Jimi Birchwood, "Last Station"

Jimi Birchwood, "Last Station" Jimi Birchwood, "Last Station"

Do pierwszego odsłuchania Last Station podchodziłem z „pewną dozą nieśmiałości”. I cytat wzięty z jednej z najbardziej legendarnych reklam początku lat 90. jest tutaj absolutnie uzasadniony. Gdy nastał, obrośnięty w przełomowe wydawnictwa rockowe niczym nabrzmiała w słońcu kiść winogron, rok 1991, miałem lat siedemnaście, więc królujący wtedy grunge na zawsze już pozostanie muzyką moich lat niedojrzałych i dzikich. Jak więc nie obawiać się płyty, wycinek materiału której znałem z koncertów i wiedziałem, że to próba powrotu do tamtej ery. Położyłem ją jednak w końcu na języku odtwarzacza, wziąłem głęboki oddech i nacisnąłem „play”…

I ocknąłem się czterdzieści kilka minut później z szerokim uśmiechem na twarzy. Przeleciał mi ten krążek na jednym oddechu i nie znudził w ogóle. Nie pamiętałem też, ilu wysłuchałem utworów. Jak się potem okazało – jedenastu. Teraz mam za sobą pięciokrotne już obcowanie z debiutanckim albumem Jimich, więc idzie to mniej więcej tak:

Często słyszy się frazę, że brzmieniowo jakiś band jakimś innym bandem „śmierdzi”. W przypadku Last Station smrodek jest oczywisty i porównanie z Alice In Chains czy Stone Temple Pilots nie wymaga dedukcji ani zaawansowanego sprzętu detektywistycznego. Mamy tu wszystko, czego od muzyki rodem z Seatle można oczekiwać. Mamy ciężkawo-skoczne riffy (szczególnie zapada pod tym względem w pamięć otwierający płytę Slip Away) przeplatane przestrzennymi wtrąceniami. Mamy wokal, lepiej znacznie czujący się w partiach niskich ze względu na baryton wokalisty niż w partiach wysokich, schodzący pod koniec frazy trójdźwiękiem ku końcówce wersu na dwudźwięku lub dźwięku pojedynczym w podkładzie. Mamy mrok. Są tu bębny, które rewelacyjnie wpisują się w melodykę, a tam gdzie trzeba są pierwotne i oparte na partii kotłów. Dostarczane nam są, tak charakterystyczne dla tego rodzaju muzy, gitarowe unisona. Jimi Birchwood zapewnia więc wszystko co znamy. Pytanie więc, czy potrzebujemy tego powrotu? Moim zdaniem zdecydowanie tak.

Last Station to nie jest płyta odkrywcza. Nie jest to płyta pozbawiona wad. Wybijający się chyba zbyt często ponad resztę instrumentów wokal Marcina Walczaka miejscami nuży przewidywalnością. Ale tylko miejscami. Następujące po sobie Remind Me i Tried To Wake Up są przez pierwsze kilkadziesiąt sekund niebezpiecznie podobne rytmicznie. Słychać też, że teksty nie były pisane przez jednego autora, ale to już wyzwanie dla wokalisty, który musiał poradzić sobie z odmiennym frazowaniem i podziałem rytmicznym poszczególnych linijek. I poradził sobie. Na mocną czwórkę.

Lubię, kiedy słychać na płycie, że zespół wszedł do studia, wiedząc, co chce osiągnąć. Dokładnie tak jest w przypadku Last Station. Panowie instrumentaliści bardzo pewnie położyli tu dźwięki, a hipnotyzujący głos Marcina (jednego z trzech z resztą Marcinów w ekipie) wciąga i nie odpuszcza od początku do końca opowiadanych historii. Down In The Hole, mimo że tytułem zrośnięty jest ze wspomnianą już Alicją W Łańcuchach, buja świetnym riffem i odświeża końcówkę płyty. Cały album jakby rozpędza się w miarę następowania utworów. No i w końcu nadchodzi Gunslinger – perełka kompozycyjna, w której wszystko jest na swoim miejscu, a wokal garściami wręcz rozdziela klimat ukochanej przez tak wielu muzyki.

Można powiedzieć, że tak się już nie gra. Gra się. Jimi Birchwood udowadnia, że czasami naprawdę dobrze.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Luty 2016 Jimi Birchwood, "Last Station"