Bydgoszcz [ˈbɪdɡɒʃtʃ] [ˈbɨdɡɔʂt͡ʂ]

Oksana Ustinova Oksana Ustinova

Z bydgoszczanami rozmawia Szymon Andrzejewski.


Oto bydgoszczanie, którzy przyjechali do nas z daleka. I którzy wzbogacają naszą kulturę swoją obecnością. Proszę ich poznać. Proszę zobaczyć swoje miasto ich oczami – to zawsze dobre ćwiczenie. I to dobre z wielu powodów: po pierwsze, sami zobaczymy, że można patrzeć na świat inaczej (a to zawsze nas trochę wzbogaca i zmienia); po drugie, zobaczymy zupełnie inną Bydgoszcz (a to niezwykle odświeżające – czasem, kiedy pokazuję miasto gościom, miewam to odczucie; dzięki tym naszym gościom możemy to ćwiczenie uprawiać łatwo i w każdym momencie, wymaga ono od nas niewiele więcej poza pewną giętkością umysłu).


Oksana Ustinova, właścicielka ukraińskiej restauracji „Wysoki Zamek”

Co wiedziałaś o Polsce, zanim pojawiła się ona na stałe w twoim życiu?
Bardzo dużo. Wychowywałam się w polskiej rodzinie. Utrzymywaliśmy więc polskie tradycje – obchodziliśmy wszystkie polskie święta. No i zawsze mi się język podobał. I kultura tych takich staropolskich Polaków. Moja rodzina ma z obydwu stron polskie korzenie, ale w pewnym momencie zrobiono z nich Ukraińców. Mój dziadek np. służył w wojsku tutaj, w Kutnie. Jednak ta polskość stała się niemile widziana. Na przykład był taki polski kościół we Lwowie, który jakby „zamknięto” obudowując go sklepami. Jak Ukraina rozstała się ze Związkiem Radzieckim po pierestrojce, to te sklepy rozebrano, stworzyła się parafia, ksiądz przyjechał z Zamościa. I moja babcia zabierała swoje dzieci do tego kościoła. Do tej społeczności.

A jak się znalazłaś w Bydgoszczy?
Mieszka tu kuzynka mojej mamy. Z piątką swojego rodzeństwa. I w 1998 r. zaprosiła któregoś z członków naszej rodziny do Polski. Brata, mnie, mamę. Kto chciał, mógł pojechać. I ja się zdecydowałam, że pojadę. Po prostu, żeby sprawdzić. Nigdy nie byłam za granicą. Miałam 15 lat wtedy. No i już tak zostałam.

Co z tamtego okresu najbardziej zapadło ci w pamięć?
Ta droga. Jak tylko wjechaliśmy do Polski. Że taka płaska i taka gładka. Jechaliśmy komfortowo, bo samochodem do Warszawy, a z Warszawy pociągiem do Bydgoszczy. Czysto było wszędzie, zadbane pola. Widać, że kultura. Warszawę słabo pamiętam, bo siedziałam przez większość czasu na jednej dzielnicy i tylko wieczorami ze znajomymi wychodziliśmy czasami na spacer.

Dlaczego zostałaś?
Tak naprawdę to dlatego, że ciocia mnie namówiła. Ja jestem raczej taką wpływową osobą i mówi się też przecież, że starszych trzeba słuchać (śmiech). Zobaczyłam, że tutaj są możliwości rozwoju i pracy. Wtedy na Ukrainie było krucho z pracą. Ludzie w tamtych czasach, teraz w sumie też, pracowali za psie pieniądze. Teraz zmieniło się to, że można założyć swoją działalność. W tamtym okresie wszystko załatwiało się przez znajomości i łapówkarstwo.

Co dla ciebie znaczy określenie „demokracja lokalna”?
Ja to tak z polityką nie za bardzo…

To bardzo dobrze…
Ja to rozumiem tak, że każdy ma prawo głosu co do tego, co się dzieje na jego podwórku. Wiem, że będzie teraz tydzień demokracji lokalnej, bo dzieciaki przyjeżdżają z Ukrainy do naszego Stowarzyszenia Przyjaciół Ukrainy. Także bardzo się cieszymy.

Co ci się podoba w Bydgoszczy?
W Bydgoszczy najbardziej podoba mi się to, co zauważyłam, jak tylko do niej wjechałam. Że wygląda jak Lwów. Architektura jest bardzo podobna. Czuję się tu jak w domu. A to jest najważniejsze.


