Kantor w śródmieściu

"Kantor Downtown" "Kantor Downtown"

Być może najwięcej wątpliwości będzie w tym przypadku budziło określenie: spektakl. Zupełnie niesłusznie; i to nie tylko dlatego, że ostatecznie to jakiekolwiek przyporządkowanie w tej specyficznej teatralnej taksonomii najczęściej okazuje się co najmniej drugorzędne. Ale także dlatego, że nie widzę powodów, by tego akurat określenia (spektakl!) tu kunktatorsko (przede wszystkim gdyby go mieli nie używać sami twórcy, rzecz jasna, ale nie tylko: byłby to również gest krytyczny bardzo znaczący) unikać, wstydzić się go, celowo z niego rezygnować.

Kantor Downtown jest spektaklem i nie ma powodów, by w tych kategoriach go nie traktować. Jest, to prawda, spektaklem dość oryginalnym, ale jego osobliwość w żadnym razie nie stanowi przeszkody. Powodem tych wszystkich ewentualnych zastrzeżeń (które wyrażane mogą być – i są, były, słyszałem je – ciągiem synonimów: spektakl-performance, spektakl-instalacja, projekt) jest widoczna na pierwszy rzut oka organizacja sceny: na starych (dokładnie: stylizowanych na stare, groteskowo olbrzymich) szkolnych ławkach (tak, właśnie te stare, z dziurą na – to zapomniane, archaiczne słowo – kałamarz, z tym wyżłobieniem na – to słowo kojarzone już tylko z ornitologią – pióro) stoi dziewięć telewizorów. Którym towarzyszy dwoje aktorów. Właśnie tak.

To, co wyświetlają telewizory, jest – oczywiście – kluczowe. Można powiedzieć, że przecież nie są to żadne „telewizory”, tylko pełnoprawni aktorzy, którzy odgrywają swoje role specjalnie na potrzeby tego spektaklu. Na ekranach bowiem widzimy razem kilkanaście postaci nowojorskiej awangardy teatralnej (w istocie: ariergardy tamtej awangardy teatralnej zmiany rozpoczętej trzydzieści, czterdzieści lat temu – czas wszystko tu gmatwa), które odgrywają zadane im role. Bo że są to role, nie mam wątpliwości. Jakie konkretnie? Jest ich pewnie wiele i na dodatek ewoluują, ale z tych najważniejszych trzeba by wymienić: świadka, nosicielki pamięci, wiecznego buntownika, krytyczki współczesności (jakby to powiedzieć – każdej współczesności, o ile to zrozumiałe), personifikacji losu człowieka sztuki – tego śmieszno-tragicznego losu, losu-pułapki, losu-przekleństwa. Są te postaci pełnoprawnymi aktorami tego spektaklu (w większości to przecież aktorzy, aktorzy-reżyserzy), a forma przekazu jest tu okolicznością niemal nieznaczącą.

Wszystko to sprawia, że jest to w istocie spektakl nawet nie na dwoje aktorów i dziewięć telewizorów, ale po prostu na czternaścioro aktorów, z czego dwanaścioro – z powodów czysto praktycznych (zarówno najbardziej oczywista odległość, jak i – mniej nieco oczywista – bariera językowa, jako że taka forma pozwala łatwo ją zniwelować dzięki polskim napisom) – najłatwiej przedstawić, przenieść, zaprezentować w ten właśnie sposób. Tym bardziej że przecież tak ten spektakl został w warstwie medialnej zaprojektowany, że zarówno między tymi aktorami z Nowego Jorku, jak i między aktorami z Nowego Jorku oraz bydgoską dwójką występują interakcje wcale nierzadkie ani nieprzypadkowe.

Kantor Downtown najmniej wydaje mi się spektaklem o Kantorze. Nie jest to wcale jego wadą. Jest za to spektaklem o teatrze – nie tylko o teatrze Kantora, nie o tym off-off-broadwayowym, którego twórców oglądamy, nawet nie o teatrze dzisiejszym, ale o istocie czy też naturze teatru jako takiego, a może najdokładniej: historycznie rozumianych warunków jego społecznego funkcjonowania (czyli i tak: o najgłębszej istocie teatru). Rozumiem dobrze ryzyko takiego zdania, rozumiem jego łatwiznę – ryzykowną do granic możliwości. Tu nie boję się ryzyka łatwizny; Kantor jest spektaklem autotematycznym i poświęcenie samej postaci Kantora dla tego autotematyzmu jest znaczące, jest bowiem także refleksją o trwaniu dzieła teatralnego w czasie, refleksją na temat tego, co z teatru – tak, właśnie tak, tej sztuki ulotnej, najbardziej ulotnej ze sztuk – zostaje. A zostaje – upraszczając całą rzecz – to, co najważniejsze: zostaje widz (nawet jeśli jest także twórcą teatru) i jego wrażenia, interpretacje, inspiracje, które przenosi na życie – swoje i wspólnoty, w której żyje (tym skuteczniej, jeśli jest twórcą teatru).

To, co usprawiedliwia te terminologiczne wahania, od których zacząłem, to ten performatywny element spektaklu. Marta Malikowska pojawia się jako Marta Malikowska (zaspałem trochę i nie od razu zrozumiałem, czemu służył ten na scenie przeprowadzony demakijaż, to – wprost – zdjęcie, zmycie maski), by nam opowiedzieć swoje doświadczenie istoty teatru. Albo jego istotności (i przez to: istotności jej pracy). Właściwie chyba: nieistotności. Nieistotności, której źródła ujawnili już nowojorczycy z ekranów telewizorów ustawionych w szkolnych ławkach (tak, jeszcze albo i ledwo żywa jest ta klasa). A jest to nieistotność oparta na kryteriach ekonomicznych. Co mówi aktor (albo każdy inny twórca, a nawet każdy widz), który musi udźwignąć ten element ekonomicznej degradacji, który w dzisiejszej sytuacji społecznej odbiera głosowi jakąkolwiek doniosłość, legitymizację, prawomocność? Co musi odczuć – jak się to mówi – na własnej skórze (na której dosłownie wypisuje wartość swojej pensji w nowych polskich złotych)?

Marta Malikowska – nie tylko dzięki temu performatywnemu elementowi – jest w tym spektaklu doskonała (za to Grzegorz Artman – jako Kantor, nie-Kantor – po raz pierwszy na bydgoskiej scenie rozczarowuje, nie ma zresztą zbyt wiele do zagrania). Wygrywa subtelności, pędzi przez całe spektrum uczuć, od gniewnego buntu do gorzkiego żalu, jest zabawna i wzruszająca jako figura losu, z którą muszą się utożsamić wszyscy, których rozgorycza fakt, że ich głos jest tym bardziej niesłyszalny, tym bardziej zagłuszany, im głośniej próbuje się krzyczeć. Co jest rozpoznaniem tragicznym, to fakt, że cichego głosu też nie słychać. W tym centrum miasta, jeśli tak byśmy to „downtown” sobie przełożyli – proszę wybaczyć nieco zbyt tani kalambur – inny zupełnie liczy się kantor (nie, nie ten świątynny).

Działy:
Michał Tabaczyński

Michał Tabaczyński

Redaktor naczelny BIK.

Polonista, dziennikarz, slawista, autor kilku książek (Parada równości, Koniec zabawy w pokolenie) i współautor kilku innych (Tekstylia bis, Kultura niezależna w Polsce 1989-2009).

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Działy BiK w podróży Grudzień 2015 Kantor w śródmieściu