Trzy głosy o "Dybuku": Czy czapka jest śmieszna?

"Dybuk" "Dybuk" Fot. Monika Stolarska

Złych duchów nie wolno nazywać po imieniu. Siedzą zaczajone we wszystkich kątach, norach i szczelinach. Wszystko widzą, wszystko słyszą i tylko czekają, aż ktoś wymówi ich plugawe imię. Wtedy z miejsca wyskakują i rzucają się na człowieka. Tfu! Tfu! Tfu!

[Szymon An-ski, Dybuk. Między dwoma światami, tłum. M. Friedman]


Klasyczny już jidyszowy dramat Szymona An-skiego Der dibek oder cwiszn cwej weltn z 1914 roku na przestrzeni przeszło stu lat (!) doczekał się mnóstwa realizacji teatralnych i transpozycji na potrzeby filmu. Żeby wymienić tylko kilka z nich: w roku 1937 Michał Waszyński nakręcił swój słynny obraz Der Dibuk (scenariusz: Alter Kacyzne, kierownik artystyczny: Andrzej Marek, konsultacje: Anatol Stern – no, taka to była produkcja!), nagrany całkowicie w jidysz i uważany za największe dzieło kinematografii żydowskiej polskiego międzywojnia; po sztukę sięgali też później m.in.: Andrzej Wajda, Janusz Wiśniewski, Agnieszka Holland, Krzysztof Warlikowski czy Mariusz Grzegorzek, przenosząc Dybuka czy to na deski teatralne, czy plan Teatru Telewizji. Oczywiście główną sceną prezentacji dramatu An-skiego był przez wiele lat Teatr Żydowski w Warszawie – dwukrotnie w jidysz reżyserował tam Dybuka Chewel Buzgan, dwukrotnie Szymon Szurmiej. Teraz przyszedł czas na Annę Smolar, język polski i scenę bydgoską. Ale o tym za chwilę…

 

Pośrednio do historii nieszczęśliwej miłości Lei i Chanana nawiązywała też polsko-izraelska – bardzo rozczarowująca, niestety – niedawna produkcja kinowa Marcina Wrony Demon (pośrednio, bowiem czołowym pierwowzorem był tu współczesny dramat Piotra Rowickiego pt. Przylgnięcie – Dybukiem jawnie inspirowany – odwracający role męską i żeńską i umieszczający historię w całkiem innym kontekście). W końcu – by uwydatnić tu siłę oddziaływania żydowskiego mistycyzmu i obrzędowości na (pop)kulturę światową – z bardzo kuriozalnym miksem dramatycznej legendy o dybuku i… Meyrinkowej historii o golemie mogliśmy też mieć styczność w jednym z odcinków kultowego już serialu Z Archiwum X. (A wspominam o tym nie bez przyczyny…).

Lecz żydowskość to – jak zresztą słyszymy w spektaklu – temat „kontrowersyjny”, zwłaszcza przecież u nas, gdzie antysemityzm wypija się podobno z mlekiem matki Polki, musząc potem zachowywać publicznie jednak pewną polityczną poprawność – ze względu na doświadczenia Holokaustu. Zatem kto dziś dobrowolnie wybrałby się na klasycznego Dybuka An-skiego i po co? Kto pojechałby do stolicy, by w Teatrze Żydowskim zobaczyć sztukę w realizacji (uhonorowanej właśnie Laurem Konrada) Mai Kleczewskiej i Łukasza Chotkowskiego? Czego dla siebie by tam szukał, nie znając być może ani tekstu bazowego, ani zawartych w nim: rudymentarnej żydowskiej nomenklatury, elementów chasydzkiej obyczajowości, religii i tej religii obrządków (co zresztą przez całego bydgoskiego Dybuka wytyka nam, polskim przecież! widzom, obecna na scenie Hanna Maciąg). My wszak mamy swoich Romea i Julię – jeśli już naszłaby nas chęć obejrzenia smutnej historii pary zakochanych rozdzielonych siłą przez nieprzejednanych rodziców… Dlatego też dramat ten był tu zaledwie pretekstem, inspiracją, punktem wyjścia dla autora scenariusza, którym był pewien znany pisarz kojarzący się z nie tak dawną medialną aferą, o jakiej piosenkę pod tytułem Oszukała mnie Kinga Dunin mógłby nagrać Mister D., gdyby nie pożegnał się już był jakiś czas temu z niemiłym społeczeństwem. Ignacy Karpowicz nadpisał w zasadzie na Dybuku An-skiego całkiem nową (i mocno współczesną) rzecz – zupełnie nową, odrębną historię z zupełnie nowym, podkreślmy to, morałem. Bo wyszła z tego wszystkiego, niestety, sztuka moralizatorska, z tezą i „ku przestrodze”, traktująca o współczesnej młodzieży i być może nawet do tej młodzieży skierowana bardziej niż do tak zwanych dorosłych.

