Festiwal Prapremier 2015

  • Listopad 2015
  • Kuba Ignasiak, Michał Tabaczyński, Emilia Walczak
"Wojny, których nie przeżyłam", reż. W. Szczawińska (TPB) "Wojny, których nie przeżyłam", reż. W. Szczawińska (TPB)

Muszę przyznać, że tegoroczny Festiwal Prapremier (2–10.10.2015) był dla mnie sporym zaskoczeniem. Co prawda już rok temu, podczas konferencji prasowej nowy duet dyrektorski Wodziński/Frąckowiak zapowiadał odświeżenie jego, nieco już przykurzonej zdaniem wielu, formuły, ale nie przypuszczałem, że uda im się osiągnąć to w tak dużym stopniu, tak szybko. Udało im się i chwała im za to. Po pierwsze, festiwal stał się międzynarodowy – w tym roku poza przedstawicielami polskich scen gościliśmy teatry z Niemiec, Chorwacji, Wielkiej Brytanii, Libanu, Holandii i Szwajcarii. Po drugie, na deskach TPB (i Opery Nova dwukrotnie oraz synagogi w Starym Fordonie) tchnęło świeżością, dzięki wpuszczeniu na nie przeróżnych, często dalekich od klasycznych, form teatralnych, jak taniec, ruch czy performance. Po trzecie wreszcie, niemal cały tegoroczny program zbudowany był w oparciu o wydarzenia bieżące i, co widać w mediach (również tych społecznościowych), palące. Dominowały więc wojny, kolonializm, kwestie związane z emigrantami czy też bardziej popularnym ostatnimi czasy słowem „uchodźcy”. Pewną przeciwwagą do tego „ciężaru” tematycznego były koncerty w Mózgu, który wyrósł na pełnoprawny klub festiwalowy, stworzenie centrum festiwalowego vis-à-vis teatru oraz dosłowne wyjście tego ostatniego, jako instytucji, na ulicę, co tylko spotęgowało festiwalową atmosferę w mieście. Były też debaty, konferencje, dyskusje… Najważniejsze jednak były spektakle (po dwa dziennie, co wbrew pozorom nie było aż tak wyczerpujące), skupmy się więc na nich. (kig)

Wojny, których nie przeżyłam, reż. Weronika Szczawińska (Teatr Polski Bydgoszcz)

Kuba Ignasiak: Rodzima produkcja otworzyła tegoroczny festiwal i była pierwszą oznaką tego, co miało nas czekać przez najbliższy tydzień. Spektakl – poruszający temat współczesnych wojen, o których wiemy tyle, ile przeczytamy w gazetach, usłyszymy w radiu i zobaczymy w TV – był znakomity. W sposób ironiczny obnażał naszą ignorancję i tabloidyzację docierających do nas informacji. Świetny zarówno w warstwie tekstowej, muzycznej, jak i choreograficznej, wyciągający z aktorów to, co w nich najlepszego. Do tego znakomicie wykorzystana przez nich scenografia, potęgująca wrażenie laboratoryjnego podejścia do spraw niemierzalnych. Zaczęło się dobrze…


Aleksandra Zec, reż. Oliver Frljić (HDK Theatre / International Small Scene Theatre Festival Rijeka; Chorwacja)

Kuba Ignasiak: Poruszająca historia serbskiej dziewczynki i jej rodziny, zamordowanej podczas wojny w byłej Jugosławii. Historia przejmująca do bólu, jednak przedstawiona w sposób zbyt dosłowny, by nie rzec: łopatologiczny, a przez to trącący banałem i – momentami – amatorszczyzną. Nie twierdzę, że było to złe, ale na pewno nie trzymało to przedstawienie festiwalowego poziomu, a szkoda. Wrażenie robiła tylko minimalistyczna, ale bardzo sugestywna scenografia.


Delfin, który mnie kochał, reż. Magda Szpecht / Szymon Adamczak (Kolektyw 1a w Poznaniu)

Kuba Ignasiak: Interdyscyplinarny performance łączący elementy teatru dokumentalnego, nowych mediów i ćwiczeń ruchowych. Historia oparta na eksperymencie NASA z lat 60., mającym na celu nauczenie delfinów języka angielskiego, i związaną z tym historią miłosną Margaret Hove Lovatt z delfinem Peterem. Spektakl, w którym dominują powtarzalne, pozornie absurdalne ruchy aktorów. Muzyczne tło stanowią tu oryginalne nagrania delfinich dźwięków oraz fragmenty lekcji udzielanych przez Margaret. Słowa prawie tu nie występują, a kiedy już się pojawiają, wywołują salwy śmiechu i dezorientację publiczności (wielkie brawa za spektakularne impro w wykonaniu Jasminy Polak). Dla mnie – bomba!