 

A.ViegasAlbertina Viegas, timorsko-australijska artystka zajmująca się działalnością kuratorską i edukacyjną

Co wiedziałaś o Polsce, zanim pojawiła się ona na stałe w twoim życiu?
Po raz pierwszy zdałam sobie sprawę z istnienia „Solidarności”, kiedy w szkole, do której uczęszczałam w Australii, poproszono mnie o podpisanie petycji. Poza tym powojenna emigracja przywiodła do Australii także Polaków, którzy przyczynili się do panującej tam multikulturowości. Właściciel pierwszego domu, do jakiego moja rodzina wprowadziła się w Australii, był Polakiem, a moja mama miała przesiadkę w Warszawie w czasie swej pielgrzymki do Rzymu i Fatimy. W Sydney działał Polski Klub Społeczny. Polacy, których znałam, przejawiali bardzo skrajne cechy charakteru – rzymskokatolicki konserwatyzm wymieszany z duchem radykalnie niezależnego myślenia. Jakieś 30 lat temu przyjaciel z Polski wprowadził mnie w świat muzyki improwizowanej. W 1989 r. papież Jan Paweł II symbolicznie ucałował krzyż i przyłożył go do ziemi w czasie swojej wizyty w okupowanym przez Indonezję Dili we Wschodnim Timorze, co stanowić miało sygnał dla świata o trudnym położeniu mojej ojczyzny.
Znajomość z Polakami uwrażliwiła mnie na głęboko społeczne i historyczne znaczenie człowieka.

A jak się znalazłaś w Bydgoszczy?
Po raz pierwszy znalazłam się w okolicach Bydgoszczy w 2000 r., gdy zaproszono mnie do udziału w międzynarodowej rezydenturze artystycznej Międzynarodowego Muzeum Artystów – był to projekt „Konstrukcja w procesie VII”, a ta odsłona nazywała się „Ziemia jest kwiatem” („Konstrukcja w procesie” to cykl wydarzeń zapoczątkowany przez ruch solidarnościowy w 1981 r. jako wynik artystycznego ruchu konstruktywistycznego z Łodzi). Niektórzy z nas mieszkali wtedy w domkach nad jeziorem Ostrowce. Wielu artystów tworzyło swe dzieła w plenerze na terenach otaczających Biskupin, Szubin, Żnin, Małą Wenecję, Tur, pałac w Lubostroniu oraz w głównych przestrzeniach kulturalnych samej Bydgoszczy. Spotkaliśmy wtedy mnóstwo bardzo hojnych ludzi, którzy sprawili, że poczuliśmy się mile widziani, i wspierali nas. Mnie akurat przygarnęła rodzina ze Żnina i dostałam zaproszenie, żeby zamieszkać w domu ich babci w Laskach Wielkich.
Jakieś pięć lat temu przyjechałam do Bydgoszczy już z własną rodziną, żeby połączyć się z moimi polskimi krewnymi w kolejnym etapie tego, co na początku planowane było jako krótka wizyta.

Co z tamtego okresu najbardziej zapadło ci w pamięć?
Lato roku 2000, kiedy pierwszy raz przyjechałam do Polski, było po prostu magiczne. Jadąc autobusem z Warszawy do Bydgoszczy, odnosiłam wrażenie, jakbym podróżowała przez świat minionych epok. Drzewa i roślinność w ogóle były stosunkowo młode i świeże, a jednak powietrze wypełniała swoista zasłona dymna starego świata. Zauważyłam, że światło było przytłumione w odróżnieniu od bardzo ostrego światła, do którego byłam przyzwyczajona w Australii.
Dziesięć lat później przyjechałam tu, by żyć razem z moją rodziną. Kiedy spacerowałam ulicami, byłam zadziwiona tym, że ludzie się nie uśmiechają. Najlepszym byłoby tu chyba słowo „ponury”. Opowiedziano mi o wpływie, jaki na ludzki nastrój ma ciśnienie atmosferyczne, i ciężko mi się było przystosować do tych smutnych warunków pogodowych panujących zimą. Było mi to zupełnie obce. Urodziłam się na tropikalnej wyspie, a wychowałam w ciepłym klimacie, i zawsze takie warunki były dla mnie czymś, co brałam za pewnik. Teraz lepiej rozumiem tych, którzy czczą słońce.