Nie chcę się pastwić i wyjść na zoila, bo ja naprawdę na premierę bydgoskiego Dybuka szłam z otwartym sercem i z otwartą głową, z duszą na ramieniu i z uśmiechem na twarzy (są na to świadkowie!), w pamięci mając pięknej Anny Smolar fenomenalnych Aktorów żydowskich pokazanych podczas tegorocznego Festiwalu Prapremier (pisaliśmy o nich w listopadowym wydaniu „BIK-u”). Może dlatego właśnie moje oczekiwania co do realizacji były zbyt wygórowane? A może jednak spodziewałam się czegoś bliższego klasyce? Może nie wstrzeliłam się w (młodzieżowy?) target przedsięwzięcia? Albo może po prostu mam za mało dystansu do sytuacji, w której wychodzący na scenę w sztrajmlu na głowie aktor wywołuje wśród widowni nieposkromione salwy (szyderczego?) śmiechu? („Sztrajml to taka futrzana czapka noszona przeważnie przez chasydów podczas szabasu” – dopowiedziałaby w tym miejscu wspomniana wcześniej aktorka/asystentka, wyjaśniająca nam, co i jak, jednocześnie żydowskość tym zabiegiem banalizując; „chasydzi to pobożni uczniowie cadyków, cadycy to…” – i tak dalej). Czapka ta, ów sztrajml zadziałał tu na część widowni ewidentnie jak nos klauna (zresztą coś z cyrkowości, jakiś jej duch – i bynajmniej nie chodzi mi tu o ducha-dybuka – obecny był chwilami na scenie…). Tymczasem uważam, że śmiać się czy to ze sztrajmla, tałesu, czy z chałatu to tyle, co śmiać się ze zwykłej fedory, poncho czy z prochowca – śmiać się z przedmiotu, który sam w sobie wcale śmieszny nie jest. Zatem: czy czapka jest śmieszna, czy osoba, którą ją nosi – w tym przypadku Żyd, nawet jeśli jest to tylko Żyd odgrywany, udawany, umowny? Być może Anna Smolar za pomocą śmiechu chce oswajać polską widownię z żydowskością, jej folklorem i „egzotyką”; pytanie jednak, czy jej się to udaje, czy może jednak gromki rechot jest tu nadal przejawem niewyplenialnego antysemityzmu, owego „robaka, który może zalęgnąć się w owocu tylko wtedy, kiedy ten zaczyna gnić” – że wykorzystam tu znaczącą frazę z An-skiego? 

Jak pisał Nikołaj Gogol, „ze śmiechem należy się obchodzić ostrożnie: jest zaraźliwy”. No i – last but not least – Gogolowskie, słynne: „Z czego się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie!”.

Wszystkie te cytaty znalazły swoje wygodne miejsca na widowni podczas piątkowej (4.12) premiery.

Co w tym kontekście szczególnie ciekawe, to to, że cała pokazana na scenie współczesna historia – historia jednego hejtu, młodzieżowego „linczu 2.0” – mówi o tym właśnie, że bezmyślny, niby niewinny śmiech, bezrefleksyjne wyśmiewanie się prowadzić mogą niejednokrotnie do tragedii… „Lekkomyślne dowcipy mogą być bardziej zabójcze niż zamachy zbrodniarzy i uroczyste mowy ambitnych i buntowniczych naprawiaczy świata” – pisał Joseph Roth.

Interesującą koincydencją był fakt, że po samobójczej śmierci klasowego kozła ofiarnego (Azazela? Nie, w tym uwspółcześnionym przypadku chodzi bardziej o figurę kozła ofiarnego autorstwa René Girarda), niejakiego Grzesia, który dokonał żywota powieszony na własnych sznurowadłach po przedostaniu się do Internetu przy pomocy jednej z „koleżanek” kompromitującego go filmiku, klasa i nauczyciele postanawiają wystawić w szkole Dybuka, nad którym to Grześ wcześniej pracował (dlaczego? Przecież był Polakiem – zastanawiają się nauczyciele…). A przecież w 1920 roku, po zaprezentowaniu przez An-skiego swojego słynnego dziś dramatu – jeszcze w formie pisemnej – gronu zaprzyjaźnionych literaturoznawców i ludzi teatru, którzy to Dybuka ocenili wtedy nader negatywnie, pisarz poważnie zapadł na zdrowiu i wkrótce potem… zmarł. Zgromadzeni na jego pogrzebie artyści obiecali, że wystawią Dybuka w ciągu miesiąca, i tak, już w grudniu 1920 roku, odbyła się w Warszawie światowa premiera.

W wystawieniu Dybuka w Dybuku Anny Smolar uczniom pomaga dwoje nauczycieli: pan od historii (Mirosław Guzowski) i typowa (w jej ubiór nawet ta typowość jest wpisana) pani Basia od języka polskiego (tu zdecydowany ukłon uznania w stronę Małgorzaty Witkowskiej). Podczas pracy nad szkolnym spektaklem co rusz wychodzą na światło dzienne (czy też raczej: światło teatralnego reflektora) różnej maści „brudy”, których każdy ma za uszami całkiem sporo. A wszystko to podane jest w wersji bardzo rozrywkowej, bardzo popowej, tak że nawet bardziej jako podkład muzyczny zdałyby się tu utwory kabalistki Madonny niż ciesząca się dość dużą popularnością, ale jednak – wciąż niszowa kocia muzyka Natalii Fiedorczuk. Nad tym wszystkim góruje neonowa, trójżarówiastokolorowa gwiazda Dawida. Chaos i kakofonia, lecz – zdaje się – zamierzone. Osobiście nie zdziwiłabym się, gdyby w którymś momencie na scenie pojawili się agenci Mulder i Scully z Archiwum X, kilka wampirów i jeszcze grupka obdartych zombie… Mogliby nawet zacząć tańczyć wspólnie układy taneczne z teledysku Thriller Michaela Jacksona. Ale zaraz, zaraz!… Czyż czegoś podobnego nie tańczyły „żebraczki” wraz panną młodą?

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start