Kwestia techniki, reż. Michał Buszewicz (Narodowy Teatr Stary w Krakowie)

Kuba Ignasiak: Największe rozczarowanie. W spektaklu praktycznie nie pojawiają się zawodowi aktorzy. Zamiast nich na scenie widzimy trzech pracowników technicznych – maszynistów krakowskiego teatru. Poznajemy ich pracę, olbrzymią rolę, którą odgrywają w każdym przedstawieniu, rolę dla przeciętnego widza zazwyczaj niezauważalną, i całą masę anegdotek z tym związanych. Urocze to wszystko było, choć moim zdaniem bardziej przypominało kabaret niż teatr. Mnie specjalnie to nie urzekło, w przeciwieństwie do większości publiczności, która długo i gromko oklaskiwała trzech bohaterów. I w sumie słusznie, należało się chłopakom za całokształt, ale jako pozycja festiwalowa wrażenia nie zrobiło.


Koncert życzeń, reż. Yana Ross (Łaźnia Nowa Kraków / TR Warszawa / Festiwal Polska Komedia)

Kuba Ignasiak: Bardzo oryginalny monodram, pozbawiony słów (nie licząc tych sączących się z radia w wykonaniu Wojciecha Manna). Brawurowa gra Danuty Stenki, która jak nikt inny potrafiła zahipnotyzować widzów codziennością. Tą nudną, przewidywalną, pełną automatycznych, pozbawionych znaczenia gestów, zachowań, przyzwyczajeń. Troszkę raził melodramatyczny wydźwięk całej historii, ta banalna samotność prowadząca do jeszcze bardziej banalnej śmierci, ale jako show było to naprawdę znakomite. Nieco przeraża natomiast fakt, że tekst (didaskalia), który powstał przecież w latach 70., jest wciąż tak bardzo aktualny…

Michał Tabaczyński: Jedno jest pytanie, które przez cały ten spektakl nie daje spokoju: która jeszcze aktorka utrzymałaby uwagę widzów przez te półtorej godziny (podczas której nie wypowiada ani jednego słowa)? Zadaję je sobie nie dlatego, by chwalić wyjątkowość Danuty Stenki (choć to wybitna aktorka) i umniejszyć umiejętności jej potencjalnych zastępczyń (bo póki nie sprawdzimy, nie dowiemy się); to pytanie z dziedziny psychologii sztuki. Czy oglądamy to ze względu na Stenkę, czy też znajdujemy inne powody? Pomysł jest tu szatański i jest – mimo aktorskiej wirtuozerii – najlepszym elementem tego spektaklu: oto zostajemy zmuszeni do oglądania (ale co tam oglądania: kontemplowania!) naszej najbanalniejszej codzienności, mechaniki powszedniej trywialności, monotonnej prozy życia. Jaka ona wtedy jest? Spektakl mówi nam chyba: jeszcze bardziej przerażająca, niż mogłoby się to nam wydawać. I tu tkwi podstawowa sprzeczność, która tę konstrukcję rozsadza – zdaje mi się, że teza spektaklu (samotność codzienności jako diagnoza epoki – czy tak da się to streścić?) przegrywa z tym, co oglądamy. Bo ta mechaniczna banalność wydaje się pociągająca; na tyle pociągająca, że właściwie nie wiem, dlaczego jest powodem desperacji głównej bohaterki. Jest na tyle pociągająca, że żałowałem, iż pierwsza część spektaklu (automatyzm i rutyna powrotu do domu) nie trwa dłużej, aż do granic wytrzymałości widza, do granic mojej wytrzymałości.