Co dla ciebie znaczy określenie „demokracja lokalna”?
Dla mnie termin ten oznacza lokalne formy zarządzania, które związane są z lokalną odpowiedzialnością. Stanowczo popieram partycypacyjny model zarządzania – partycypacja, a nie konsensus. Prawdziwe zarządzanie jest w moim odczuciu zasadzone na produkcji – na prawdziwej produktywności prawdziwych ludzi, a nie tylko na produktywności systemowej (tak jak to się ma w przypadku procesów przemysłowych) – to zdolność ludzi do uczestniczenia w znaczących aktywnościach oraz w procesie nadawania znaczeń.
To, co zrozumiałam żyjąc w kompletnie innej rzeczywistości, wśród Aborygenów w centralnej Australii, to to, że jeśli ma istnieć jakiś system zarządzania ludźmi, to musi on być oparty na produkcji, a nie konsumpcji. Opieranie całego systemu zarządczego na dystrybucji i regulacji konsumpcji, podczas gdy sprowadza się to do kontroli chciwości, jest prawdziwie tragicznym przedsięwzięciem.

Co ci się podoba w Bydgoszczy?
Podoba mi się niewielka skala Bydgoszczy – w wielu aspektach jest tutaj trochę jak na wsi. I ja na przykład dostrzegam w ludziach chęć do pomagania sobie nawzajem w trudnych chwilach. Lubię polską zdolność do „kombinowania” pokrewną francuskiemu „bricoleur” („zrób to sam”). Bydgoszcz wydaje się miejscem, w którym zaszły poważne przemiany społeczne. Miejscem, które coraz bardziej zdaje sobie sprawę z tego, czym jest, i pozbywa się atmosfery izolacji.
Pierwotne założenia przyświecające ustanowieniu obywatelskiej rady kultury, która była wynikiem Kongresu Kultury z 2011 r., były przełomowe, jeśli chodzi o szerokość spojrzenia na zagadnienia kultury i wizję. Było to przedsięwzięcie intelektualne oraz prawdziwe zarządzanie mające na celu uwypuklenie potencjału kulturalnego Bydgoszczy i zobrazowanie energii, jaką mają działacze kultury i osoby związane z organizacjami pozarządowymi.



Mohamed Gachita Mohamed Gachita, specjalista branży IT, pracownik Atos Origin

Co wiedziałeś o Polsce, zanim pojawiła się ona na stałe w twoim życiu?
Pierwsze wiadomości o Polsce otrzymałem na lekcjach historii (informacje o Układzie Warszawskim z 1955 r. itp.) i znałem też kilka faktów z historii futbolu (2:0 w meczu Polska – Tunezja w 1978 r.). Studiowałem turystykę i w czasie pracy spotykałem też wielu Polaków.

A jak się znalazłeś w Bydgoszczy?
Dobre pytanie (uśmiech)… To wynik mojej pracy, o której mówiłem wcześniej. Poznałem po prostu dziewczynę z Polski i tak znalazłem się w Bydgoszczy.

Co z tamtego okresu najbardziej zapadło ci w pamięć?
Kiedy pracowałem w branży turystycznej, poznałem Polaków, którzy nauczyli mnie kilku polskich zwrotów, które przydawały mi się w pracy sprzedawcy na bazarze. To były wyrażenia takie jak „tutaj” czy „taniej niż w Biedronce”. Kiedy przyjechałem do Polski, zorientowałem się, że Biedronka jest tu bardzo popularna. Słowem, które na początku zapadło mi najbardziej w pamięć, jest słowo „proszę”. Często je słyszałem. Powiedziałbym też, że w Tunezji osobą bardzo znaną jest Lech Wałęsa.

Co dla ciebie znaczy określenie „demokracja lokalna”?
Demokracja lokalna to udział obywateli w zagadnieniach związanych z ich najbliższym otoczeniem poprzez wybór swoich przedstawicieli do różnego rodzaju organizacji i stowarzyszeń. Ma to na celu sformowanie rad, które będą mieć na celu kompleksowy rozwój danego miasta, wsi, regionu czy dzielnicy. Tego typu zaangażowanie oraz jedność panująca wśród obywateli to przejawy demokracji jako takiej i poświęcenia się jej celom. W niektórych krajach istnieje wręcz tradycja zachowań określanych jako demokracja lokalna, tradycja postaw obywatelskich skupionych na samorządności. Niestety, w innych krajach instytucje demokratyczne są słabe lub praktycznie nie istnieją. W wielu przypadkach są celowo osłabiane, by nie dopuścić obywateli do udziału w sprawowaniu władzy.

Co ci się podoba w Bydgoszczy?
Bydgoszcz to spokojne i bezpieczne miasto. Przez sześć lat nie miałem tutaj żadnych problemów. To ładne miasto, którego ogromnym walorem są krzyżujące się rzeki. Można by tu było poczynić więcej inwestycji, które przyciągnęłyby turystów i być może również inwestorów. Jednak porównując dzisiejszą Bydgoszcz z tą z roku 2009, widzi się znaczący postęp i rozwój.

Działy:

Kino Orzeł - logo200p

Jesteś tutaj: Start