych gatunków rozumnych, takich jak elfy i krasnoludy itp. Zrodzone z fascynacji naśladownictwo owocowało niekiedy powstaniem dzieł, które Terry Pratchett określił jako SPF (Szablonowy Produkt Fantasy). Konwencja ta, nie trzeba wspominać, wystarczająco się już wytarła, wielokrotnie sama powieliła i samozwrotnie pożarła. To ona odpowiada za większość współczesnych pobłażliwych uśmieszków pod adresem Tolkiena, który – nieszczęsny – rośnie u jej początków jak samotny, oskubany z liści jesion Yggdrasil.

Na szczęście przepisanie na nowo konwencji fantasy bywa możliwe. Udowodnili to choćby Sapkowski i G.R.R. Martin, (de)konstruując fabuły, co prawda realizujące główne założenia gatunku, ale odarte z łatwowierności, pokazujące okrucieństwo świata, od którego nie ma ucieczki, zamazujące czarno-białe podziały w niuansach bezlitosnej polityki.

Co więc zawdzięczamy J.R.R. Tolkienowi i czy nadal warto go czytać? Odpowiedź na pierwsze pytanie jest prosta: zawdzięczamy mu bardzo wiele. Zawdzięczamy mu język, którym zaczęła mówić literatura – i którym tak naprawdę posługuje się do dziś. Jest to na wpół zapomniany język mitu, ożywionego i przywróconego z otchłani zapomnienia, by znów zaczął rządzić masową wyobraźnią. Nie oznacza to, że musimy ten język zawsze brać na serio. Wręcz przeciwnie – modernistyczne i postmodernistyczne eksperymenty z literaturą nauczyły nas, że możemy i powinniśmy się przeciwko niemu buntować, przepisywać go na nowo, kwestionować, wywracać na nice. Ale nawet postępując z językiem mitu w tak bezlitosny sposób, odkryjemy, że nie jesteśmy w stanie go unicestwić. Z mitem jest tak jak z polityką – nawet wyparty, wraca tylnymi drzwiami i zmusza nas, żebyśmy uznali jego obecność i zaakceptowali konwencje, za pomocą których mówimy – albo też formy, które mówią nami. Tolkien daje nam słownik tego języka mitu. Dlatego warto mówić o nim nie tylko jako o twórcy Śródziemia i antenacie dzisiejszych dokonań popkultury, ale jako o swego rodzaju źródle, tkwiącym u korzeni współczesnej wyobraźni.


Centrum Kultury Fantastycznej

Kawiarnia Szpulka, MCK ul. Marcinkowskiego 12

10 lutego, godz. 18.30:
Marta Kładź-Kocot: „Co nam zostało z J.R.R. Tolkiena?”

24 lutego, godz. 18.30:
Marcin Kowalczyk: „Między nauką a zmyśleniem. Jak SF wykorzystuje ludzki mózg.”


 

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Luty 2016 Centrum Kultury Fantastycznej: Po co nam Tolkien?