Riding on a Cloud, reż. Rabih Mroué (Fonds Podiumkunsten, Prins Claus Fonds, Hivos & Stichting DOEN; Liban/Holandia)

Kuba Ignasiak: Kolejny monodram, choć zupełnie inny. Tu dominują obrazy, krótkie filmy, nagrania z kaset magnetofonowych. Nasz bohater – Yasser, brat reżysera – cały czas jest na scenie, ale jego rola (poza kilkoma wyjątkami) sprowadza się głównie do obsługi urządzeń multimedialnych. Poznajemy jego tragiczną historię ze zdjęć i filmów, na których on sam nie poznaje nikogo i niczego. Tę niezdolność „załatwił mu”, w sposób przerażająco losowy, libański snajper i jego kula, która co prawda sięgnęła celu, jednak pozostawiła Yassera przy życiu. Spowodowała natomiast nieodwracalne zmiany neurologiczne. On sam dzielnie mierzy się z nimi codziennie, a my – widzowie – w pewnym stopniu mu w tym pomagamy. I znów historia wstrząsająca, choć przedstawiona w mało teatralny sposób, ale – tak jak wspominałem na wstępie – w tym roku dominowała różnorodność form i to przedstawienie było znakomitym tego przykładem.


Apokalipsa, reż. Michał Borczuch (Nowy Teatr / Warszawa)

Kuba Ignasiak: Chaos. I męczący, wybaczcie radykalny wydźwięk tego słowa, bełkot przywołujący konflikty toczące Europę po dwóch wojnach światowych. Strzępy informacji, historii, wydarzeń. Odważne sceny, liczne nawiązania, popisowa gra aktorska. Niby wszystko fajnie, ale ten chaos wymknął się nieco spod kontroli. Spektakl bardzo nierówny – momentami zachwycający, momentami wręcz nużący. Problemy bardzo aktualne, ale forma ich przedstawienia sprawia, że często wręcz nie chce się nam nad nimi pochylać. A może o to właśnie chodziło?

Emilia Walczak: Apokalipsa Nowego Teatru z Warszawy w reżyserii Michała Borczucha jak dla mnie dość nierówna – w tym sensie, że o ile fragmenty – nazwijmy je – dokumentalne, czyli sam początek i sam koniec spektaklu, traktujące odpowiednio o Pierze Paolu Pasolinim i Orianie Fallaci, były bardzo klarowne i w klarowności swej wystarczająco już wymowne, o tyle „środek” był bardzo chaotyczny i przeładowany scenami, które tak naprawdę nie wiadomo czemu miały służyć (np. „wampir” czy paradowanie nago Krzysztofa Zarzeckiego i Sebastiana Łacha – i nie jest to wyraz pruderii, a jedynie mojego niezrozumienia tego konceptu). Rola Pasoliniego (Krzysztof Zarzecki) bardzo dobra – Pier Paolo przewrażliwiony, rozedrgany, neurotyczny, czyli taki, jakim naprawdę był; Oriana Fallaci (Halina Rasiakówna) zimna, wyrachowana, bez mrugnięcia okiem wypowiadająca słynną kwestię: „Europa nie jest już Europą, ale Eurabią, która z powodu uległości wobec wroga, islamskiego nazizmu, kopie swój własny grób”, co w kontekście uchodźczym, w który spektakl także był wpisany, czyniło z niej okrutniczkę jeszcze większą, niż w rzeczywistości była. Jednocześnie nie była to tego rodzaju „ostra” kreacja Fallaci, jaką znamy np. z filmu Andrzeja Wajdy Wałęsa. Człowiek z nadziei… Scenografia, przywołująca włoskie lata 70. – świetna, rozmach przedsięwzięcia – dość duży, no i bardzo znane (bo z telewizji) twarze pokroju Jacka Poniedziałka czy Bartosza Gelnera czyniły ten spektakl festiwalowym „hitem”.

Michał Tabaczyński: Nie taka znów straszna ta apokalipsa, jak ją malują. Zupełnie właściwie niestraszna. Znów: bardziej atrakcyjna niż nasze przed nią strachy. Atrakcyjność bowiem jest zasadą spektaklu Borczucha. Jest językiem jego teatru. Jest wreszcie także teatru tego tematem. Nawet jeśli nie była tematem głównym, to na pewno najbardziej interesującym. Jeśli miałbym jakoś go sproblematyzować, powiedziałbym, że Apokalipsa jest o tym, na ile wiarygodna jest sztuka jako żarliwa krytyka (społeczna, cywilizacyjna, kulturowa), na ile jej skuteczność jest skażona przez samą mechanikę sztuki, sztuki tej niezbywalną strukturę, jej immanentność. I te dwie postaci, które tu zostały dobrane na zasadzie przeciwieństwa (Pasolini i Fallaci – każde z nich reprezentuje bowiem inny wzór tej atrakcyjności sztuki, każde wykorzystywało inne zupełnie jej mechanizmy), w opisie świata ponoszą – każdy na swoją miarę – klęskę. Spektakl pewnie też, tyle że on tę klęskę problematyzuje, czyni swoim tematem. I to go – to dopiero paradoks – ratuje.


