Trzy głosy o "Dybuku": My też nic nie wiemy

"Dybuk" "Dybuk" Fot. Monika Stolarska

Że niewiele Dybuka w tym Dybuku? Nie wiem, trudno porównywać bez tekstu, bez obu tekstów, ale nie jestem przekonany. W każdym razie: nie wykluczam, że nie ma tam przesadnie dużo tekstu An-skiego. Nie da się powiedzieć jednak, że w tym Dybuku mało było dybuka, wręcz przeciwnie – dybuka czy raczej dybuków jest tu wielu, a każdy tylko czeka na to, żeby nas omotać. W istocie świat cały „dybukowieje”, niespokojny od nadmiaru grzechów czyha na wszystko i wszystkich. I nie tylko czyha, ale i atakuje.

Co jest pierwszą, najbardziej narzucającą się zaletą tego spektaklu, to potwierdzenie niezwykłego potencjału – wciąż nieodkrytego – literatury jidysz, a można nawet – bez szczególnie nadmiernego ryzyka – napisać chyba: polskiej, także polskiej!, literatury tworzonej w gwarze żydowskiej. To niezwykle istotny potencjał reinterpretacji (no, wiecie – odzywa się to echo didaskaliów z tej teatralnej realizacji Dybukato takie przepisywanie tradycyjnych opowieści, taki ich recykling, żeby pasowały do współczesnych dekoracji, żebyśmy je sobie mogli czytać i się nawet trochę wzruszyć, a nie że jakieś muzeum z tego wychodzi). W tej podstawowej zalecie mieści się kilka jeszcze innych: odkrywanie tradycji, tej na wpół zapomnianej, na wpół utraconej, wypartej tradycji, niby nie naszej, ale przecież także naszej, odkrycie w niej potencjału aktualności, a jednocześnie możliwość podjęcia wysiłku przepisania jej na współczesność. Nie wiem, ile jeszcze może takich przygód nas czekać, ale pięknie, że teatr nas przekonuje, iż (nie, nie robię sobie – znów ten usprawiedliwiająco-konfidencjonalny głos – jaj z tym „iż”, nie chcę się zgrywać, to taka zasada gramatyczna, taka – można powiedzieć – tradycja: że jak raz w zdaniu „że”, to potem najczęściej trzeba „iż”) może ich być wiele. Pierwsza wyborna okazja, jaka mi się narzuca, to Swaty w Parczewie Altera Kacyznego – genialny tekst, brawurowo współczesny.

Jest ten Dybuk o wielu sprawach, za wiele sznurków pociąga. Mnie się akurat oglądało go najlepiej jako opowieść o pewnym zaginionym alfabecie naszej kultury, o jej utraconej magiczności. Nie chodzi tylko o postradaną tradycję pewnej mistyki, konkretnego mistycznego systemu, ale o utraconą magię świata. Nie mam zamiaru tego oceniać, bo sam nie wiem, czy to dobrze, czy źle, że zanikła jakaś metafizyczna sankcja (no, chodzi o to, że jest coś ponad nami, co nas ocenia i daje jakieś reguły, wymaga ich przestrzegania, a nawet – czasem – karze za ich łamanie, tak, coś jak religia…), a właściwie: każda sankcja przekraczająca pragmatyczny, przyziemny partykularyzm (…ale nie do końca, niekoniecznie religia, bo to może być prawo na przykład, albo – takie staroświeckie słowo – dobre obyczaje, albo chociaż: współczucie). Zanikła magia, ale nie ta banalna, kabalistyczna praktyka zliczania cyferek; właściwie w dzisiejszym świecie zostało tylko to zliczanie cyferek, tylko ten wróżbiarki kicz (no, te wszystkie karciane wróżki z telewizora o jakichś egipskich imionach, ten wróż nad wróże, cała reszta szarlataństwa, zupełne wariactwo, które pewnie oglądacie, może i dla beki, ale jednak). Zostaje tylko jej dekoracja – jak tu: zacinająca się kurtyna szkolnego przedstawienia, podwojona scena, neonowa gwiazda Dawida.

I jeszcze rzeczywistość została, ale jakby średnio rzeczywista, przesączona przez nowe media, które są mniej przejrzyste od jakiegokolwiek medium znanego z przeszłości, których zasadą przecież też był brak przejrzystości. Nie przypadkiem chyba jedna z najbardziej przenikliwych książek o nowych mediach nosi tytuł Evil Media (złe, a nawet: nikczemne media). I w tej książce tak piszą: „Owo dominujące nad wszystkim przedłużenie cyfrowej komunikacji przyczynia się przede wszystkim do usunięcia poczucia granic lub terytorialnej trwałości, które to poczucie normalnie zakorzenia doświadczenie w tym, co znane i bliskie. Mediacja natomiast ułatwia i nasila powstawanie zaburzających (można by to – co smakowite w kontekście tej realizacji Dybuka – przetłumaczyć również jako „nękających” czy „poddających prześladowaniom”!) wieloznacznych procesów społecznych, kruchych sieci wrażliwych aktywności, mętnych sfer niewiedzy – tych nikczemnych obliczy mediów” (no, autorzy chcieli przez to powiedzieć, że… że trzeba uważać ze smartfonami, tabletami, no i w ogóle, no).

Można też czytać taką formę spektaklu – niezależnie od jej atrakcyjności – jako znak pewnej istotnej kulturowej kapitulacji: nie jest już możliwa, bo nie mogłaby być zrozumiana, zwykła adaptacja Dybuka. I te przypisy także są diagnozą naszej kulturowej bezradności: pomiędzy naszymi światami – zamiłowanie do tanich oksymoronów (no, to sobie już sami wyguglujecie) jest u mnie trwałe – wyrosła okazała przepaść.

Działy:
Michał Tabaczyński

Michał Tabaczyński

Redaktor naczelny BIK.

Polonista, dziennikarz, slawista, autor kilku książek (Parada równości, Koniec zabawy w pokolenie) i współautor kilku innych (Tekstylia bis, Kultura niezależna w Polsce 1989-2009).

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Styczeń 2016 Trzy głosy o "Dybuku": My też nic nie wiemy