Black Bismarck, reż. Alexander Karschnia&Co. (andcompany&Co.; Niemcy)

Kuba Ignasiak: Bardzo widowiskowa, wręcz spektakularna satyra na Niemców. Stworzona przez Niemców, co już nie jest tak oczywiste. Cała masa mrugnięć okiem, ogromny dystans do siebie i nieprzerwane „darcie łacha” z niemieckich dążeń kolonizacyjnych. Afrykańskie wioski i 142 wieże Bismarcka rozrzucone po niemieckich landach. A wszystko to podane w takt elektroniki i żywych instrumentów, doprawione feerią barw i kolorów, ubarwione dwujęzycznością, potężną ilością konfetti, najróżniejszych strojów, filmów, zdjęć, wódki, wystrzałów, kraks i hałaśliwej zabawy. Zabawy formą i treścią. Zabawy muzyką i scenografią. Zabawy ruchem i słowem. Chaos, rozgardiasz, harmider. Znakomite!

Michał Tabaczyński: Smakowita zabawa. Przecudny chaos. Śliczna zgrywa. Inspirujący i wariacki. Ale i zaskakujący doborem materiału – w tym bowiem bogaty i nieprzewidywalny. Odgrywający tę ukrytą kolonialną historię Niemiec bez tandety (to ryzykowne tu słowo, bo cały ten pokaz mówił oczywiście językiem kiczu i tandety, ale idzie mi tu raczej o tandetę myśli – tej szczęśliwie uniknęli). Najciekawszy moment? Ten, w którym usłyszeliśmy recytację wszystkich (wszystkich!) wież Bismarcka, jakie istnieją do dziś. Szczególnie w perspektywie nieobecności tej wieży w Bydgoszczy (albo: obecności zaprzeczonej, obecności wypartej – wieża Bismarcka bowiem istniała, ale została u nas zburzona). Czy wyparcie tego symbolu kolonizacji (a wcześniej jeszcze: jego zburzenie) zaciera jej skutki? A może przeciwnie: dla własnego dobra, dla dobra historycznej i tożsamościowej świadomości byłoby lepiej, gdyby istniała – nie tylko jako widmo, ale w swojej widzialnej formie?


Europa. Śledztwo, reż. Weronika Pelczyńska, Iza Szostak, Magda Jędra (Komuna// Warszawa)

Kuba Ignasiak: „Trzy tancerki prowadzą performatywne śledztwo w sprawie przyszłości Europy” – tak głosi informacja zajawiająca ten spektakl. I coś w tym zapewne jest, natomiast trzeba trochę pogrzebać, żeby się tego doszukać. Pogrzebać głównie w workach z ciuchami rodem z lumpeksu, które tworzą mobilną scenografię Europy. Już słowo „perfomatywne” sugeruje, że nie mamy tu do czynienia z klasycznym przedstawieniem. Tu dominuje ruch, taniec, powtarzalność ruchów i zdań wypowiadanych przez aktorki-tancerki-reżyserki. Wszystko to jest bardzo w stylu Komuny// i bardzo dobrze się to ogląda. Najpierw łapiemy się na podziwianiu choreografii i zdolności manualnych naszych bohaterek, by po chwili zorientować się, że daliśmy się wciągnąć w ten osobliwy taniec, w tę powtarzalność nadającą rytm. Świetne widowisko, znakomicie zagrane, z genialnym wykorzystaniem przestrzeni. Ja dałem się wciągnąć po całości.


Sounds Like War: Kriegserklärung, reż. andcomapny&Co. Alexander Karschnia, Nicola Nord, Sascha Sulimma (andcompany&Co.; Niemcy)

Kuba Ignasiak: Szalenie zdystansowani do siebie Niemcy w towarzystwie naigrywającego się z nich Holendra ponownie na scenie. I znów nabijają się ze swojej niemieckości, z mentalności, potrzeby bycia hegemonem narodów, z języka swojego wreszcie. Punktem wyjścia jest tytułowe słowo Kriegserklärung, oznaczające zarówno deklarację wojny, jak i jej wyjaśnienie. I o tym właśnie jest ten wykład performatywny (znów daleki od klasycznych form teatralnych) – o tym, że I wojna światowa była ostatnią w historii, która zaczęła się od jej deklaracji, od wypowiedzenia wojny. Od tego czasu tkwimy w obliczu permanentnej „międzynarodowej wojny domowej”. Wykład jest zdecydowanie mniej spektakularny niż Black Bismarck, ale wciąż bardzo podobny w formie i pewnym przesłaniu. Dominuje tu zabawa słowem, przeplatana dużą dawką muzyki elektronicznej, generowanej na żywo i kilkoma szalonymi ruchami. Trochę tak, jakby punktem wyjścia był ten stary żart, który mówi, że w języku niemieckim każde słowo, nawet taki „motyl”, brzmi jak wypowiedzenie wojny. Trudno się z tym nie zgodzić.

Michał Tabaczyński: Z Black Bismarck tworzył w jakimś sensie dyptyk. Jeżeli jeden opowiadał o micie niemieckiej kolonizacji, to drugi próbował przedstawić jej koniec (albo dokładniej: początek jej końca). I jego źródło. Źródło, rzecz jasna, też mityczne, skłamane, wykoncypowane. Próbował wyjaśnić naturę wojny, mając do dyspozycji wyjściowy koncept: oto Kriegserklärung znaczy zarówno „wypowiedzenie wojny”, jak i tej „wojny objaśnienie”. Także i w sensie scenicznej konstrukcji Sounds Like War dopełnia Bismarcka – jest bardziej uporządkowanym wykładem scenicznym, bardziej może zabawnym, ale tak, jak zabawne bywają stand-upy albo humoreski?


Aktorzy żydowscy, reż. Anna Smolar (Teatr Żydowski / Warszawa)

Kuba Ignasiak: Już w tytule zawarty jest swego rodzaju żart. Spektakl, który przyszło nam zobaczyć w synagodze (prawda, że lepiej być nie mogło?), próbuje bowiem sportretować grupę o bardzo niejasnym statusie, w której aktorzy na przemian kwestionują zarówno aktorskość swoich kolegów, jak i ich żydowskość. My zaś, widzowie, mamy wrażenie, że uczestniczymy w próbie spektaklu. Niby nic specjalnego, z tym że trwa ona od kilkudziesięciu lat. Wraz z wiekiem zmieniają się aktorzy i role im przypisane. A wszystkiemu winne są etykiety, uproszczenia, konwencje i konwenanse. Zerwanie z nimi graniczy z herezją, poddanie się im – z niemożnością osiągnięcia celu, z życiowym przekleństwem, które nie przestaje nas prześladować. Świetnie zagrany spektakl z muzyką na żywo, w którym prawda miesza się z jej wyobrażeniami. Ogromne brawa dla twórców, kolejny festiwalowy „must see”.

Emilia Walczak: Aktorzy żydowscy w reżyserii Anny Smolar z Teatru Żydowskiego im. Estery Rachel i Idy Kamińskich z Warszawy to spektakl, na który czekałam najbardziej. Półtoragodzinne przedsięwzięcie – dla uwydatnienia jego tematyki, dla większej siły rażenia widza i w myśl założenia organizatorów, aby Festiwal Prapremier „wędrował” po mieście – pokazane zostało w starofordońskiej, na wpół zrujnowanej synagodze. Najprościej rzecz ujmując (jeśli to w ogóle możliwe, bo ten efemeryczny, subtelny, zmysłowy jak grające w nim aktorki spektakl, mam wrażenie, przecieka mi przez palce, rozpływa się w powietrzu jak dybuk), był to utwór sceniczny traktujący o tożsamości: tożsamości polskich Żydów i tożsamości Polaków grających w Teatrze Żydowskim właśnie; o tym, jakie wymagania względem widzów, ale także samych siebie, muszą oni spełniać. Także o tym, jakie wymagania muszą spełniać wobec polskiego społeczeństwa – owa „mniejszość” wobec „większości”. Spektakl również o stereotypach, pułapkach generalizacji – tutaj zdecydowane chapeau bas dla Ryszarda Klugego za solową – komediową w zasadzie – partię, sprytnie rozprawiającą się z dwoma jedynymi wyobrażeniami Polaków na temat Żydów: „chciwego gudłaja z pieniążkiem” i odzianej w pasiak ofiary Zagłady. Aktor przez cały czas występujący w roli komparsa, jak już coś swym stentorowym głosem powiedział, to powiedział to tak, że poruszył nie tylko serca widzów, ale i mury bożnicy. Reszta obsady również nie pozostawała w tyle. Koncept – polegający na odgrywaniu tych samych ról ex novo – genialny, scenografia oraz otoczenie – trafiające w punkt, a chałka bardzo smaczna. No i Ground Control to Major Tom Davida Bowiego odśpiewane chóralnie, podniośle, w jidysz na sam finał – bezcenne.

Michał Tabaczyński: I ładnie, i wzruszająco, i śmiesznie, i ciekawie. Na dodatek: w synagodze, co dodaje jeszcze jednego wymiaru temu spektaklowi, który przecież w pierwszym rzędzie problematyzuje wątek żydowskiej pamięci w polskiej kulturze, jej miejsca i jej znaczenia. Chciałbym zwrócić uwagę na muzykę, bo pełni w tym spektaklu rolę wyjątkową. Jest niejako ilustracją losów tej świadomości miejsca żydowskości w naszym życiu wspólnotowym – ilustracją może najciekawszą i najlepiej ukrytą, najmniej oczywistą. Jedna perkusja i jedna perkusistka – tyle wystarczy.


Oh My Sweet Land, reż. Amir Nizar Zuabi (A Young Vic / Théâtre de Vidy-Luasanne; Wielka Brytania / Szwajcaria)

Kuba Ignasiak: Kolejny świetny monodram. Historia mieszkanki Paryża, Niemki o syryjskich korzeniach, która w pogoni za ukochanym wyrusza w podróż po trawionym rakiem wojny Bliskim Wschodzie. Historia podróży tyleż fizycznej, co sentymentalnej. Podróży do i za domem – Syrią, będącą już dziś tylko odległym wspomnieniem, domem utraconym na zawsze. Aktorsko nie jest to tak brawurowe, jak w przypadku Danuty Stenki, ale też nie o to tu chodzi. Tu liczy się historia, która wciąga i sprawia, że i my wyruszamy w tę podróż, towarzysząc Corinne Jaber w jej doświadczaniu świata arabskiego, w tym, jak zderza swe wyobrażenia o „tamtym świecie” z rzeczywistością. Doznania potęgują zapachy przygotowywanych na scenie potraw o bliskowschodnim rodowodzie. Ja wiem, że to banał, ale moja rada jest taka: gdybyście mieli okazję zobaczyć ten spektakl na żywo, lepiej zróbcie to po obiedzie.

Emilia Walczak: Króciutki (65 minut) monodram Oh My Sweet Land teatru Young Vic z Londynu bardzo kameralny, skromny – odegrany na malutkim spłachetku Małej Sceny Teatru Polskiego urządzonym na kuchnię. Jak to monodram – odegrany przez jedną tylko postać, Corinne Jaber. Aktorka o niemiecko-syryjskim pochodzeniu w spektaklu palestyńskiego reżysera Amira Nizara Zuabiego opowiada o najbardziej palącym teraz problemie Bliskiego Wschodu – wojnie domowej w Syrii. Opowiada wprost, bez eufemizmów, przejmująco, cały czas nie przestając jednak gotować tradycyjnego kurdyjskiego dania – kubah. Zaznaczmy, że nie jest to markowanie gotowania – ona naprawdę gotuje, a więc – dosłownie – rzuca krwawym mięsem na stół, lepi ciasto, rozsypuje „egzotyczne” przyprawy, a na rozgrzanej patelni podsmaża cebulę. Wszystko to razem pachnie niecodziennie, zabierając widza w bliskowschodnią podróż. Lecz nie jest to bynajmniej podróż w poszukiwaniu kulinarnych doznań, a swego rodzaju „wycieczka krajoznawcza” – pozwala nam bowiem poznać koszmar krajów ogarniętych wojenną pożogą lub takich, gdzie konflikt wisi w powietrzu na jednym już tylko włosku, jak np. Liban. To prosta opowieść, przedstawiona bez żadnych udziwnień, realistyczna – i przez to chyba dość na Festiwalu Prapremier odosobniona (nie licząc monodramu Koncert życzeń z Danutą Stenką). Dla mnie osobiście chyba za prosta, a jej symbolika – zbyt dosłowna. Lecz z drugiej strony, nie była to godzina stracona.


Cabinet of Political Wonders, koncepcja: Ana Vujanović (Kampnagel Hamburg / Teatr Polski Bydgoszcz; Niemcy/Polska)

Kuba Ignasiak: Ten spektakl, choć lepiej pasowałoby tu chyba słowo „eksperyment”, był inny. Różnił się nie tylko od reszty festiwalowych pozycji, ale i od większości spektakli, jakich w życiu doświadczyłem. Przede wszystkim był interaktywny. Bardzo interaktywny. Przez pierwsze minuty publiczność stanowi swoiste tło przedstawienia, by po chwili stać się jego integralną częścią. Z własnej woli. Do dyspozycji mamy, my – widzowie, całą masę „zabawek”: stół z piłkarzykami, adapter, projektor, gabinet wróżki, stoliki z lampkami do czytania. A do tego darmową colę i popcorn. Wystarczyło skorzystać z czegokolwiek, by to aktorzy i ich przekaz nagle stał się tłem. Ot taka zamiana ról. Nietrudno było się zamienić, bowiem treść, którą nam serwowali, składała się głównie z koszmarnie nudnych, politycznych przemówień ocierających się o bełkot i propagandę. Kiedy to pierwsze – otwierające – trwało, oczy publiczności (skryte za jednakowymi maskami) co rusz przeczesywały salę w poszukiwaniu jakiegoś sensu, zrozumienia. Z minuty na minutę jednak co odważniejsi zaczynali korzystać z przygotowanych dla nich gadżetów. Domyślam się, że była to pewna metafora codziennego mamienia nas, społeczeństwa, całą masą pozornych rozrywek, by odwrócić naszą uwagę od tego, co naprawdę istotne. Doświadczamy tego każdego dnia, wystarczy przejrzeć gazety i programy informacyjne. I choć większość z nas daje się nabrać, to jednak po czasie przestają nas bawić gry i zabawy i stopniowo zaczyna do nas docierać, co tak naprawdę dzieje się wokół nas. Szkoda, że często jest już za późno na to, by cokolwiek zmienić. Tak właśnie czułem się w tym gabinecie politycznych osobliwości…

Michał Tabaczyński: Spektakl, który pokazuje, że tańczymy, jak nam zagra historia? Być może właśnie tak. Spektakl, który pokazuje, że choreografia polityki jest o wiele bardziej skomplikowana, niż wskazywałby na to marszowy krok wojska, tyraliera policji, ograniczony i powtarzalny repertuar gestów na mównicy? Z pewnością. Wreszcie spektakl, który pokazuje, że podróż do wnętrza historii dokonuje się za sprawą naszej cielesności równie skutecznie (o ile nie skuteczniej) niż za pomocą innych mediów? Tak, to też!


Portret damy, reżyseria: Ewelina Marciniak (Teatr Wybrzeże; Gdańsk)

Michał Tabaczyński: Niewątpliwie najbardziej widowiskowy spektakl całego festiwalu. Chociaż słowo „widowiskowy” zakłamuje i chowa jeden z najbardziej atrakcyjnych jego elementów: muzykę. I podległą jej choreografię. Rzecz jest brawurowo obmyślona i niezwykle subtelnie zaprojektowana. Oglądanie czegoś takiego jest czystą i zapierającą dech estetyczną przyjemnością. I jeden tylko aspekt nie przestaje mnie męczyć: co takiego o świecie dzisiejszym mówi ta sztuka (a to pytanie szczególnie ważne w kontekście idei tegorocznego, odmienionego festiwalu). Język jest niewątpliwie – mimo pewnej kostiumowości – nowoczesny, ale czy taki jest też problem? Jeśli coś istotnie nowego dałbym radę z Portretu damy wyczytać, to może sugestię, że oto żyjemy w czasach dekadencji. Schyłkowość naszej kultury jest jednak – w zależności od punktu widzenia – albo wątpliwa, albo zbyt oczywista. W tym portrecie trudno się przejrzeć (nie tylko dlatego, że trudno mi się utożsamić z jakąś, nawet metaforycznie czytaną, „damą”), bo to portret pewnego ekscesu, wyjątku, przypadku. Można się w tym przypadku zanurzyć, ale trudno w nim na stałe mieszkać.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Wydania Listopad 2015 Festiwal Prapremier 2015